Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwyczaje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 stycznia 2018

Jeszcze o mojej Babci

Babcia Marysia  ( po lewej) do końca życia lubiła zabawy
 

Za mąż wyszła w wieku 18 lat. Nie wiem ile wiedziała o życiu. Na pewno niewiele widziała, choć zawsze ciągnęło ją do świata. Żyła na wsi, gdzie chałupy kryto strzechami i niejednokrotnie spano w jednej izbie z "gadziną". Ale nie ona. Ona pochodziła z tak zwanej gospodarskiej rodziny. Zasobnej. Murowany dom, stodoła, obora i sporo hektarów ziemi. Tyle tylko, że jej zasobność zależała od punktu widzenia.
To nie był jej wybór. Wybrał ją Dziadek Daniel. Za urodę, wdzięk, odmienność na tle szarzyzny kieleckiej wsi. Roześmiana, od zawsze rozpieszczana w rodzinie. Najmłodsza, najładniejsza, najbardziej hołubiona przez rodziców. Marysia, Marysieńka. Były jej jeszcze w głowie harce, zabawy, flirty kiedy zauważył ją Daniel i upatrzył sobie na żonę. Kręciła nosem. Ale wola rodziców w jej czasach była najważniejsza. Szczególnie jeśli trafiała się dobra partia. A partia była dobra.
Stateczny, poważny, spokojny i trochę starszy. No i młynarz z rodziny młynarskiej od pokoleń. Ojciec powiedział - Tak i w końcu przekonał Marysię. Co prawda z drugiej strony, matka Daniela, nestorka rodu, która dzierżyła władzę żelazną ręką, niechętna była wyborowi syna. Bo właśnie dla niej gospodarska córka to za mało. Sama zajęta gromadzeniem i mnożeniem majątku, chciała młynarzównę z sąsiedniej wsi aby powiększyć zasobność rodziny. Ale nie było siły na upór syna. I tak to w wieku 18 lat Marysia stała się żoną Daniela.
Potem przyszło zwykłe życie, dzieci, obowiązki.
Czekała ich jeszcze niejedna zawierucha w życiu. Nastała wojna, ucieczka przed frontem, tułaczka z dziećmi po obcych ludziach, głód i choroby. A kiedy w końcu dotarli z powrotem do domu, znów trzeba było stawać na nogi.
Jednak Marysia nie przestała marzyć o wielkim świecie. W tym jednym Daniel był bliski jej marzeniom. I jego ciągnęło do świata. Ale świata nowinek technicznych, wiedzy, polityki. Kiedy tylko mógł oderwać się od pracy, szukał w radiu informacji o świecie, rozczytywał się w Młodym Techniku, jeździł na zakupy z Marysią do miasta. Nawet do Katowic bo wiadomo, że tam zaopatrzenie lepsze, dla górników. Małomówny, skryty, typowy introwertyk, nie dzielił się swoją wiedzą z innymi. Za to Marysia była jego przeciwieństwem. Błyszczenie w towarzystwie, tańce, zabawy to był jej żywioł. A więc nie pozostawało nic innego jak godzić się na coroczne wielkie zabawy z okazji jej imienin. Tym bardziej, że jako gospodyni  nic nie można jej było zarzucić. Pracowita i solidna - wszyscy o tym wiedzieli. Zadbane, czyste krowy (co nie było taką oczywistością w oborach, gdzie gnój wyrzucało się raz, dwa razy w roku a krowom rano podsypywało się tylko świeżą ściółkę na ich nocne placki), kurnik pełen drobiu wykarmionego przednim ziarnem, którego zawsze były pełne "sąsieki" w spichlerzu i spiżarka z zapasami jedzenia. Małe poletka warzywne i przydomowe ogródki z kwiatami też świadczyły za nią.
A więc 15 sierpnia, co roku, większe meble wynoszono z pokoju do stodoły, mniejsze odsuwano pod ściany, zwijano dywan i gotowano miejsce na tańce. Kuchenny stół, połączony z tym pokojowym, wyjeżdżał na środek kuchni aby pomieścić licznych gości.
Było ich naprawdę wielu. Moje oczy dziecka gubiły się w mrowiu twarzy, które znały mnie ale ja nie rozpoznawałam niemal żadnej. Ciotki i wujowie dalsi i bliżsi. Z sąsiednich wsi i Ci z daleka, z Buska. Znajomi gospodarze, zaprzyjaźnieni sąsiedzi. Głośne, wilgotne całusy i poklepywanie po plecach. Gwar, śmiech, zamieszanie. Stoły zastawione potrawami na ciepło i na zimno ( Marysia nie darowałaby sobie gdyby czegoś nie starczyło) i obowiązkowo butelki wódki aby dobrego humoru nie zabrakło nikomu. A kiedy pierwszy apetyt został zaspokojony i pierwsze butelki alkoholu opróżnione, wyrywała Marysia na parkiet do czekającego pokoju, porywając za sobą innych. Zabawie przygrywał akordeonista niestrudzenie grający, póki starczało chętnych do tańca.
Na parkiecie królowała Marysia. Mimo, że już zaliczana bardziej do matron niż młodych mężatek, nikomu nie ustępowała w drobieniu w oberku, w przytupach i obrotach. Spódnica furczała, buciki śmigały a jej twarz promieniała życiem. Każdy chciał zatańczyć z solenizantką, więc partnerów do tańca jej nie brakowało. A że tańce żwawe i porywające, to raczej nie było stojących pod ścianą. Oczywiście Daniel odtańczał ze swoją żoną kujawiaki, walczyki, polki i oberki. Choć chętniej wdawał się w rozmowy z gospodarzami o polityce albo cenie zbóż. Dysputy podlewane co i rusz kolejnym kieliszkiem gorzałki, przybierały z czasem coraz głośniejsze formy.
A kiedy temperatura zabawy rosła, pojawiały się swawolniejsze tematy i obyczaje. Kiedy zmordowani tancerze wracali do stołu aby znów zasiąść do biesiady, rozpoczynały się droczenia między kobietami i mężczyznami.  Od tej chwili strony zaczynały przerzucać się złośliwymi przyśpiewkami skierowanymi do przeciwnej płci.
"Od kamienia do kamienia tu żadnego wujka nie ma
Wujki siedzą, spoglądają, gdzie tu więcej wódki dają" śpiewały kobiety.
Mężczyzna zaczepiony frontalnie mógł odśpiewać
"Skorołeś mie Boże za te moje zbytki, dołeś mi kobite jaki pieron brzydki".
I wszystko przeplatane rubasznym śmiechem w dowód uznania dla celnej riposty.
Mistrzynią przyśpiewek była stryjenka Wackowa. Żona stryja Wacka, który razem z Danielem, zgodnie jak przystało na braci, prowadził młyn w systemie tydzień na tydzień. Stryjenka zaliczana do kobiet wesołych, lubiących zabawę, świetnie radziła sobie w sytuacjach towarzyskich. Potrafiła, kiedy repertuar znanych piosenek wyczerpywał się, tworzyć na poczekaniu kolejne śmieszne teksty. I tak zabawa toczyła się na zmianę przy stole i na parkiecie, do białego rana. A potem towarzystwo, które miało za daleko do domu lub zbyt splątane nogi, zalegało w stodole na sianie, donośnym chrapaniem obwieszczając światu swoje istnienie.
Pętałam się między nogami dorosłych, mimowolnie chłonąc atmosferę wiejskiej zabawy, nieświadoma z jaką nostalgią będę dzisiaj wspominać Babcię Marysię, Dziadka Daniela, ciotki i wujków. A przede wszystkim tą radość i rozhukanie emanujące ze wszystkich. Z jakim rozrzewnieniem wspomnę  noc spędzoną na sianie w stodole, jakby nie było, wśród pijanych biesiadników.
Przyjmowałam jako oczywistość otaczające mnie wiejskie bachanalia, nie wiedząc, że dzisiaj będę ich szukać li tylko we własnych wspomnieniach.

