Nie pamiętam ile wtedy miałam lat. Pewnie gdybym sięgnęła do archiwum domowych fotografii albo pamięci wcześniejszych pokoleń, dowiedziałabym się szczegółów. Ale czy to jest istotne ? Podążam ścieżką moich wspomnień chaotycznie. Wywoływane z pamięci obrazy formuję w słowa a wspomnienia rozlewają się jak rzeka aż po horyzont. Cieszę się z każdego powracającego obrazu jak z odnalezionego, zapomnianego skarbu.
To było w okresie mojego dzieciństwa. Tyle mi wystarczy.
Ślub najmłodszego brata mojej Mamy.
Nie wszystko odbywało się w naszym domu. Wydaje mi się, że po jednym dniu, wesele przeniosło się do domu Panny Młodej, gdzie zabawa dla młodszego pokolenia trwała bodaj dwa kolejne dni.
A może zatarte czasem wspomnienia zmieszały jak w tyglu, obrazy obu domów ?
Wielkie emocje chwil poprzestawiały w mojej głowie wspomnienia i zachwiały kolejnością zdarzeń.
Pamiętam ekscytację wśród dorosłych w tamtych dniach.
Wyciągam z pamięci zamieszanie i gwar niezliczonej liczby głosów. Pokój uprzątnięty z mebli, tak aby stworzyć parkiet do tańca. Szeroko i po raz pierwszy, na oścież otwarte dwuskrzydłowe drzwi do pokoju.
Stoły ustawione w kuchni dla biesiadników i pełno ludzi wokół. Twarze, które mówiły
- Ależ ty wyrosłaś- a ja uśmiechałam się i witałam z kolejnymi wujkami i ciociami.
Albo rozmowy między kuzynami
- No co ty, to przecież córka Jadzi, nie poznajesz !?
- Malinko, pamiętasz Wujka z Buska ?
Jeszcze gorzej było z kuzynami, których widziałam po raz pierwszy. Wtedy na pomoc przychodziła Babcia prowadząc mnie do nieznanej osoby i chwaląc się mną tłumaczyła
- A to Robońku jest twoja Ciocia z Potoka co to mieszka niedaleko kościoła.
Przemykałam bardziej między nogami niż twarzami tego tłumu, próbując znaleźć sobie miejsce, zadziwiona odmiennością sytuacji i gwarem w tak cichym zazwyczaj domu.
Teraz zaplątał mi się obraz namiotu na dworze, z rzędem stołów i ław wewnątrz i goście zasiadający naprzeciw siebie. Ale to już chyba była część wesela u Panny Młodej. Co ja tam robiłam ? Czy pamięć mnie nie zawodzi ?
Pamiętam przerzucania się przyśpiewkami przy tym stole. Tymi w wykonaniu kobiet w stronę mężczyzn i tych męskich skierowanych do kobiet. Pamiętam niezwykłość tej chwili. To zwyczaj zapewne już zapomniany a przecież tak wyjątkowy i staropolski. Szkoda, że uleciała mi z głowy ich treść pikantna i dosadna.
Rozradowanie, czerwone policzki, co raz wznoszone kieliszki wódki i przepijanie do siebie nawzajem. Wspinanie się na szczyty finezji i tworzenie nowych tekstów na gorąco, w odpowiedzi na słowa strony przeciwnej - to kwintesencja wiejskości polskiej, tamtych czasów. Stare kumy i kumowie rozgrzani chwilą, nie ustawali w pracy bycia ostatnim, w tej bitwie na słowa.Bo to głównie oni byli nośnikiem tej tradycji.
Wokół wybuchały kaskady śmiechu i widać było, że wszyscy bawią się świetnie.
Zapamiętałam jeszcze bramki, (zwyczaj funkcjonujący do dzisiaj) stawiane na drodze do domu weselnego przez sąsiadów, gdzie trzeba było się wykupić skrzynką wódki aby przejechać dalej. Bramki kwieciste, umajone gałązkami, pod którymi przejeżdżał orszak weselny.
Zapewne jako dziecko nie brałam udziału we wszystkich obrzędach weselnych, szczególnie tych, które odbywały się późną porą. Dlatego wyławiam pojedyncze obrazy wydawałoby się, nie połączone w całość.
I znów powrócę do naszego domu, do pierwszego dnia wesela, aby wywołać z pamięci harce na parkiecie w pokoju przy skocznej wiejskiej muzyce granej na żywo. Moje pląsy w rytm oberka i zachwyt nad tańcowaniem Babci, która jakby (mimo trosk i zmęczenia) zrzuciła z siebie ciężar dni i przebierała nogami nie mając sobie równych. A ja próbowałam za nią nadążyć. Tak samo jak próbowałam nadążyć za jej tempem obierania ziemniaków czy ubijania piany. Tak samo jak śmigały jej ręce, tak teraz śmigały jej nogi.
Dom był pełen gości, więc kiedy nadeszła noc, spotkała nas jeszcze jedna atrakcja. W stodole zostały rozścielone koce. W końcu miało się spełnić marzenie spania na sianie.
Zostaliśmy wysłani na spoczynek, dużo wcześniej od dorosłych. Od strony domu dochodziły wciąż odgłosy zabawy a ja mościłam się na posłaniu, za każdym razem głośno szeleszcząc sianem. I to, co do tej pory miało być niezwykłe, stało się rzeczywistością. I o złośliwości losu, wcale niewygodną !
Pod sobą miałam rozłożony koc, przez który źdźbła trawy, do tej pory wydawać się mogło, że miękkie, uparcie kłuły mnie w plecy i pośladki. Wierciłam się zawzięcie próbując wymościć sobie gniazdo jak pies kręcący się w kółko na legowisku. W końcu ułożyłam się i otuliłam kołdrą aby złagodzić szorstkość podłoża.
