Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malina. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 listopada 2019

Wojna z muchami

z internetu kapelusz i mapa

 Były ich tysiące. Jak mali najeźdźcy nadlatywały wiosną i trwały do jesieni. Potem trup ścielił się gęsto na parapetach i podłodze kiedy przychodził czas jesiennego wymierania.
Wiadomo, tam gdzie gospodarstwo tam i one. A przecież były krowy, świnie, kury i kaczki, czasem indyki. A wcześniej jeszcze koń.
Apogeum następowało latem kiedy słońce w zenicie prażyło najmocniej i chciałoby się zaznać spokoju w cieniu drzewa. Albo w kuchni, w rozleniwieniu trawiąc niedzielny obiad zanim jeszcze wszyscy wstali od stołu.
Ale nie. Nadlatywały, krążyły, łaziły po rękach. Zaglądały w kąciki oczu i do nozdrzy.

Zaczynało się o poranku. Wystarczyła jedna, żeby sen prysnął wypłoszony i pojawiała się irytacja. Początkowo pełna nadziei starałam się wrócić do snu ignorując bzyczenie. Odległe brzęczenie zmieniało jednak melodię dnia. Jedno łypnięcie okiem i od razu wiadomo. Krąży. Wywija te swoje esy floresy, za którymi wzrokiem nie nadążysz. A potem nagły pik jak kamikadze w stronę skrawka skóry. Odsłonięte niechcący ramię, kawałek policzka albo stopa wystająca spod pierzyny i już czułaś to przeklęte łaskotanie małych odnóży na skórze. Łazi sobie, wędruje jak po swoim. A  niech ją piekło pochłonie. Najpierw próba zmiany pozycji, machnięcie ręką, przykrywanie się pierzyną po uszy. Ale kto wytrzyma pod pierzyną latem. Więc wyłaniałam się spod pościeli z nadzieją, że odleciała, znalazła inny cel. Ale nie. Ona zawsze była uparta i zdeterminowana. Cóż mam na skórze takiego cennego, że ryzykuje pacnięcie ręką. Tylko kto ją trafi celując spod przymkniętych powiek, walcząc o resztki snu i spokoju. Mijały minuty walki z wiatrakami. W końcu siadałam, wzuwałam kapcie i zrezygnowana podnosiłam się z łóżka. Wolałam rozpocząć dzień niż kontynuować nadaremne próby powrotu do drzemki w jej towarzystwie. Powłócząc nogami, przecierając oczy, wkraczałam do kuchni. Babcia kręciła się przy piecu a w saganach pyrkotały kartofle w mundurkach, nastawione dla świń i kurcząt. A wokół lampy na środku sufitu dźwięk ich furkoczących skrzydełek zlewał się z gwarem kuchni. Na szybie okien pojedyncze, zawzięcie szukały wyjścia krążąc w górę i w dół szyby. Czasami przystawały żeby odpocząć i znów wracały do obłąkańczego bzyczenia.
Na dworze chłód poranka dawał oddech od ich obecności. O tej porze wolały ciepłe pomieszczenia domu i obory. Ale kiedy słońce zbliżało się do zenitu ich natarczywość wzrastała.
Każda krowa na pastwisku woziła na swoim grzbiecie całe stada a wokół pyska krążyły tabuny. Nasza też. Współczułam jej. Machanie łbem, oganianie ogonem pomagało tylko na moment. Więc kiedy ją pasałam zrywałam gałąź z najbliższego krzaka i oganiałam nas obie.
We młynie była oaza. Małe zamknięte okienka i grube mury chroniły wnętrze przed najeźdźcami. Jedynie najwyższe piętro obfitowało w ich trupki na parapetach okien. Widocznie nieszczelne okna pozwalały im się przedostać do środka ale już nie pozwalały wylecieć. W najniższej kondygnacji do połowy zanurzonej w grunt można było od nich odpocząć. W towarzystwie rzadko używanej kaszarni. Tam nie przylatywały wypłoszone chłodem i cieniem.
Był jeszcze ganek w deszczowe dni. Kiedy upał nie doskwierał a muchy chroniły się do wnętrza przed zmoknięciem, urządzaliśmy z bratem polowanie. Zwiniętą w rulon gazetą waliliśmy w małe okienka przeszkleń ganku, gdzie leniwie łaziły. 
Przychodził jednak czas kiedy cierpliwość dorosłych kończyła się.
W niedzielę po obiedzie Babcia zarządzała opuszczenie domu. Wyrzucaliśmy koty i psy na podwórko i wychodziliśmy. Ona zostawała. Zamykała wszystkie okna i drzwi i wyposażona w spryskiwaczkę wkraczała do akcji. Spryskiwaczka przypominała pompkę rowerową z tłokiem z drewnianą rączką na końcu. Prostopadle do części pompującej był przymocowany mały walcowaty pojemnik z azotoksem skąd leciał płyn do tłoka. Zawsze kojarzył mi się z pojemnikiem ratunkowym zawieszonym na szyi bernardyna, tylko płyn w środku miał przeznaczenie zgoła odwrotne. Babcia psikała wszystkie pomieszczenia bardzo dokładnie a potem wychodziła zamykając za sobą drzwi domu. Wrócić można było dopiero po kilku godzinach. Ostry zapach azotoksu wisiał w kuchni jeszcze jakiś czas. Ale nagrodą była błoga cisza. Ani jednego bzzz bzzz. Chociaż na chwilę.