czwartek, 19 października 2017

Wykopki


z internetu.Wykopki dawniej. Głos Wielkopolski

Przez całe lato chodziłam z Babcią lub Ciocią pielić rzędy ziemniaków na polu za domem. Żeby chwasty nie zagłuszyły posadzonych roślin. Wyrywany perz czy trawa lądowały w koszu aby stać się dodatkową paszą dla krów.
Piaszczyste górki usypanych rzędów i przerwy między nimi jak dróżki między drogami. Palące słońce na grzbiecie i koniki polne grające wśród traw na pobliskiej łące. A niedaleko piaszczyste zbocze lasu i powiew sosnowego powietrza. Wciąż mam ten obraz we krwi. I jeszcze chodzenie między rzędami ze słoikiem z wodą i zbieranie "amerykańskiej zarazy". Pasiasty chrząszcz pożerający ziemniaczane liście. Nie miałam dla niego dobrych uczuć. Raczej poczucie satysfakcji kiedy kolejnego szkodnika lub jego białą, tłustą larwę wrzucałam do słoika. Pierwsze podbierane bokiem ziemniaki, tak żeby nie uszkodzić rośliny i ich smak na talerzu z kubkiem kwaśnego mleka. Wspomnienia gorące, letnie, przepełnione zapachami i dźwiękami.
A potem przychodziła jesień. Zielone pędy wystające z grządek więdły i brązowiały.