Wielka przestrzeń stodoły, żyła zupełnie innymi odgłosami niż swojskie szepty pokoju.Wokół budziły się dźwięki tajemnicze i niepokojące.
- Czy to mysz biegnie w korytarzach siana?
- Czy to jakiś groźny stwór?
- Ach, to na pewno coś złego chce mnie zaatakować! - drżałam z przerażenia czekając na rozwój wypadków i próbując być dzielna. Szelest nabierał mocy i zbliżał się złowieszczo. Aż w końcu, niemal zagłuszony waleniem mojego serca, zamienił się w radosne skomlenie.
Buda psia miała połączenie ze stodołą a pies wyczuwszy naszą obecność postanowił wykorzystać niezwykłą możliwość spania z nami.
W końcu uspokojona i otoczona zawrotną wonią siana i psiej sierści, zasłuchana w dalekie odgłosy wesela, zapadłam w sen.
Obudziło mnie gdakanie kur i pianie koguta. Było szaro i zimno. Wtuliłam się w resztkę ciepła kołdry. Między deski stodoły wsączało się mdłe światło poranka. Rozglądałam się wokół popatrując na śpiącą gromadę dorosłych, która widocznie dołączyła do nas nocą. Wydłubywałam źdźbła siana z włosów i zastanawiałam się, która to może być godzina, skoro wszyscy jeszcze śpią. W głowie huczało mi z niewyspania a na podwórko pomału wracało życie. Pod okapem stodoły jaskółki wystawiały łepki z gniazd i świergoliły cichutko. Z obory, dochodził łoskot krowich łańcuchów, które wystukiwały poranny rytm pustego żłobu.
Pomału szarość zaczęła przeradzać się w blask dnia a promienie słońca cudownie przefiltrowane między deskami stodoły, ożywiły tysiące pyłków tańczących w ich blasku. I to jest ostatni, niezwykły obraz z tamtych dni, jaki został w moje głowie. Wspomnienie wesela wujka W.
czwartek, 21 stycznia 2016
środa, 6 stycznia 2016
Historia pewnego misia
Był jedyną zabawką jaką brałam ze sobą na wieś. Zazwyczaj jechałam z pustymi rękami bo wiedziałam, że czekają mnie atrakcje, którymi wypełnię dzień aż po brzegi. Tylko czasami zabierałam go, kiedy w chwili wyjazdu z różnych powodów towarzyszyła mi niepewność. Wtulałam się w niego i świat stawał się po prostu bezpieczniejszy. Nieważne czy potem leżał spokojnie na łóżku a ja biegałam zaaferowana po okolicy czy towarzyszył mi, wepchnięty pod pachę, w penetrowaniu kolejnych zakątków. Ważna była jego milcząca obecność.
Minęło wiele lat.
Przez pewien czas misio leżał zagrzebany wśród zapomnianych pamiątek dzieciństwa w pudle w piwnicy u rodziców. Przy jakiejś okazji przypomniałam go sobie i awansowałam na pokoje jako jedynego przedstawiciela minionych czasów. Siedział sobie w rogu na oparciu kanapy jak ostatni mieszkaniec zaginionej krainy. Wiernie i z determinacją towarzysząc swojej pani. W końcu po kilku latach trafił do szafy kiedy uznałam, że przestał do mnie pasować. A jednak za każdym razem kiedy otwieram szafę, zerkam na mojego przyjaciela a on mimo, że zdegradowany wciąż patrzy mi z wiernością w oczy.
Kiedy byłam mała, był moją ulubioną zabawką. Trochę z wyboru, trochę z powodu własnego charakteru. Miałam lalki, takie mrugające oczami, super pięknotki z NRD w prześlicznych strojach i z pudełkiem pełnym ubrań szytych dla nich przez moją Mamę. Robiły wielką furorę wśród koleżanek. Więc kiedy do mnie przychodziły, to one bawiły się lalkami w myśl zasady, że gościom się nie odmawia a mnie zostawał biedny misiu.
I tak zrodziła się zażyłość między nami aż rozkwitła w moją do niego miłość. Na niego zawsze mogłam liczyć. Lalki tylko chwilę były moje, przechodząc szybko w ręce koleżanek. I mimo, że wypchany trocinami, z oczami jak guziki i tylko w spodenkach zamiast w wymyślnym stroju, był dużo bardziej przytulny i swojski niż lalki z lokami, bucikami i rzęsami na kilometr. Sypiał ze mną w łóżku, czy to na wsi czy w domu, rozłożony na środku poduszki a ja wtulona w kąt przyciskałam się do ściany. I mimo długiej nocy budziłam się wciąż z boku, nigdy nie naruszając snu i rewiru mojego misia. Taka to była miłość.
Dzisiaj ogarnęła mnie melancholia i skręciłam w czasy dawno minione.
A tu biało za oknem. Na kuchni bulgocze gar pełen zimowego żurku a ja szukam ciepła we wspomnieniach.
niedziela, 27 grudnia 2015
Magia świąt
Zamknięta w chłodzie pokoju oddawała co najlepsze. Swój świerkowy zapach. Unosił się w czterech ścianach i kiedy uchylałam drzwi wciągałam z lubością wonne powietrze rozkoszując się zapachem lasu, jej pięknem a przede wszystkim oczekiwaniem na cudowności nadchodzących chwil.
Kiedy przyjeżdżaliśmy do Babci na święta koniecznie musiałam zlustrować zawartość spiżarki przy kuchni. Na długim i grubym drągu umieszczonym pod sufitem pyszniły się lśniące od tłuszczu pęta kiełbasy. Zaraz po otwarciu drzwi wślizgiwał się za mną pies licząc na ochłapy. Ale nie tym razem. W święta byłam grzeczna i dokarmianie zostawiałam na czas po wieczerzy. Na półkach spiżarki rozłożone były ciasta. Makowce, serniki i pierniki.