czwartek, 19 października 2017

Wykopki


z internetu.Wykopki dawniej. Głos Wielkopolski

Przez całe lato chodziłam z Babcią lub Ciocią pielić rzędy ziemniaków na polu za domem. Żeby chwasty nie zagłuszyły posadzonych roślin. Wyrywany perz czy trawa lądowały w koszu aby stać się dodatkową paszą dla krów.
Piaszczyste górki usypanych rzędów i przerwy między nimi jak dróżki między drogami. Palące słońce na grzbiecie i koniki polne grające wśród traw na pobliskiej łące. A niedaleko piaszczyste zbocze lasu i powiew sosnowego powietrza. Wciąż mam ten obraz we krwi. I jeszcze chodzenie między rzędami ze słoikiem z wodą i zbieranie "amerykańskiej zarazy". Pasiasty chrząszcz pożerający ziemniaczane liście. Nie miałam dla niego dobrych uczuć. Raczej poczucie satysfakcji kiedy kolejnego szkodnika lub jego białą, tłustą larwę wrzucałam do słoika. Pierwsze podbierane bokiem ziemniaki, tak żeby nie uszkodzić rośliny i ich smak na talerzu z kubkiem kwaśnego mleka. Wspomnienia gorące, letnie, przepełnione zapachami i dźwiękami.
A potem przychodziła jesień. Zielone pędy wystające z grządek więdły i brązowiały.