Wykopki. Kiedy zamykam oczy widzę czerwono zachodzące słońce, czuję skostniałe dłonie a potem nadchodzący zmrok. Wóz ciągnięty przez konia, który co jakiś czas przesuwał się do przodu za posuwającymi się ludźmi.
Ubrana byłam w ciepły sweter i kurtkę. Szyję owiniętą miałam szalikiem a na nogach gumiaki. A i tak czułam przenikający mnie chłód. Trochę bolący kręgosłup od ciągłego schylania się. Bo głównie zbierałam do dużego ciemnobrązowego, wiklinowego kosza wykopane ziemniaki. Ale pamiętam, że jako nastolatka pracowałam też motyką.
Nasze pole ziemniaków za domem nie było na tyle duże, żeby wprowadzać sprzęt do kopania. Prace wykonywaliśmy ręcznie, całą rodziną nieraz z pomocą sąsiadów. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Tyle tylko, że dzieciom pozwalano albo na wolniejsze tempo albo dłuższy odpoczynek.
Każdy miał swój rządek. Z motyką w ręku podważał krzak ziemniaczany, chwytał łęty "za głowę" i wyciągał z ziemi jeszcze przyczepione do długich pasm korzeni bulwy. Potem otrzepywał krzak i odrzucał na bok. Ziemniaki odpadały od korzeni i lądowały na ziemi pod nogami. Resztę bulw wykopywano przegrzebując ślad po roślinie motyką.
I to było piękne. Wydobycie na światło dzienne ukrytego w głębi ziemi bogactwa. I ten moment fascynacji, kiedy po raz pierwszy wyłaniają się na wierzch, przeróżnych kształtów i wielkości kule, owale czy dziwne kształty.
Odkrywanie tajemnic ziemi. Zaglądanie w nieznane, co dzieje się przez długie miesiące poza naszymi oczami. W ciszy i cieple piaszczystych rzędów powiększające się zapasy. Zapobiegliwość przyrody, celowość i mądrość. Nie nazywałam rzeczy tymi słowy. Jedynie zachwyt, jedynie zdumienie, jedynie szeroko otwarte oczy.
A wszystko w zmroku końca dnia. Bo choć praca trwała od rana, moja pamięć zachowała tylko pojedyncze obrazy. Nie odtworzę całego ciągu zdarzeń.
Ale widzę płonące ogniska z pozbieranych, wysuszonych łętów ziemniaczanych i snujący się nisko nad ziemią albo wznoszący się leniwą smugą ku górze, dym.
Pamiętam skostniałe palce i zimną ziemię, w którą zanurzałam dłonie w poszukiwaniu-no właśnie- bulw nie ziemniaków. Ziemniakami stawały się dla mnie w koszu, na wozie albo potem w stertach zrzuconych z wozu do zdołowania.
Mężczyźni wykopywali za domem, na skraju ziemniaczanego pola, duży dół. Do niego zrzucano ziemniaki i przysypywano słomą i ziemią wydobytą przy kopaniu. Jeszcze robiono wywietrzniki sięgające w głąb kopca, jakąś przemyślną wiejską metodą, której dzisiaj już nie odtworzę. Bo kopiec musiał oddychać.
Tak działo się z nadmiarem. Na początek jednak zrzucano ziemniaki do piwnicy pod stodołą. Otwór w podłodze stodoły prowadził wąskim tunelem do najgłębszej części piwniczki. I taką drogą ziemniaki trafiały do chłodnych warunków zimowania.
Ale wróćmy jeszcze na chwilę na pole. Do utrudzonych dorosłych i zmęczonych dzieci. Bo na koniec czekała wszystkich nagroda. Pieczone w żarze przygasających ognisk ziemniaki. Któż nie zna ich smaku. Zwęglonej skórki brudzącej palce na czarno i delikatnego parującego miąższu w środku. Grudki masła roztapiającej się na połówce kartofla i białych kryształków soli na wierzchu. Pieczone ziemniaki zawsze smakują wybornie. Ale przy ognisku o zmroku, po całym dniu pracy, na ziemniaczanym polu, jedzone wśród bliskich, smakują najlepiej.

piątek, 12 sierpnia 2016

Pranie

Nasza była dużo większa. Spokojnie mieściliśmy się w niej z bratem.
 z internetu wiano.eu

Czy już potrafię ? Czy jestem gotowa ? Opowiedzieć o coraz częściej pojawiających się rozmowach o zmianie, przeprowadzce. O zasiadaniu przy stole w kuchni i rozważaniach gdzie i co kupić. Nowy młyn, dom, gospodarstwo. Razem czy osobno. O narastającym we mnie niepokoju. Że jak to ? Nie na zawsze ? Nic nie jest pewne ? Bez rzeki, pól i łąk, bez lasów piaszczystych i grzybnych. Że skarpa piaskowa do skakania i rzeźbienia w piasku nie jest moja. A źródełko koło pola tytoniu, a poziomki na skarpie powyżej ? Co stanie się z nimi ?
Uciekałam od tych pytań. Zamykałam na nie uszy i serce, a przecież byłam już nastolatką nie cielęciem lat kilku.
Jedynie satysfakcja rozgościła się we mnie, rozkokosiła i puchła z dumy, że przecież mówiłam wszystkim. Koleżankom w Sandomierzu, każdemu kto zapytał, że nie ma piękniejszego miejsca. I oto teraz znalazłam potwierdzenie swoich odczuć w tym nakazie "rabunku" ( tego co w odwiecznym akcie zasiedlenia przypisałam sobie na własność), który czynił wszystko wspólnym, nie moim. Bo wybiera się to co najpiękniejsze a przecież wybrano Czarną i Życiny.
Nie.
Jeszcze nie nadszedł czas na akt ostatni.