Nie brałam udziału w przygotowaniach świątecznych. Przyjeżdżaliśmy do Babci w dzień wigilii kiedy już wszystko było gotowe. Tym mocniej odbierałam odmienioną rzeczywistość domu jako magiczną. Nagle znajome kąty nabierały innego wyglądu i znaczenia. Okna przybrane watą wtuloną między skrzydła okiennic nie tylko chroniły przed mrozem ale nadawały poczucie ciepła swą puszystością i bielą. Bo przecież tamte zimy były prawdziwe.
Idąc od autobusu do domu przedzieraliśmy się przez kopny, bielutki świeżo spadły śnieg. Policzki drętwiały od mrozu a ręce w rękawiczkach zapominały ile mają palców, nie czując niemal nic. Skrzypiały buty na śniegu melodię najcudowniejszą, opowiadając o drodze. O zaśnieżonym krajobrazie, o ludziach schowanych w zaciszu domów, o zwierzętach za zamkniętymi i ogaconymi dodatkowo słomą, drzwiami stajenek. Wokół panowała cisza wieczoru, jaka może panować tylko zimą, kiedy świat śpi snem sprawiedliwym, otulony puchem jak pierzyną. A one niosły swoją pieśń jak przesłanie. Ja słuchałam ich śpiewu i w moim sercu rosło wielkie, ogromne, radosne oczekiwanie na to wszystko co zima przyniosła nam w darze.
Zazwyczaj wieczerza wigilijna miała miejsce przy rozłożystym stole w kuchni, w cieple bijącym od piekarników pracujących pełną parą do ostatniej chwili. Bo przecież rybę można było smażyć tylko w ostatniej chwili i parującą podawać na talerze. Bo na fajerkach stał wielki gar z barszczem a misy z pierogami przytulone do pieca, grzały się w oczekiwaniu na swoją kolej.
Rodzina już w odświętnych strojach biegała w zaaferowaniu dokańczając dwanaście potraw lub ustawiając dodatkowe krzesło i nakrycie przy stole dla wędrowca. Jakże inną wymowę miało wtedy dla mnie to miejsce. Wyobrażałam sobie strudzonego wędrowca okutanego w długi kożuch, stukającego późnym wieczorem do naszych drzwi. Wyobrażałam sobie zdziwienie wszystkich a potem te otwarte szeroko dla niego drzwi i serca. Widziałam oczami duszy jego dziwne, długie, snute przy piecu opowieści o świecie. Dalekim i obcym. Najważniejsze jednak było to, że wierzyłam w obowiązek przyjęcia błąkającego się nieznajomego i wierzyłam w dobroć innych. Bo wtedy nikt nie myślał o niebezpieczeństwie kryjącym się za nieznajomym a jedynie myślał o mizerii człowieka bez rodziny i wigilijnego stołu. Może świat był bezpieczniejszy a może jedynie ludzie wokół mnie darzyli ten świat większym zaufaniem.
Łamanie się opłatkiem to rytuał, który miał w sobie powagę jakiej dzisiaj trudno mi szukać w pośpiechu i bezrefleksyjności współczesnych dni.
Życzenia składał Dziadek jako nestor rodu, wszystkim po kolei, łamiąc się opłatkiem z każdym przy stole. Dopiero potem mogliśmy zasiąść do wieczerzy.
Dopóki wszystkie potrawy nie przewędrowały przez stół nikt nie napomknął nawet o prezentach. Kiedy już brzuchy były pełne i rozleniwienie wśród dorosłych brało górę nad gwar rozmów, mogliśmy my dzieci upomnieć się o prezenty czekające w pokoju, złożone pod choinką. Wtedy dopiero cała rodzina przechodziła do pokoju gdzie rozsiadała się przy stole a my biegaliśmy rozdając przygotowane paczki. Szelest rozrywanego papieru, śmiech, ciekawość a potem radość. To był dla mnie czas piękna i spełnienia.
A potem kiedy już wybawiliśmy się nowymi zabawkami i dorośli przenieśli się z powrotem do kuchni na swoje pogaduszki, Babcia ścieliła nam łóżka w tymże pokoju pachnącym lasem z mieniącymi się bąbkami na drzewku. Pierzyny obleczone w nowe poszwy, pachnące praniem i sztywne od magla, pomału rozgrzewały się od naszych dziecięcych ciałek, w końcu oddając nam swoje ciepło. Jeszcze tylko jeden skok pod drzewko po to aby potajemnie wyłuskać kolejnego cukierka wiszącego na choince i zostawić tylko papierek wiszący na nitce i już można było zanurzyć się po uszy w pierze i śnić sen niewinny, dziecięcy o cudach czekających następnego dnia.
Kiedy przyjeżdżaliśmy do Babci na święta koniecznie musiałam zlustrować zawartość spiżarki przy kuchni. Na długim i grubym drągu umieszczonym pod sufitem pyszniły się lśniące od tłuszczu pęta kiełbasy. Zaraz po otwarciu drzwi wślizgiwał się za mną pies licząc na ochłapy. Ale nie tym razem. W święta byłam grzeczna i dokarmianie zostawiałam na czas po wieczerzy. Na półkach spiżarki rozłożone były ciasta. Makowce, serniki i pierniki.
Nie brałam udziału w przygotowaniach świątecznych. Przyjeżdżaliśmy do Babci w dzień wigilii kiedy już wszystko było gotowe. Tym mocniej odbierałam odmienioną rzeczywistość domu jako magiczną. Nagle znajome kąty nabierały innego wyglądu i znaczenia. Okna przybrane watą wtuloną między skrzydła okiennic nie tylko chroniły przed mrozem ale nadawały poczucie ciepła swą puszystością i bielą. Bo przecież tamte zimy były prawdziwe.