Wykopki. Kiedy zamykam oczy widzę czerwono zachodzące słońce, czuję skostniałe dłonie a potem nadchodzący zmrok. Wóz ciągnięty przez konia, który co jakiś czas przesuwał się do przodu za posuwającymi się ludźmi.
Ubrana byłam w ciepły sweter i kurtkę. Szyję owiniętą miałam szalikiem a na nogach gumiaki. A i tak czułam przenikający mnie chłód. Trochę bolący kręgosłup od ciągłego schylania się. Bo głównie zbierałam do dużego ciemnobrązowego, wiklinowego kosza wykopane ziemniaki. Ale pamiętam, że jako nastolatka pracowałam też motyką.
Nasze pole ziemniaków za domem nie było na tyle duże, żeby wprowadzać sprzęt do kopania. Prace wykonywaliśmy ręcznie, całą rodziną nieraz z pomocą sąsiadów. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Tyle tylko, że dzieciom pozwalano albo na wolniejsze tempo albo dłuższy odpoczynek.
Każdy miał swój rządek. Z motyką w ręku podważał krzak ziemniaczany, chwytał łęty "za głowę" i wyciągał z ziemi jeszcze przyczepione do długich pasm korzeni bulwy. Potem otrzepywał krzak i odrzucał na bok. Ziemniaki odpadały od korzeni i lądowały na ziemi pod nogami. Resztę bulw wykopywano przegrzebując ślad po roślinie motyką.
I to było piękne. Wydobycie na światło dzienne ukrytego w głębi ziemi bogactwa. I ten moment fascynacji, kiedy po raz pierwszy wyłaniają się na wierzch, przeróżnych kształtów i wielkości kule, owale czy dziwne kształty.
Odkrywanie tajemnic ziemi. Zaglądanie w nieznane, co dzieje się przez długie miesiące poza naszymi oczami. W ciszy i cieple piaszczystych rzędów powiększające się zapasy. Zapobiegliwość przyrody, celowość i mądrość. Nie nazywałam rzeczy tymi słowy. Jedynie zachwyt, jedynie zdumienie, jedynie szeroko otwarte oczy.
A wszystko w zmroku końca dnia. Bo choć praca trwała od rana, moja pamięć zachowała tylko pojedyncze obrazy. Nie odtworzę całego ciągu zdarzeń.
Ale widzę płonące ogniska z pozbieranych, wysuszonych łętów ziemniaczanych i snujący się nisko nad ziemią albo wznoszący się leniwą smugą ku górze, dym.
Pamiętam skostniałe palce i zimną ziemię, w którą zanurzałam dłonie w poszukiwaniu-no właśnie- bulw nie ziemniaków. Ziemniakami stawały się dla mnie w koszu, na wozie albo potem w stertach zrzuconych z wozu do zdołowania.
Mężczyźni wykopywali za domem, na skraju ziemniaczanego pola, duży dół. Do niego zrzucano ziemniaki i przysypywano słomą i ziemią wydobytą przy kopaniu. Jeszcze robiono wywietrzniki sięgające w głąb kopca, jakąś przemyślną wiejską metodą, której dzisiaj już nie odtworzę. Bo kopiec musiał oddychać.
Tak działo się z nadmiarem. Na początek jednak zrzucano ziemniaki do piwnicy pod stodołą. Otwór w podłodze stodoły prowadził wąskim tunelem do najgłębszej części piwniczki. I taką drogą ziemniaki trafiały do chłodnych warunków zimowania.
Ale wróćmy jeszcze na chwilę na pole. Do utrudzonych dorosłych i zmęczonych dzieci. Bo na koniec czekała wszystkich nagroda. Pieczone w żarze przygasających ognisk ziemniaki. Któż nie zna ich smaku. Zwęglonej skórki brudzącej palce na czarno i delikatnego parującego miąższu w środku. Grudki masła roztapiającej się na połówce kartofla i białych kryształków soli na wierzchu. Pieczone ziemniaki zawsze smakują wybornie. Ale przy ognisku o zmroku, po całym dniu pracy, na ziemniaczanym polu, jedzone wśród bliskich, smakują najlepiej.