Czas płynie a ja na przekór podążam pod prąd. W poszukiwaniu, w tęsknocie...
Kiedyś była tylko balia. Ogromna, metalowa z odpływem w dnie zatykanym korkiem. Pod który podstawiało się wiadra na wylewające się mydliny.
Kobiety grzały w saganach wodę na kuchni od rana. Wszystkie inne prace spadały na plan dalszy. Robiono w obejściu tylko to co było konieczne, bo pranie to nie byle co i wymagało całej uwagi. To była logistyka i zaangażowanie wszystkich domowników. Mężczyźni wnosili i ustawiali balię (na środku kuchni na trzech rozstawionych stołkach), wynosili wiadra pełne mydlin, pomagali wyżymać szczególnie duże partie pościeli. Bo nie łatwo było wycisnąć wielką poszwę przed zanurzeniem jej w wodzie do płukania. Dwie osoby skręcały ją z dwóch końców aż tworzył się gruby zwój wyciśnięty do imentu.
W kuchni wrzało. Ruch i skupienie. Mało słów, wiele do zrobienia. Nie trzeba było poganiać nikogo. W odwiecznym rytuale każdy znał swoje miejsce i zadanie. Kuchnia od rana napełniała się parą uchodzącą znad paleniska, z gotującej się wody.
Po wstaniu niewiele miałam do roboty. Mogłam wyjść z domu i zająć się sobą lub pozostać i plątać się pod nogami dorosłych oganiających się cierpliwie
- Czekaj no robońku, czekaj - aż dziw, że nie wyganiano mnie z krzykiem. Może po prostu dzieci w ten czas zamieszania były mało dostrzegalnym elementem. Ot tyle tylko, żeby nie kręciły się za blisko wrzącej wody wlewanej do bali, bo mogą się poparzyć. A może liczono, że mają się same pilnować.
Przy brzegu balii Babcia ustawiała tarę. Metalową a wcześniej drewnianą. Taka sama tara długo gościła w domu w Sandomierzu. Chowana na co dzień pod wanną, była jedyną pomocą przy praniu, zanim rodzice kupili pierwszą pralkę.
Pamiętam pochylone plecy kobiet i rytmiczne ruchy rąk przesuwających się wraz z materiałem w górę i w dół tary. Aż po zanurzenie w mydlinach. Rękawy podwinięte po łokcie, na sukience fartuch, który bardzo szybko zamakał w zetknięciu z brzegiem tary. Spocone twarze i raz po raz gest ręki ocierającej pot z czoła lub odgarniającej kosmyk włosów. Milczenie i skupienie na twarzy. Ale przecież i przeciąganie się dla wyprostowania pleców i przerwy dla dolania ciepłej wody. Potem wylewanie brudnej wody i nalewanie nowej.
Po ostatnim płukaniu następowało krochmalenie w wodzie z mąką ziemniaczaną dla sztywności, dla dłuższego zachowania świeżości. Żeby wyciągnięta poszwa z szafy nie tylko pachniała ale i po uprasowaniu, była sztywna jak z drewna. Zresztą, mimo nostalgii jaka we mnie pozostała, nie przepadałam za tą sztywnością. Zanim ogrzałam pościel swoim ciepłem, długo czułam jej wyprasowane kanty.
Na tym etapie prania dodawało się ultramaryny, żeby pogłębić biel aż po niebieskawość bijącą świeżością po oczach. Zanim farbka rozpłynęła się w krochmalu tworzyła błękitne smugi ciągnące się długimi pasmami. Aż w końcu energiczne ruchy Babci drewnianą łyżką,  rozbijały błękit i pozostawał tylko niebieskawy odcień bieli.
Kiedy pościel została już wykrochmalona, Babcia przynosiła wyżymaczkę ze spiżarni i montowała ją, pewnie jakoś przykręcając do brzegu balii. Taką drewnianą z korbką, przez którą przepuszczało się pościel dla dobrego jej odciśnięci z wody. To była ciężka praca. Oczywiście napraszałam się, żeby spróbować pokręcić korbą, zafascynowana procesem przechodzenia pościeli przez wałki wyżymaczki. Że taka zwinięta, nieuporządkowana wchodzi do środka a wychodzi dwuwymiarowa, spłaszczona jak liść papieru. Nadymałam się cała próbując kręcić korbą aż w końcu poddawałam się i oddawałam ją w bardziej odpowiednie ręce.
Musieli mnie kochać skoro w wirze pracy znajdowali miejsce dla moich prób, które przecież  zakłócały rytm działań. Ale to był świat bez pośpiechu, nie mierzony minutami ani godzinami. Liczony na dnie i na zadania. A pranie kończyło się niezależnie od upływu czasu, kiedy wszystko zostało uprane. Więc mała przerwa na pokazanie dzieciom jak działa wyżymaczka to tylko niewielkie odstępstwo od działań. To tylko chwila na śmiech dorosłych i moją radość, że spróbowałam, poznałam, doświadczyłam tego co oni. A wtedy już dawałam im spokojnie pracować dalej, jedynie przyglądając się z dystansu.
Wypraną pościel rozwieszano w ogrodzie. Ale i rozkładano na trawie kiedy zabrakło miejsca na sznurkach. Świeże płachty pościeli świeciły bielą a ja patrzyłam na nie przymrużając oczy i wyobrażałam sobie wielkie ptaki rozłożone na łące.
Oczywiście potem nastała epoka Frani i pranie nie było już tak trudne i fascynujące - dla mnie. Pozostało tylko jeszcze moje zagapianie się w wirujące mydliny w pralce, pomruk jej silnika i bijące od niej ciepło.
Pamiętam jeszcze, stojące w sieni drewniane kijanki do prania w rzece. Karbowane jak tara, na końcu zwężające się w uchwyt dla dłoni. Pewnie, że próbowałam na nich swoich sił. Pewnie, że zaciągałam nad przybrzeżny kamień, na którym odbywaliśmy cowieczorne ablucje i tłukłam z zapamiętaniem swoje koszulki. Ale z jakim skutkiem ? Prawdziwe ich dzieje były dla mnie historią. To już były obrazki jedynie wyobrażane, opowiadane mi przez Mamę. Nie widziałam jak pochylona Babcia miarowo uderza kijanką w brudne koszule rozłożone na dużym kamieniu nad rzeką. Nie pamiętam klęczących sylwetek piorących kobiet, nie pamiętam ich przemarzniętych dłoni od zimnej rzecznej wody. Pamiętam balię.