Idąc od autobusu do domu przedzieraliśmy się przez kopny, bielutki świeżo spadły śnieg. Policzki drętwiały od mrozu a ręce w rękawiczkach zapominały ile mają palców, nie czując niemal nic. Skrzypiały buty na śniegu melodię najcudowniejszą, opowiadając o drodze. O zaśnieżonym krajobrazie, o ludziach schowanych w zaciszu domów, o zwierzętach za zamkniętymi i ogaconymi dodatkowo słomą, drzwiami stajenek. Wokół panowała cisza wieczoru, jaka może panować tylko zimą, kiedy świat śpi snem sprawiedliwym, otulony puchem jak pierzyną. A one niosły swoją pieśń jak przesłanie. Ja słuchałam ich śpiewu i w moim sercu rosło wielkie, ogromne, radosne oczekiwanie na to wszystko co zima przyniosła nam w darze.
Zazwyczaj wieczerza wigilijna miała miejsce przy rozłożystym stole w kuchni, w cieple bijącym od piekarników pracujących pełną parą do ostatniej chwili. Bo przecież rybę można było smażyć tylko w ostatniej chwili i parującą podawać na talerze. Bo na fajerkach stał wielki gar z barszczem a misy z pierogami przytulone do pieca, grzały się w oczekiwaniu na swoją kolej.
Rodzina już w odświętnych strojach biegała w zaaferowaniu dokańczając dwanaście potraw lub ustawiając dodatkowe krzesło i nakrycie przy stole dla wędrowca. Jakże inną wymowę miało wtedy dla mnie to miejsce. Wyobrażałam sobie strudzonego wędrowca okutanego w długi kożuch, stukającego późnym wieczorem do naszych drzwi. Wyobrażałam sobie zdziwienie wszystkich a potem te otwarte szeroko dla niego drzwi i serca. Widziałam oczami duszy jego dziwne, długie, snute przy piecu opowieści o świecie. Dalekim i obcym. Najważniejsze jednak było to, że wierzyłam w obowiązek przyjęcia błąkającego się nieznajomego i wierzyłam w dobroć innych. Bo wtedy nikt nie myślał o niebezpieczeństwie kryjącym się za nieznajomym a jedynie myślał o mizerii człowieka bez rodziny i wigilijnego stołu. Może świat był bezpieczniejszy a może jedynie ludzie wokół mnie darzyli ten świat większym zaufaniem.
Łamanie się opłatkiem to rytuał, który miał w sobie powagę jakiej dzisiaj trudno mi szukać w pośpiechu i bezrefleksyjności współczesnych dni.
Życzenia składał Dziadek jako nestor rodu, wszystkim po kolei, łamiąc się opłatkiem z każdym przy stole. Dopiero potem mogliśmy zasiąść do wieczerzy.
Dopóki wszystkie potrawy nie przewędrowały przez stół nikt nie napomknął nawet o prezentach. Kiedy już brzuchy były pełne i rozleniwienie wśród dorosłych brało górę nad gwar rozmów, mogliśmy my dzieci upomnieć się o prezenty czekające w pokoju, złożone pod choinką. Wtedy dopiero cała rodzina przechodziła do pokoju gdzie rozsiadała się przy stole a my biegaliśmy rozdając przygotowane paczki. Szelest rozrywanego papieru, śmiech, ciekawość a potem radość. To był dla mnie czas piękna i spełnienia.
A potem kiedy już wybawiliśmy się nowymi zabawkami i dorośli przenieśli się z powrotem do kuchni na swoje pogaduszki, Babcia ścieliła nam łóżka w tymże pokoju pachnącym lasem z mieniącymi się bąbkami na drzewku. Pierzyny obleczone w nowe poszwy, pachnące praniem i sztywne od magla, pomału rozgrzewały się od naszych dziecięcych ciałek, w końcu oddając nam swoje ciepło. Jeszcze tylko jeden skok pod drzewko po to aby potajemnie wyłuskać kolejnego cukierka wiszącego na choince i zostawić tylko papierek wiszący na nitce i już można było zanurzyć się po uszy w pierze i śnić sen niewinny, dziecięcy o cudach czekających następnego dnia.
środa, 25 listopada 2015
Tytoń
Na kieleckiej piaszczystej ziemi niewiele mogło urosnąć. Ziemniaki, żyto, może rzepak, gryka i proso. Dlatego ludzie zaczęli uprawiać tytoń, niewymagający, łatwy w pielęgnacji. Oczywiście potrzebował wody ale rósł i przy jej niedostatku. Widać to było na naszym tytoniowym polu. Od strony stawu zawsze był dorodniejszy.
Za strumieniem i laskiem był kawałek piaszczystego pola. Tam właśnie sadzono tytoń. To było przedsięwzięcie kobiet. Jego uprawa i zbiory to działka Babci i Cioci. Mężczyźni wkraczali dopiero na etapie jego suszenia. Oczywiście pojawiali się sporadycznie i w innych okresach ale wyjątkowo.
Kiedy szliśmy do tytoniu z Babcią lub Ciocią, cieszyłam się bo praca była zazwyczaj zabawą. Już Ciocia się o to starała. Pamiętam, że urządzała nam zawody w pieleniu. Między rzędami już wysokich roślin rósł perz. Rzucaliśmy się na kolana i posuwając do przodu po piaszczystym gruncie rwaliśmy go z Bratem na wyścigi. Wygrywał ten kto pierwszy wypielił rządek.
Perz nie był wyrzucany. Zbierało się go na kupki na rozłożone płachty, koce, potem wiązane w kopertę i niesione na plecach dla krów. Wyłożone do żłoba wzbudzały niezwykłą łapczywość u bydła. Widać był to krowi przysmak.
Tymczasem samo pielenie zostało mi w głowie jako radość i podekscytowanie. Tak skutkowało mądre działanie Cioci.