piątek, 7 kwietnia 2017

Rów chaniecki



nad chanieckim rowem z kwiatem grążeli w dłoni
 
Na chanieckich polach był Rów. Niewiadomego pochodzenia. Z jednej strony bardzo głęboki. Mówiło się, że nie da się zmierzyć jego głębokości. Idealne miejsce do łowienia linów, szczupaków, okoni.
Wyrastał w środku łąk chanieckich, na tyle daleko od jakichkolwiek innych zbiorników wodnych, że trudno go było wiązać z nimi. Po prostu na równej płaszczyźnie łąk, nagle natrafiałaś na długi rów wodny, który wypłycał się ku końcowi, uchodząc strumykiem do rzeki.
Brzegi były porośnięte czarną olchą rozciągającą swe gałęzie nad lustrem wody. Od strony toni brzeg porastała pałka wodna a lustro w tej głębszej części pyszniło się pięknymi rozłożystymi liśćmi grążeli. Żółte kule kwiatów wystawały jak świece spośród nich kusząc swym powabem owady. Zawsze prosiłam Wujka aby mi urwał taki kwiat a On nie czekając, już się rozbierał, wskakiwał do wody i  po chwili wręczał mi go do ręki z uśmiechem. Na liściach grążeli przysiadały żaby. Nieraz widziałam też pliszkę maszerującą od jednego do drugiego jak po drodze. W słoneczne dni brzęczenie ważek krążących nad wodą i przysiadujących od czasu do czasu a to na pałce a to na grążeli, zdawało się być odgłosem dominującym nad całą przestrzenią. Zachwycona ich wielkością i lotem wpatrywałam się w ich skrzydła iskrzące się tęczowo w słońcu.
Ku końcowi rowu olchy przerzedzały się, pojawiały się  niskie krzaki a wodę porastała rzęsa. Tutaj odważałam się kłaść przy brzegu i wypatrywać początków długich łodyg moczarki kanadyjskiej niknących w toni. Im bliżej wypłycenia tym więcej było otwartej przestrzeni. Brzeg stawał się trawiasty i dochodził do samego lustra wody a wokół rozciągały się łąki.
Wybierałam się tam popołudniami z Wujkiem na ryby, kiedy nie było pracy we młynie. Przysiadałam przycupnięta koło niego, z podkulonymi pod brodą nogami i głową złożoną na kolanach, obejmując się ramionami napawałam się ciszą i spokojem. Dziwny to był czas. Zawieszony między końcem dnia a wieczorem, wypełniał się smugami mgły podnoszącej się nad łąkami, cichnącą przyrodą i chylącym się ku zachodowi słońcem, które grzało moje plecy. Cienie drzew wydłużały się kładąc na polach wąskie pasy szarości. Pomiędzy nimi zieleń barwiła się czerwienią późnych godzin dnia.
Czasami otoczona tą ciszą czekałam zdawało się w nieskończoność , na drgnięcie spławika, a czasami wystarczyło zarzucić wędkę by coś się złapało. Zawsze jednak z tym samym spokojem i w bezruchu trwałam u boku Wujka jak wierny pomocnik.
Jeszcze później, niemal pod wieczór, Wujek zasadzał się na liny, które właśnie o tej porze wychodziły na żer. To tajemnicza i bardzo ostrożna ryba, którą trudno oszukać i złowić. Tylko raz byłam świadkiem, kiedy Wujkowi udało się go pokonać.
Za to szczupaki, przemykające między łodygami moczarki i grążeli w poszukiwaniu zdobyczy, to już częstsze trofeum wędkarskie.
Przy drugim końcu rowu, gdzie robiło się płytko a brzegi nie były gęsto porośnięte olchą, było wiejskie kąpielisko. Była nawet niewielka piaszczysta plaża schodząca do wody. Raczej wydeptany bosymi stopami kawałek brzegu gdzie spod warstwy zieleni wyłaniał się piasek.
Tutaj w niedzielne podpołudnia zbierało się towarzystwo, głównie młode, z Chańczy i z Życin. Tak zwana kawalerka. Rozłożeni na kocach, plażowali, kąpali się , flirtowali. My też czasami przychodziliśmy z Ciocią i Wujkiem. Oboje jeszcze młodzi choć dla nas już starzy jak stuletnie drzewa. Oni gnani potrzebą kontaktu z innymi dorosłymi a ja z bratem na doczepkę. Ale przyznam, że peszył mnie tłum, nie czułam się swobodnie, mogąc być potencjalnie obserwowana przez innych. Przyzwyczajona do swobody i luzu bycia samą, źle znosiłam liczne rzesze innych użytkowników przestrzeni. Na dodatek przywykłam do myślenia, że całe to królestwo należy do mnie, skoro nikogo nie widać wokół i buntowałam się wewnętrznie przeciwko obecności innych. Za to brat uwielbiał tam pływać. Były tu lepsze warunki niż w rzece. Cieplejsza woda, większa powierzchnia lustra wodnego nadającego się do pływania i towarzystwo innych chłopaków, z którymi można było iść w zawody np. w skakaniu na główkę.
W takich chwilach przytulona do Cioci, zamieniałam się w obserwatora wiejskiego życia towarzyskiego i cierpliwie czekałam na koniec plażowania. A potem z radością wracałam do domu. Do penetrowania otoczenia i oglądania świata tylko w pojedynkę.
 

poniedziałek, 28 listopada 2016

zakupy

W tamtych czasach gospodarstwa były w dużo większej mierze samowystarczalne. Bo to i krowy (mleko, masło, sery) i kury (jajka, mięso) i świnie ( raz na jakiś czas wędliny samodzielnie wędzone), czasem kaczki i gęsi lub indyki. A dodatkowo, jak to we młynie : mąki, kasze, śruta dla zwierząt. Warzywa z ogródka, ziemniaki z pola.
Jednak mimo to czasami trzeba było jeździć na zakupy.
Najbliżej Życin był Raków.