czwartek, 21 stycznia 2016

Wesele Wujka

Nie pamiętam ile wtedy miałam lat. Pewnie gdybym sięgnęła do archiwum domowych fotografii albo pamięci wcześniejszych pokoleń, dowiedziałabym się szczegółów. Ale czy to jest istotne ? Podążam ścieżką moich wspomnień chaotycznie. Wywoływane z pamięci obrazy formuję w słowa a wspomnienia rozlewają się jak rzeka aż po horyzont. Cieszę się z każdego powracającego obrazu jak z odnalezionego, zapomnianego skarbu.
To było w okresie mojego dzieciństwa. Tyle mi wystarczy.
Ślub najmłodszego brata mojej Mamy.
Nie wszystko odbywało się w naszym domu. Wydaje mi się, że po jednym dniu, wesele przeniosło się do domu Panny Młodej, gdzie zabawa dla młodszego pokolenia trwała bodaj dwa kolejne dni.
A może zatarte czasem wspomnienia zmieszały jak w  tyglu, obrazy obu domów ?
Wielkie emocje chwil poprzestawiały w mojej głowie wspomnienia i zachwiały kolejnością zdarzeń.
Pamiętam ekscytację wśród dorosłych w tamtych dniach.
Wyciągam z pamięci zamieszanie i gwar niezliczonej liczby głosów. Pokój uprzątnięty z mebli, tak aby stworzyć parkiet do tańca. Szeroko i po raz pierwszy, na oścież otwarte dwuskrzydłowe drzwi do pokoju.
Stoły ustawione w kuchni dla biesiadników i pełno ludzi wokół. Twarze, które mówiły
- Ależ ty wyrosłaś- a ja uśmiechałam się i witałam z kolejnymi wujkami i ciociami.
Albo rozmowy między kuzynami
- No co ty, to przecież córka Jadzi, nie poznajesz !?
- Malinko, pamiętasz Wujka z Buska ?
Jeszcze gorzej było z kuzynami, których widziałam po raz pierwszy. Wtedy na pomoc przychodziła Babcia prowadząc mnie do nieznanej osoby i chwaląc się mną tłumaczyła
- A to Robońku jest twoja Ciocia z Potoka co to mieszka niedaleko kościoła.
Przemykałam bardziej między nogami niż twarzami tego tłumu, próbując znaleźć sobie miejsce, zadziwiona odmiennością sytuacji i gwarem w tak cichym zazwyczaj domu.
Teraz zaplątał mi się obraz namiotu na dworze, z rzędem stołów i ław wewnątrz i goście zasiadający  naprzeciw siebie. Ale to już chyba była część wesela u Panny Młodej. Co ja tam robiłam ? Czy pamięć mnie nie zawodzi ?
Pamiętam przerzucania się przyśpiewkami przy tym stole. Tymi w wykonaniu kobiet w stronę mężczyzn i tych męskich skierowanych do kobiet. Pamiętam niezwykłość tej chwili. To zwyczaj zapewne już zapomniany a przecież tak wyjątkowy i staropolski. Szkoda, że uleciała mi z głowy  ich treść pikantna i dosadna.
Rozradowanie, czerwone policzki, co raz wznoszone kieliszki wódki i przepijanie do siebie nawzajem. Wspinanie się na szczyty finezji i tworzenie nowych tekstów na gorąco, w odpowiedzi na słowa strony przeciwnej - to kwintesencja wiejskości polskiej, tamtych czasów. Stare kumy i kumowie rozgrzani chwilą, nie ustawali w pracy bycia ostatnim, w tej bitwie na słowa.Bo to głównie oni byli nośnikiem tej tradycji.
Wokół wybuchały kaskady śmiechu i widać było, że wszyscy bawią się świetnie.
Zapamiętałam jeszcze bramki, (zwyczaj funkcjonujący do dzisiaj) stawiane na drodze do domu weselnego przez sąsiadów, gdzie trzeba było się wykupić skrzynką wódki aby przejechać dalej. Bramki kwieciste, umajone gałązkami, pod którymi przejeżdżał orszak weselny.
Zapewne jako dziecko nie brałam udziału we wszystkich obrzędach weselnych, szczególnie tych, które odbywały się późną porą. Dlatego wyławiam pojedyncze obrazy wydawałoby się, nie połączone w całość.
I znów powrócę do naszego domu, do pierwszego dnia wesela, aby wywołać z pamięci harce na parkiecie w pokoju przy skocznej wiejskiej muzyce granej na żywo. Moje pląsy w rytm oberka i zachwyt nad tańcowaniem Babci, która jakby (mimo trosk i zmęczenia) zrzuciła z siebie ciężar dni i przebierała nogami nie mając sobie równych. A ja próbowałam za nią nadążyć. Tak samo jak próbowałam nadążyć za jej tempem obierania ziemniaków czy ubijania piany. Tak samo jak śmigały jej ręce, tak teraz śmigały jej nogi.
Dom był pełen gości, więc kiedy nadeszła noc, spotkała nas jeszcze jedna atrakcja. W stodole zostały rozścielone koce. W końcu miało się spełnić marzenie spania na sianie.
Zostaliśmy wysłani na spoczynek, dużo wcześniej od dorosłych. Od strony domu dochodziły wciąż odgłosy zabawy a ja mościłam się na posłaniu, za każdym razem głośno szeleszcząc sianem. I to, co do tej pory miało być niezwykłe, stało się rzeczywistością. I o złośliwości losu, wcale niewygodną !
Pod sobą miałam rozłożony koc, przez który źdźbła trawy, do tej pory wydawać się mogło, że miękkie, uparcie kłuły mnie w plecy i pośladki. Wierciłam się zawzięcie próbując wymościć sobie gniazdo jak pies kręcący się w kółko na legowisku. W końcu ułożyłam się i otuliłam kołdrą aby złagodzić szorstkość podłoża. 
Wielka przestrzeń stodoły, żyła zupełnie innymi odgłosami niż swojskie szepty pokoju.Wokół budziły się dźwięki tajemnicze i niepokojące.
- Czy to mysz biegnie w korytarzach siana?
- Czy to jakiś groźny stwór?
- Ach, to na pewno coś złego chce mnie zaatakować! - drżałam z przerażenia czekając na rozwój wypadków i próbując być dzielna. Szelest nabierał mocy i zbliżał się złowieszczo. Aż w  końcu, niemal zagłuszony waleniem mojego serca, zamienił się w radosne skomlenie.
Buda psia miała połączenie ze stodołą a pies wyczuwszy naszą obecność postanowił wykorzystać niezwykłą możliwość spania z nami.
W końcu uspokojona i otoczona zawrotną wonią siana i psiej sierści, zasłuchana w dalekie odgłosy wesela, zapadłam w sen.
Obudziło mnie gdakanie kur i pianie koguta. Było szaro i zimno. Wtuliłam się w resztkę ciepła kołdry. Między deski stodoły wsączało się mdłe światło poranka. Rozglądałam się wokół popatrując na śpiącą gromadę dorosłych, która widocznie dołączyła do nas nocą. Wydłubywałam źdźbła siana z włosów i zastanawiałam się, która to może być godzina, skoro wszyscy jeszcze śpią. W głowie huczało mi z niewyspania a na podwórko pomału wracało życie. Pod okapem stodoły jaskółki wystawiały łepki z gniazd i świergoliły cichutko. Z obory, dochodził łoskot krowich łańcuchów, które wystukiwały poranny rytm pustego żłobu.
Pomału szarość zaczęła przeradzać się w blask dnia a promienie słońca cudownie przefiltrowane między deskami stodoły, ożywiły tysiące pyłków tańczących w ich blasku. I to jest ostatni, niezwykły obraz z tamtych dni, jaki został w moje głowie. Wspomnienie wesela wujka W.