Zbiory to już zupełnie inna sprawa. To była praca i zarobek. I to ciężka praca. Płacono 1 złoty za drut, niezależnie dzieciom czy dorosłym.
Do zbiorów przychodzili dodatkowi ludzie. Nie sposób byłoby ogarnąć całości tylko rękami rodziny. Siadaliśmy wszyscy na rozłożonych w cieniu lasku kocach a ekipa rwaczy donosiła nam zerwane liście. Czasami ekipy się wymieniały.
Zrywało się te najniższe liście. Jako że tytoń to wysoka roślina, tylko po te pierwsze najbliżej ziemi trzeba się było mocno schylać. Potem coraz wyżej robiło się łatwiej.
Ubieraliśmy się w koszule z długimi rękawami bo liście wydzielały gęsty lepki sok, który oklejał nas całych i brunatniał na dłoniach.
Na kocach rozłożeni ludzie nabijali żmudnie każdy liść na wcześniej pocięte druty. Sztuka polegała na tym aby każdy liść nabić wkłuwając się w centralny nerw tak aby potem liść nie spadł ani się nie rozerwał w czasie transportu i suszenia. To była precyzyjna praca. Jednak palce zawsze miałam pokłute drutem.
Wiele było rozmów przy pracy. Plotek i pogaduszek. Jednak z biegiem czasu ludzie milkli zajęci pracą i zmęczeni monotonią działań. Początkowa wesołość ustępowała miejsca ciszy i rytmicznym ruchom wykonywanym w skupieniu.
Nam dzieciom pozwalano pracować krócej ale to krócej nie oznaczało godziny czy dwóch. Raczej pół dnia lub kończenie przed zmierzchem. Dorośli pracowali dopóki można było cokolwiek zobaczyć.
Potem druty ładowano na wóz i zwożono na podwórko gdzie Wujek z Dziadkiem wieszali je w suszarni.
Za strumieniem i laskiem był kawałek piaszczystego pola. Tam właśnie sadzono tytoń. To było przedsięwzięcie kobiet. Jego uprawa i zbiory to działka Babci i Cioci. Mężczyźni wkraczali dopiero na etapie jego suszenia. Oczywiście pojawiali się sporadycznie i w innych okresach ale wyjątkowo.
Kiedy szliśmy do tytoniu z Babcią lub Ciocią, cieszyłam się bo praca była zazwyczaj zabawą. Już Ciocia się o to starała. Pamiętam, że urządzała nam zawody w pieleniu. Między rzędami już wysokich roślin rósł perz. Rzucaliśmy się na kolana i posuwając do przodu po piaszczystym gruncie rwaliśmy go z Bratem na wyścigi. Wygrywał ten kto pierwszy wypielił rządek.
Perz nie był wyrzucany. Zbierało się go na kupki na rozłożone płachty, koce, potem wiązane w kopertę i niesione na plecach dla krów. Wyłożone do żłoba wzbudzały niezwykłą łapczywość u bydła. Widać był to krowi przysmak.
Tymczasem samo pielenie zostało mi w głowie jako radość i podekscytowanie. Tak skutkowało mądre działanie Cioci.
Zbiory to już zupełnie inna sprawa. To była praca i zarobek. I to ciężka praca. Płacono 1 złoty za drut, niezależnie dzieciom czy dorosłym.
Do zbiorów przychodzili dodatkowi ludzie. Nie sposób byłoby ogarnąć całości tylko rękami rodziny. Siadaliśmy wszyscy na rozłożonych w cieniu lasku kocach a ekipa rwaczy donosiła nam zerwane liście. Czasami ekipy się wymieniały.
Zrywało się te najniższe liście. Jako że tytoń to wysoka roślina, tylko po te pierwsze najbliżej ziemi trzeba się było mocno schylać. Potem coraz wyżej robiło się łatwiej.
Ubieraliśmy się w koszule z długimi rękawami bo liście wydzielały gęsty lepki sok, który oklejał nas całych i brunatniał na dłoniach.
Na kocach rozłożeni ludzie nabijali żmudnie każdy liść na wcześniej pocięte druty. Sztuka polegała na tym aby każdy liść nabić wkłuwając się w centralny nerw tak aby potem liść nie spadł ani się nie rozerwał w czasie transportu i suszenia. To była precyzyjna praca. Jednak palce zawsze miałam pokłute drutem.
Wiele było rozmów przy pracy. Plotek i pogaduszek. Jednak z biegiem czasu ludzie milkli zajęci pracą i zmęczeni monotonią działań. Początkowa wesołość ustępowała miejsca ciszy i rytmicznym ruchom wykonywanym w skupieniu.
Nam dzieciom pozwalano pracować krócej ale to krócej nie oznaczało godziny czy dwóch. Raczej pół dnia lub kończenie przed zmierzchem. Dorośli pracowali dopóki można było cokolwiek zobaczyć.
Potem druty ładowano na wóz i zwożono na podwórko gdzie Wujek z Dziadkiem wieszali je w suszarni.
piątek, 9 października 2015
ślady wojny
Ślady wojny były
wszechobecne ale dla mnie przez lata niedostrzegalne.
Dopiero jako
dorosła zdałam sobie sprawę, że kurom sypało się ziarno w chełmach piechoty
rosyjskiej. Przy stolarni Dziadka stało kowadło zrobione z części pocisku
przeciwartyleryjskiego. Bok młyna został ozdobiony pociskami
przeciwpiechotnymi, wybranymi dla ich „ozdobnych” skrzydełek na końcach. Zaś w
lesie wystarczyło schylić się i zacząć grzebać w piasku, żeby znaleźć łuski od
pocisków z broni maszynowej.