fragment Rynku w Rakowie
z internetu www.rodzina.malanowicz.eu

i jego charakterystyczna niska zabudowa
z internetu www.rodzina.malanowicz.eu
 
Zaledwie trzy kilometry przez las. I tam właśnie wybierała się od czasu do czasu Babcia. Zabierała ze sobą dużą skórzaną, brązową torbę, zasuwaną na suwak i maszerowała o poranku, najczęściej przez las właśnie, na piechotę. Cóż to było te trzy kilometry. Zaledwie przechadzka. Za to wracała najczęściej autobusem, już dobrze koło południa niosąc wypchaną zakupami torbę. Kiedy wybierała się do Rakowa z jajkami na sprzedaż, wtedy w obie strony jeździła autobusem. Jajka od jej kur zawsze miały zbyt w małym sklepiku na rogu Rynku, do którego wchodziło się po schodkach.
Ach, te sklepiki ! Ich urok był dla mnie niezaprzeczalny. Przede wszystkim jednak zapach. Pomieszana woń  pomieszczeń przesyconych dziwnym, nie do określenia, aromatem przeżytych lat i towarów wystawionych na półkach. Wtedy sklepiki trwały niezmienione prze dziesiątki lat. Raz założone mogły być prowadzone przez kolejne pokolenia właścicieli. Niezmienione w swej prostocie, dopasowane do ludzi i czasów.
Tam, w owym sklepiku Babcia wykładała z koszyka jaja a sklepikarz liczył je i wypłacał ustaloną sumę. Oczywiście potem Babcia kupowała różne wiktuały. A dla mnie, jeśli wybrałam się z nią, lody włożone między dwa wafelki. Pyszne z kryształkami lodu w środku, kręcone domowym sposobem. Nie zawsze chodziłam z Babcią na zakupy. Często wybierała się do Rakowa zanim się obudziłam. Wtedy czekałam niecierpliwie na jej powrót.
Najdziwniejsze było to, że pod jej nieobecność dom się zmieniał. Jakby zabrakło w nim istotnego elementu. Cichł bez jej porannej krzątaniny, zamierał razem ze mną jakby zagubiony bez ręki, która kieruje, nadaje sens wszelkim działaniom. Nagle przybywało przestrzeni. Kuchnia z dużej stawała się ogromna i pusta. Kury wałęsały się po podwórku bardziej leniwie i jakby nie znając celu. A ja razem z psami i kotami wyglądałam na drogę szukając oznak ruchu, cienia jej sylwetki w oddali. A kiedy ją dostrzegłam, od przystanku autobusowego trzeba było jeszcze pokonać kawał piaszczystej drogi, ( asfalt wylano po tej stronie wsi dopiero w 2015 roku) biegłam naprzeciw, uwieszając się u jej ręki niepomna, że tym samym przysparzam jej ciężaru. No a potem, po wejściu do kuchni i postawieniu torby na stole, zaczynało się ekscytujące czekanie. Zaczynał się gwar i rozmowy dorosłych.
Babcia zawsze przywoziła ze sobą cukierki. Najczęściej zapakowane w papier zwinięty w zgrabny rożek. I jakoś tak się działo, że zazwyczaj grzebiąc za pozwoleniem dorosłych w torbie ( dziwnie bawiły ich moje poszukiwania) znajdowałam je dopiero na dnie torby, kiedy już wszystkie produkty zostały wypakowane. O nie, nie dostawaliśmy całego rożka. Radość była wielka kiedy każde z nas, brat i ja dostawaliśmy po dwa cukierki. Miały starczyć na długo i były dawkowane, tym większą sprawiając radość im rzadziej je dostawaliśmy. Zwyczaj trzymania pozostałych cukierków w torbie, Babcia zachowała do późnych lat. Być może sama była ich wielbicielką bo widywałam kiedy w wolnych chwilach ssała je cierpliwie aż do końca, nigdy łapczywie gryząc.
Z czasem zakupy stały się łatwiejsze, kiedy w domu przybył samochód. Wtedy to były wyprawy z Ciocią i Wujkiem za kierownicą i oczywiście z nami, bratem i ze mną. Wszak nie mogliśmy przepuścić okazji przejażdżki. Jednak i wówczas zakupy nie tyle kończyły się co zaczynały słodyczami dla nas, nabywanymi w sklepiku na rogu Rynku. Pamiętam kiedy raz Wujek przekonał mnie do  napicia się napoju z butelki zamykanej ceramicznym korkiem ze sprężyną, twierdząc, że to oranżada. Plułam dobre kilka minut kiedy po pierwszym łyku poczułam gorycz piwa. A on śmiał się razem z Ciocią i bratem z mojej pomyłki. Wyjazdy z nimi zawsze oznaczały coś radosnego. Nie gniewałam się, śmiałam się razem z nimi.
Dzisiaj również uśmiecham się wędrując uliczkami pamięci i wspominając lata, które tak szybko minęły.