niedziela, 27 grudnia 2015

Magia świąt

Zamknięta w chłodzie pokoju oddawała co najlepsze. Swój świerkowy zapach. Unosił się w czterech ścianach i kiedy uchylałam drzwi wciągałam z lubością wonne powietrze rozkoszując się zapachem lasu, jej pięknem a przede wszystkim oczekiwaniem na cudowności nadchodzących chwil.
Kiedy przyjeżdżaliśmy do Babci na święta koniecznie musiałam zlustrować zawartość spiżarki przy kuchni. Na długim i grubym drągu umieszczonym pod sufitem pyszniły się lśniące od tłuszczu pęta kiełbasy. Zaraz po otwarciu drzwi wślizgiwał się za mną pies licząc na ochłapy. Ale nie tym razem. W święta byłam grzeczna i dokarmianie zostawiałam na czas po wieczerzy. Na półkach spiżarki rozłożone były  ciasta. Makowce, serniki i pierniki.
Nie brałam udziału w przygotowaniach świątecznych. Przyjeżdżaliśmy do Babci w dzień wigilii kiedy już wszystko było gotowe. Tym mocniej odbierałam odmienioną rzeczywistość domu jako magiczną. Nagle znajome kąty nabierały innego wyglądu i znaczenia. Okna przybrane watą wtuloną między skrzydła okiennic nie tylko chroniły przed mrozem ale nadawały poczucie ciepła swą puszystością i bielą. Bo przecież tamte zimy były prawdziwe.
Idąc od autobusu do domu przedzieraliśmy się przez kopny, bielutki świeżo spadły śnieg. Policzki drętwiały od mrozu a ręce w rękawiczkach zapominały ile mają palców, nie czując niemal nic. Skrzypiały buty na śniegu melodię najcudowniejszą, opowiadając o drodze. O zaśnieżonym krajobrazie, o ludziach schowanych w zaciszu domów, o zwierzętach  za zamkniętymi i ogaconymi dodatkowo słomą, drzwiami stajenek. Wokół panowała cisza wieczoru, jaka może panować tylko zimą, kiedy świat śpi snem sprawiedliwym, otulony puchem jak pierzyną. A one niosły swoją pieśń jak przesłanie. Ja słuchałam ich śpiewu i w moim sercu rosło wielkie, ogromne, radosne oczekiwanie na to wszystko co zima przyniosła nam w darze.
Zazwyczaj wieczerza wigilijna miała miejsce przy rozłożystym stole w kuchni, w cieple bijącym od piekarników pracujących pełną parą do ostatniej chwili. Bo przecież rybę można było smażyć tylko w ostatniej chwili i parującą podawać na talerze. Bo na fajerkach stał wielki gar z barszczem a misy z pierogami przytulone do pieca, grzały się w oczekiwaniu na swoją kolej.
Rodzina już w odświętnych strojach biegała w zaaferowaniu dokańczając dwanaście potraw lub ustawiając dodatkowe krzesło i nakrycie przy stole dla wędrowca. Jakże inną wymowę miało wtedy dla mnie to miejsce. Wyobrażałam sobie strudzonego wędrowca okutanego w długi kożuch, stukającego późnym wieczorem do naszych drzwi. Wyobrażałam sobie zdziwienie wszystkich a potem te otwarte szeroko dla niego drzwi i serca. Widziałam oczami duszy jego dziwne, długie, snute przy piecu opowieści o świecie. Dalekim i obcym. Najważniejsze jednak było to, że wierzyłam w obowiązek przyjęcia błąkającego się nieznajomego i wierzyłam w dobroć innych. Bo wtedy nikt  nie myślał o niebezpieczeństwie kryjącym się za nieznajomym a jedynie myślał o mizerii  człowieka bez rodziny i wigilijnego stołu. Może świat był bezpieczniejszy a może jedynie ludzie wokół mnie darzyli ten świat większym zaufaniem.
Łamanie się opłatkiem to rytuał, który miał w sobie powagę jakiej dzisiaj trudno mi szukać w pośpiechu i bezrefleksyjności współczesnych dni.
Życzenia składał Dziadek jako nestor rodu, wszystkim po kolei, łamiąc się opłatkiem z każdym przy stole. Dopiero potem mogliśmy zasiąść do wieczerzy.
Dopóki wszystkie potrawy nie przewędrowały przez stół nikt nie napomknął nawet o prezentach. Kiedy już brzuchy były pełne i rozleniwienie wśród dorosłych brało górę nad gwar rozmów, mogliśmy my dzieci upomnieć się o prezenty czekające w pokoju, złożone pod choinką. Wtedy dopiero cała rodzina przechodziła do pokoju gdzie rozsiadała się przy stole a my biegaliśmy rozdając przygotowane paczki. Szelest rozrywanego papieru, śmiech, ciekawość a potem radość. To był dla mnie czas piękna i spełnienia.
A potem kiedy już wybawiliśmy się nowymi zabawkami i dorośli przenieśli się z powrotem do kuchni na swoje pogaduszki, Babcia ścieliła nam łóżka w tymże pokoju pachnącym lasem z mieniącymi się bąbkami na drzewku. Pierzyny obleczone w nowe poszwy, pachnące praniem i sztywne od magla, pomału rozgrzewały się od naszych dziecięcych ciałek, w końcu oddając nam swoje ciepło. Jeszcze tylko jeden skok pod drzewko po to aby potajemnie wyłuskać kolejnego cukierka wiszącego na choince i zostawić tylko papierek wiszący na nitce i już można było zanurzyć się po uszy w pierze i śnić sen niewinny, dziecięcy o cudach czekających następnego dnia.