Pagórki i doły
leśne to po prostu pozostałości okopów lub leje po bombach. Jako ślady wojny, w szafie
w spichlerzu, odkryłam kompletną radiostację wojsk niemieckich.
A wszystko
dlatego, że Życiny stały na linii frontu rosyjsko- niemieckiego, który
przesuwał się kilkakrotnie. Zaś linia frontu biegła wzdłuż rzeki. Dodatkowo
były to tereny aktywności partyzanckiej, więc o ślady działań wojennych naprawdę nie było
trudno. Nie stanowiły jednak czegoś niezwykłego, były tak oczywiste jak to, że
na łuskach wygrzebanych z piasku świetnie się gwizdało.
Bycie pod okupacją
miało swoje konsekwencje szczególnie dla Dziadka. Słuchałam opowieści o tym jak musiał chować się albo przed partyzantami albo przed Niemcami. Obie strony były żywo nim
zainteresowane.
Niemcy nagabywali
Go aby wpisał się na folkslistę. Wszak, z pochodzenia Niemiec z nazwiskiem
Lizner, według nich miał taki obowiązek. Zaś partyzanci z powodu tego samego
nazwiska, wciąż podejrzewali Go o kolaborowanie z Niemcami. On zaś odżegnywał się od polityki jak zawsze pozytywistyczny w swej postawie.
Między podłogą
spichlerza a gruntem, była wąska przestrzeń chroniąca spichlerz przed wilgocią,
zapewniająca jej wentylację. Tam właśnie, ostrzeżony Dziadek, wciskał się przez
niewielkie okienko i przeczekiwał najście czy to Niemców czy partyzantów. Bywało też, że uciekał do lasu i znikał na
kilka dni zanim poszukiwania nie ucichły. Jeśli mu się nie udało, nie kończyło
się na groźbach. Babcia opowiadała o jego poobijanych plecach i głowie. Sam
Dziadek nigdy o tym nie wspominał.
Oczywiście każda
taka wizyta Niemców i partyzantów była okupiona również wyczyszczeniem
gospodarstwa z wszelkich zapasów.
Nie żyło się łatwo
nikomu w tych ciężkich czasach.
Zupełnie inaczej brzmiały opowieści wujków o buszowaniu po
lasach w poszukiwaniu trofeów wojennych. Zapadła mi w pamięci historia
znalezionych skrzynek z prochem. Było
ich dużo, zakopanych w leśnych piaskach. Trzech braci bardzo szybko uzbierało
ich kilkanaście. Cieszyła ich perspektywa emocjonującej zabawy.
Pasanie krów w gospodarstwie było obowiązkiem dzieci . Było też czasem, poza
kontrolą dorosłych. Wystarczającym aby rozpalić ognisko. Od tego już krok do
zrobienia fajerwerków. Wyobraźnia młodych chłopaków podsycana wojennymi
opowieściami dorosłych, nie dawała spokoju.
Kiedy ogień palił się już dostatecznie mocno, wystarczyło
wrzucić laskę prochu i czekać na wielkie
– Buum !!!
Tyle tylko, że buum nie nastąpiło. Może proch zawilgotniał?
Więc należało popchnąć go głębiej w ogień. Odważny Z. skoczył do ogniska i
kijem ruszył, zdawało się niewypał. Ale wtedy okazało się, wypalił. Prosto w
niego.
Ocaliły go trzy rzeczy. Bliskość rzeki, do której
natychmiast wskoczył, schładzając poparzoną skórę, długotrwałe okłady Babci z
krowiego łajna i zsiadłego mleka i
zakonnice z Kurozwęk gdzie Babcia jeździła z synem na leczenie olejem
lnianym i wodą wapienną. Dzięki temu oddalono od niego groźbę ślepoty.
Pokazywał mi później niewielką bliznę na ramieniu. Tyle zostało z poparzeń, które
pokrywały cały jego tułów i przede wszystkim bardzo poparzoną twarz.
I jak tu nie wierzyć w medycynę ludową?
Pamiętam też jak bawiliśmy się z bratem ułańskimi szablami,
przechowywanymi pieczołowicie przez Dziadka w spichlerzu. Jak do nas trafiły?
Czy było to kolejne znalezisko czy podarunek ? Nie wiem. Były ciężkie i
wymagały siły obu moich rąk aby je dźwignąć. Nie umiałam sobie wyobrazić jak
mężczyźni nimi machają skoro ja nie umiałam ich podnieść jedną ręką.
Któregoś niedzielnego popołudnia, kiedy leżeliśmy wszyscy na
kocu w sadzie, rozkoszując się poobiednią sjestą, wujek wspomniał, że pod
płotem zakopał laski prochu. Rzuciliśmy się na niego z prośbą aby je
wygrzebał. Nie chciał się zgodzić, bo nie był już młodzieńcem zafascynowanym
militariami, tylko dorosłym mężczyzną z rodziną. Oczywiście Ciocia z Babcią
również protestowały. A jednak, udało nam się go uprosić. Nie umiał za bardzo nam odmawiać a widząc iskry
pożądania w oczach brata, może przypomniał sobie czasy kiedy też był chłopcem i
poczuł z nim jedność. Tak czy inaczej laski prochu zostały odkopane. Zdziwiło
mnie, że były wąskie, trochę przypominające kable z szarą izolacją na wierzchu.
Ale podpalone udowodniły, że jednak są materiałem palnym a nie elektrycznym.
Tak to żyliśmy w
cieniu wojny, czy to za sprawą rodzinnych wspomnień czy śladów znajdowanych
wokół. Zresztą jakby nie patrzeć, lata 60-te to zaledwie kilkanaście lat od
zakończenia działań wojennych.
piątek, 18 września 2015
Wiewiór Basia
zdj. z internetu
Karmiliśmy go, bo okazało się, że to samczyk, małą pipetką do leków. Wszystko inne było za duże dla takiego maleństwa. Poświęcenie Cioci w opiece nad nim nie miało sobie równych. Trzeba było wstawać w nocy co kilka godzin i podawać mu rozcieńczone mleko kropelka po kropelce. W dzień Ciocia odrywała się od zajęć gospodarczych i wyciągała go co parę godzin na kolejną dawkę mleka.
Leżał sobie w pudełku po butach wyłożonym w środku watą i przykrytym ściereczką. Zwijał się w mały ciasny precelek osłonięty jeszcze nie ofutrzonym ogonkiem. Wyciągnięty z posłania owijał łapki i ogonek wokół palca karmiącej ręki, przymykał oczy i wyciągał pyszczek po krople życiodajnego mleka. Po karmieniu, Ciocia delikatnie gładziła mu brzuszek a on rozstawiał łapki na wszystkie strony w akcie zaufania i lubości.
Budził we mnie czułość i ciekawość. Mimo, że Ciocia nie pozwalała zaglądać mi za często do pudełka, nie umiałam się przed tym powstrzymać. Nie fakt, że mieliśmy w domu małe zwierzątko tak zawładnął moją wyobraźnią ale fakt, że oto mam okazję zajrzeć pod płaszcz dzikiej przyrody i zobaczyć na własne oczy to co zazwyczaj dzieje się w niedosięgłej gęstwinie lasu. Nagle jedna z tajemnic kniei wkroczyła do domu i zagościła pod dachem.
Jak wytłumaczyć własną ekscytację, kiedy oglądałam szczegóły stworzenia skaczącego zazwyczaj wysoko w koronach drzew, często poza zasięgiem moich oczu. Jak podzielić się radością uczestniczenia w mistycyzmie ( jasne, że wtedy nie uświadomionym) dorastania i przemiany istoty dzikiej, z natury. Bijące mocno serce, skupiony wzrok i trwanie w podziwie przez długie minuty, dopóki Ciocia nie odciągnęła mnie od pudełka, przykrywając je ściereczką. Budzenie się rano z jedną myślą - Jak tam wiewiór dzisiaj ? Przybieganie do domu na każde kolejne karmienie. To był sens moich działań wtedy.
Wiewiór Basia, bo oczywiście tak tradycyjnie na niego wołaliśmy, jak na wszystkie wiewiórki z dawien dawna, szybko nabierał ciała a jego tułów i ogonek szybko pokryły się rudawym włosem. Już zaczynał wykazywać zainteresowanie światem poza pudełkiem. Wyściubiał nos spod ściereczki i zaczynał penetrować okolice. Należało zacząć zwracać baczniejszą uwagę na jego poczynania bo potrafił pojawiać się w najmniej oczekiwanych miejscach.
Najmocniej pamiętam, chwile przed pójściem spać. Kiedy Wujek już odpoczywał przebrany w piżamę w łóżku, a Ciocia jeszcze kręciła się po kuchni. Wpadaliśmy do ich pokoju z wiewiórem na dłoni, bo już awansował do aktywnego zwierzątka, pakując się do łóżka wujostwa. Okazało się że można było bawić się podwójnie.
Wujek był człowiekiem bardzo wrażliwym. Wystarczyło dotknąć go niespodziewanie żeby zaczął się zwijać ze śmiechu nie mogąc opanować łaskotek. Nieważne gdzie, równie dobrze nadawały się do łaskotania ręce, nogi jak cały tułów.
Najpierw kładliśmy wiewióra na bluzie od piżamy Wujka. A on szybko zaczynał eksplorować okolice wciskając się pod ubranie. Swoimi drobnymi pazurkami przebierał po gołej skórze tułowia wzbudzając niekończące się łaskotki.
- Nie śmiej się Wujek - wołaliśmy - bo spadnie
Do pokoju wpadała Ciocia zwabiona dziwnymi zduszonymi odgłosami. Kiedy orientowała się w źródle hałasu, sama przyłączała się do zabawy zaśmiewając do łez.
- Zabierzcie go, błagam, już nie wytrzymam - wołał Wujek między paroksyzmami śmiechu. Jednak tkwił we względnym bezruchu, bojąc się zrobić krzywdę maluchowi. Z oczu ciekły mu łzy a my szaleliśmy z uciechy zachęcając wiewióra Basię do dalszego marszu. W końcu Ciocia kończyła zabawę wyjmując łaskotnika spod koszuli piżamy Wujka i odnosiła go do pudełka. Wujek wypuszczał z ulgą powietrze i otrząsał się wołając do nas - O wy łobuzy! Ja wam dam! - I rzucał się do łaskotania nas po całym ciele.
Basia dorastał. Trzeba mu było zapewnić rozrywkę aby uchronić firanki od porwania i nie mieć go stale pod nogami. Wujek przytaszczył wielki rozgałęziony konar i umieścił go w pokoju. Tutaj wiewiór mógł ćwiczyć się w skokach i wspinaczkach. Trzeba było tylko pamiętać o zamykaniu drzwi aby nie uciekł. Nikt nie chciał go więzić na siłę ale zdawaliśmy sobie sprawę, że przyzwyczajony do ludzi a nie nawykły do życia w lesie i samodzielnego żywienia, szybko padłby na wolności ofiarą ludzi czy drapieżników. Żył więc sobie bezpiecznie w naszym domu znajdując dla siebie własne miejsce. Jednym z nich było legowisko na krześle Dziadka, pod poduszką na siedzeniu. Uwielbiał wciskać się pod poduszkę, zwijać w kłębek i zasypiać.
Kiedy skończyło się lato musieliśmy wrócić do szkoły. Żegnaliśmy się długo i czule z Basią wyjeżdżając do Sandomierza.
Minął rok. Znów nadszedł czas wakacji. Znów przyszedł moment powrotu do Życin.