piątek, 10 lipca 2015

Cyganie

z internetu, portal onet.wiem




Cyganie zjawiali się co parę lat.
Mimo, że mieszkaliśmy na końcu wsi, za każdym razem odczuwałam atmosferę pustoszenia ogarniającą wieś.
Nagle zapadała niezwykła cisza. Na podwórku nie było chłopów z wozami z ziarnem do mielenia. Krzątanina w obejściu zamieniała się w rzadkie pogdakiwanie kur. Nawet psy milkły nie wiedzieć dlaczego. A potem nagle zajeżdżał wóz przed dom i zsiadała z niego wielka Cyganicha i chudy przy niej, stary Cygan w białej koszuli, kamizelce od garnituru, sztuczkowych spodniach i kapeluszu. Wyganiano nas z domu. Mieliśmy  bawić się w pobliżu ale nie daj Boże, kręcić pod nogami.
Cyganicha wyglądała przy swoim nikłym kompanie jak góra. Wielość kolorowych spódnic sięgających ziemi czyniły ją jak namiot. Śniada twarz wyglądała jak pomięta kartka a ręce przy każdym ruchu wydawały  dźwięk dzwonków za sprawą licznych bransolet. Włosy spięte w czarno - siwy kok opadający na kark owijała zrolowaną chustką a w uszach tkwiły dwa wielkie  koła kolczyków . Jeszcze większą chustą z frędzlami okrywała ramiona. Wchodziła do kuchni, zasiadała na krześle i za każdym razem miałam wrażenie, że siada na tronie.
Babcia zostawała z nią w kuchni a Dziadek obradował z chudym jegomościem w pokoju. Wiem, bo kiedyś udało mi się zajrzeć przez okno. Nigdy nie dowiedziałam się co było przedmiotem ich rozmów. Czy handel wymienny, czy kupowanie mąki czy informacja o przyjeździe i prośba o miejsce na biwak.
Niezwykła była atmosfera tych odwiedzin. Dzisiaj mogę jedynie powiedzieć , że najwłaściwszym słowem opisującym to zdarzenie był wzajemny wobec siebie respekt dorosłych. Bez niego nie mogło być mowy aby Cyganie wdawali się z jakimkolwiek człowiekiem spoza klanu w interesy.
Chociaż wieś zamykała się przed przybyszami, pośpiesznie wiązała swoje konie w stajniach i ryglowała drzwi domów, zwoływała dzieci z podwórka a nawet straszyła porwaniami do taboru, moi dziadkowie rozmawiali ze starszyzną cygańską.
   Któregoś razu Cyganicha weszła z Babcią do pokoju i zaczęła czynić czary. Chodziła w koło mamrocząc niezrozumiałe słowa. Potem, jak się dowiedziałam, kazała przestawić łóżko, żeby nie stało na cieku wodnym, zapisała jakieś zioła, poszeptała z nią w skupieniu i zadowolona znów zasiadła na krześle przy stole w kuchni. Jakie ustalenia zapadły? Jakie tajemnice kryły ich szepty? Co Babcia ofiarowała jej w zamian? Wiem, że wezwany potem prawdziwy radiesteta do wyznaczenia miejsca do kopania przydomowej studni, w stu procentach potwierdził jej diagnozę.
Handel garnkami i patelniami to była domena ich działalności. Te wielkie ciężkie patelnie służyły latami i były niemal nie do zdarcia. Głównie jednak chodziło im o konie, które były największym bogactwem i przedmiotem pożądania taboru. Jeśli nie mogli ich kupić, kradli. Nie dziwi więc obawa wsi przed kradzieżami, bo takie zdarzały się nieraz. Romowie mieli swój kodeks honorowy ale w nim nie było miejsca na potępienie kradzieży koni czy domowego drobiu. Mimo, że Dziadek pozwalał im rozbijać się czasami na polu koło naszego lasu, nie chroniło nas to przed znikaniem kur z podwórka.
Rozmowy kończyły się. Wóz odjeżdżał a nas wołano do domu. Od tego momentu nie wolno nam było chodzić do lasu. Mieliśmy się bawić w pobliżu domu. Taki stan trwał zazwyczaj kilka dni, może kilkanaście. Potem, kiedy odwoływano zakaz  opuszczania okolic domu, z wypiekami na twarzy i pędem biegliśmy do lasu szukać śladów ich bytności.
To były polany albo przerzedzenia w lesie, dające możliwość rozbicia obozowiska. Oczywiście nie wiem jak wyglądało obozowisko, ale naszą wyobraźnię pobudzały góry śmieci zostawiane  przez Romów. Grzebaliśmy w nich nie po to, aby coś znaleźć, ale żeby poznać ich życie, żeby dotknąć nieznanego. Stare szmaty, porzucone dziurawe garnki, resztki paleniska, wygniecione ślady po wozach. Jak detektyw z nosem przy ziemi chodziłam w koło, próbując wyobrazić sobie ludzi siedzących w krąg wokół ognia, muzykę, gwar rozmów, nawet kłótnie między krewkimi młodzianami uciszane jednym ostrym słowem starszyzny. Widziałam oczami wyobraźni matronę, tą samą, która odwiedzała Babcię, siedzącą przed swoim wozem i przyjmującą objawy szacunku całej grupy. Widziałam dzieci biegające na bosaka między wozami za stadem psów i dorosłych, którzy z czułością jakiej nie okazywali nawet ukochanej, czesali grzywy swoich koni. To wszystko było tutaj, żyło innym niż moje życiem, egzotycznym i tajemniczym.
Potem chwilowo syci wrażeń, wracaliśmy do domu, żeby nazajutrz znów wybrać się do lasu w poszukiwaniu niepoznawalnego.

piątek, 24 kwietnia 2015

Był taki kostur


Był taki kostur. Wędrujący.
   Pewnego wieczoru, kiedy nadeszła pora przygotowań do snu, a na dworze zapadał zmrok, ktoś zapukał do drzwi kuchni. Wszedł mężczyzna w sile wieku i chwilę cicho rozmawiał z Dziadkiem i Wujkiem. Wskazał ręką w kierunku ganku a potem wyszedł, z szacunkiem żegnany przez mężczyzn.
   Babcia i Ciocia, cichsze niż zwykle przy powitaniach gości, ani nie rzuciły się do niego proponując mu herbatę ani nie zaprosiły zwyczajowo do stołu. Zajęte swoimi domowymi sprawami, tylko popatrywały na gościa. Kiedy wyszedł, Wujek zajrzał do ganku i po chwili wrócił.
   Siedziałam przy stole nad kolacją, pilnie i z zaciekawieniem obserwując wszystko wokół, majtając nogami pod stołem.
   Coś było inaczej – stwierdziłam zaintrygowana.
   Mężczyźni zamiast zmniejszać tempo życia, jak zwykle pod wieczór, wykazywali niezwykłą aktywność. A to przysiadali przy stole, a to, mimo milkliwości Dziadka, wymieniali jakieś ciche uwagi.
- Zrobić Ci porządną kolację? – Ciocia patrzyła uważnie na Wujka, choć na stole leżały ser, masło, chleb i dzbanek wieczornej kawy zbożowej.
- Może później, teraz pójdę się zdrzemnąć – Wujek zniknął za drzwiami sypialni.
   Tego było mi za wiele. To ja chodziłam pierwsza spać, kiedy dorośli jeszcze długo zostawali w kuchni. Nie wytrzymałam. Wstałam od stołu i niezauważona przez nikogo wyszłam na ganek.
   Oczy rozszerzyły mi się ze zdziwienia. Oparty o ścianę, w rogu stał On. Długi, wyższy ode mnie, biały i sękaty, z powierzchnią gładką jak wypolerowana.
Kostur.
   Nie wiem jak mówili na niego dorośli. W mojej pamięci pozostał kosturem. Dotknęłam go z szacunkiem, który napłynął nie wiadomo skąd. Bo przecież tak naprawdę to tylko gruba, długa gałąź pozbawiona kory. Z sękami i nierównościami, jakby wygładzona dodatkowo.
   Nieraz okorowywałam gałązki wierzbowe aby dobrze przylegały do dłoni, znajdując w tej czynności wiele przyjemności. Więc taki drąg, mimo że większy, nie powinien budzić mojego zdumienia ani napawać dodatkowym szacunkiem. Ot, zabawka jak moje wierzbowe witki, tylko większa, bo dla dorosłych.
   Było jednak w tym drągu coś innego, co kazało mi delikatnie gładzić go palcami, nie ruszając z miejsca. Może sprawiło to dziwne zachowanie dorosłych?
Pora by się dowiedzieć.
   Wróciłam do kuchni.
- Babciu co to za kij stoi w ganku?
Babcia odwróciła się od kuchni, przy której stała
- A, to robońku nie jest zwykły kij. To dla mężczyzn, żeby pilnowali wsi.
Nadstawiłam uszu. Musiałam dowiedzieć się więcej.
A było tak.
   W czasach kiedy nie było latarni ulicznych ani ubitych dróg przez wieś, tylko piaszczyste dukty, sami mieszkańcy dbali o swoje bezpieczeństwo. Stworzyli system a wraz z systemem symbole.
   Każda rodzina miała obowiązek strużowania we wsi przez jedną noc. Wytypowani przez rodzinę mężczyźni, najczęściej dwóch, kiedy zapadał zmrok, wyruszali na nocny obchód wsi.
Strzegli przed zagrożeniem rabunkiem, wypatrywali ognia. Nie było zmiłowania. Całą długą noc wędrowali drogą z jednego końca wsi na drugi, pilnując bezpieczeństwa i snu mieszkańców. Z nastaniem świtu wracali do domu, na krótką drzemkę przed kolejnym pracowitym dniem. A wieczorem szli do sąsiada aby wraz z kosturem przekazać mu obowiązek straży.
I tak co noc wieś była pod ochroną.
   W czasach kiedy nie znano pojęcia straży obywatelskiej, kiedy kierowano się potrzebą i zdrowym rozsądkiem, stworzono zgodnie, system funkcjonujący od pokoleń.
A kostur?
  Nie tylko był bronią. Był symbolem. I przywołaniem do obowiązku, którego nikt nie śmiał pominąć. Wygładzony przez kolejne dzierżące go dłonie, oznaczał siłę i bezpieczeństwo.
Może stąd mój do niego szacunek?