Ale na próżno rozglądałam się w domu za wiewiórem. Nigdzie go nie było. Początkowo dorośli nie chcieli powiedzieć co się stało. W końcu naciskani przeze mnie wyznali, że wiewiór zginął pod poduszką na krześle Dziadka, gdzie usiadł na nim niczego nieświadomy listonosz zanim Babcia czy Ciocia zdążyły wydać ostrzegawczy krzyk.
W pokoju pozostała jeszcze na długo, gałąź wiewióra. Jakoś nikt nie miał serca jej sprzątnąć.
czwartek, 3 września 2015
nowe zwierzątko
prawda, że nie jest piękna ?
z internetu www.fakt.pl
Jak to się stało? Czy szliśmy na spacer, czy do pracy przy tytoniu?
To już nieistotne. Szliśmy przez lasek Dziadka i Stryja w stronę tytoniowego pola. Ciocia z Wujkiem i ja z bratem. Pamiętam, że było nam wesoło, jak zwykle zresztą kiedy robiliśmy coś wspólnie z wujostwem. Śmiechy, przekomarzania i pogaduszki po drodze. Trochę kpiliśmy z Cioci stroju. Do sukienki nijak nie pasowały ogromne wujowe gumowce.
Wszystko przez to, że Wujek chciał nauczyć Ciocię jeździć na motorze. No, uparł się i już! Z nadzieją, że będzie mogła samodzielnie pojechać po zakupy do pobliskiego Rakowa. Więc Ciocia w końcu skapitulowała i wsiadła na motor.
Niby wszystko odbywało się w bezpiecznych warunkach, na podwórku przed domem, gdzie zaledwie można było zrobić małe kółko. Jak to jednak bywa, człowiek nie przewidzi wszystkiego. Kiedy Wujek pchnął motor aby ułatwić Cioci start, rzeczywiście ułatwił.
Motor, ciężka, duża maszyna, wymagała siły fizycznej aby nad nią zapanować ale pchnięta przez Wujka, gładko ruszyła do przodu, prowadzona drżącą ręką Cioci. Nieświadoma mocy drzemiącej w motorze, ruszyła do przodu ufna w rozsądek swojego męża. Tylko jak tu się zatrzymać? Jak zatrzymać tego kolosa i nie przewrócić się? Tego nie było w instrukcji Wujka. Z obłędem w oczach, z goniącym za nią mężem i okrzykiem na ustach - Jurek zatrzymaj mnie, zatrzymaj! - w końcu, na szczęście przy minimalnej prędkości, wywróciła się razem z maszyną.
Stąd wziął się ten gips. Złamany palec u nogi i gips aż pod kolano. Niestety jedyne buty jakie pasowały na ten opatrunek to były wujowe ogromne kalosze, odpowiednio przycięte.
No więc idziemy sobie przez lasek w stronę pola tytoniu i śmiejemy się i żartujemy. Nagle ponad naszą radość wzbija się ciociny cienki krzyk
- Ijjj ! Jurek, mysz, mysz wpadła mi do gumowca ! Wyjmij ją szybko! Ijjjj !
Trzeba wiedzieć, że Ciocia, mimo mieszkania tylu lat na wsi, wciąż bała się myszy i jedynym jej wybawicielem przed nimi był zawsze własny, osobisty mąż.
Więc Wujek usadził Ciocię na ściółce, zdjął jej gumowca i wytrzepał zawartość na drogę. Z buta wypadło coś malutkiego, łysego ,szaro-różowego i całkowicie bezbronnego.
- Zabierz to, nie chcę patrzeć, to okropne - Ciocia zasłaniała oczy. My zaś pochyliliśmy się nad stworzonkiem z ciekawością oglądając znalezisko.
- To nie mysz, to mała wiewiórka - zawyrokował Wujek
- Wypadła z dziupli z tego drzewa - pokazał sosnę, pod którą się zatrzymaliśmy. Ciocia z niedowierzaniem ale i ciekawością zerknęła na różowe stworzonko. Coraz bliżej i bliżej przysuwała swoją twarz, nie do końca wierząc mężowi, bo wszak wiadomo, że Wujek potrafił spłatać figla i nie raz Ciocia dawała się mu nabierać. Potem bezlitośnie śmialiśmy się z niej wszyscy. Nie potrafiła się gniewać, patrząc niby to krzywym okiem na nas ale z uśmiechem na ustach. Bo i Ona doceniała żarty.
- Naprawdę? - W jej głosie było tyle samo niedowierzania co ciekawości.
- No zobacz, ma zupełnie inny ogonek, z włoskami na końcu. I mordkę też ma inną - przekonywał Wujek.
- O jej!- zawołała - nagle zdjęta zainteresowaniem i żałością - jakie to maleństwo !
To wciąż było coś malutkiego, łysego, szaro-różowego i całkowicie bezbronnego. Jednak przynależność do innego niż mysi gatunek, wzbudziło w Cioci nieodpartą chęć pomocy i ratunku a nie wyrzucenia i zapomnienia jak najszybciej.
- Musimy go - Ciocia wskazała na wiewiórczego oseska - zabrać do domu.
Jej wzrok wyrażał tyle troski ile tylko może zmieścić się w sercu i oczach kobiety.
Spojrzeliśmy na Wujka w oczekiwaniu na jego decyzję. Zerknął na drzewo, pod którym rzecz się wydarzyła, w poszukiwaniu dziupli, z której wypadło maleństwo. Ocenił jego wysokość i westchnął
- Chyba nie mamy innego wyjścia.
Bo dziupla była nieosiągalnie wysoko a nawet gdyby udało się do niej dostać, to wątpliwe czy matka przyjęłaby malucha pokrytego zapachami ludzi. Decyzja zapadła. Zamiast pójść na pole tytoniu wróciliśmy z wiewiórką do domu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