piątek, 12 sierpnia 2016

Pranie

Nasza była dużo większa. Spokojnie mieściliśmy się w niej z bratem.
 z internetu wiano.eu

Czy już potrafię ? Czy jestem gotowa ? Opowiedzieć o coraz częściej pojawiających się rozmowach o zmianie, przeprowadzce. O zasiadaniu przy stole w kuchni i rozważaniach gdzie i co kupić. Nowy młyn, dom, gospodarstwo. Razem czy osobno. O narastającym we mnie niepokoju. Że jak to ? Nie na zawsze ? Nic nie jest pewne ? Bez rzeki, pól i łąk, bez lasów piaszczystych i grzybnych. Że skarpa piaskowa do skakania i rzeźbienia w piasku nie jest moja. A źródełko koło pola tytoniu, a poziomki na skarpie powyżej ? Co stanie się z nimi ?
Uciekałam od tych pytań. Zamykałam na nie uszy i serce, a przecież byłam już nastolatką nie cielęciem lat kilku.
Jedynie satysfakcja rozgościła się we mnie, rozkokosiła i puchła z dumy, że przecież mówiłam wszystkim. Koleżankom w Sandomierzu, każdemu kto zapytał, że nie ma piękniejszego miejsca. I oto teraz znalazłam potwierdzenie swoich odczuć w tym nakazie "rabunku" ( tego co w odwiecznym akcie zasiedlenia przypisałam sobie na własność), który czynił wszystko wspólnym, nie moim. Bo wybiera się to co najpiękniejsze a przecież wybrano Czarną i Życiny.
Nie.
Jeszcze nie nadszedł czas na akt ostatni.

Czas płynie a ja na przekór podążam pod prąd. W poszukiwaniu, w tęsknocie...
Kiedyś była tylko balia. Ogromna, metalowa z odpływem w dnie zatykanym korkiem. Pod który podstawiało się wiadra na wylewające się mydliny.
Kobiety grzały w saganach wodę na kuchni od rana. Wszystkie inne prace spadały na plan dalszy. Robiono w obejściu tylko to co było konieczne, bo pranie to nie byle co i wymagało całej uwagi. To była logistyka i zaangażowanie wszystkich domowników. Mężczyźni wnosili i ustawiali balię (na środku kuchni na trzech rozstawionych stołkach), wynosili wiadra pełne mydlin, pomagali wyżymać szczególnie duże partie pościeli. Bo nie łatwo było wycisnąć wielką poszwę przed zanurzeniem jej w wodzie do płukania. Dwie osoby skręcały ją z dwóch końców aż tworzył się gruby zwój wyciśnięty do imentu.
W kuchni wrzało. Ruch i skupienie. Mało słów, wiele do zrobienia. Nie trzeba było poganiać nikogo. W odwiecznym rytuale każdy znał swoje miejsce i zadanie. Kuchnia od rana napełniała się parą uchodzącą znad paleniska, z gotującej się wody.
Po wstaniu niewiele miałam do roboty. Mogłam wyjść z domu i zająć się sobą lub pozostać i plątać się pod nogami dorosłych oganiających się cierpliwie
- Czekaj no robońku, czekaj - aż dziw, że nie wyganiano mnie z krzykiem. Może po prostu dzieci w ten czas zamieszania były mało dostrzegalnym elementem. Ot tyle tylko, żeby nie kręciły się za blisko wrzącej wody wlewanej do bali, bo mogą się poparzyć. A może liczono, że mają się same pilnować.
Przy brzegu balii Babcia ustawiała tarę. Metalową a wcześniej drewnianą. Taka sama tara długo gościła w domu w Sandomierzu. Chowana na co dzień pod wanną, była jedyną pomocą przy praniu, zanim rodzice kupili pierwszą pralkę.
Pamiętam pochylone plecy kobiet i rytmiczne ruchy rąk przesuwających się wraz z materiałem w górę i w dół tary. Aż po zanurzenie w mydlinach. Rękawy podwinięte po łokcie, na sukience fartuch, który bardzo szybko zamakał w zetknięciu z brzegiem tary. Spocone twarze i raz po raz gest ręki ocierającej pot z czoła lub odgarniającej kosmyk włosów. Milczenie i skupienie na twarzy. Ale przecież i przeciąganie się dla wyprostowania pleców i przerwy dla dolania ciepłej wody. Potem wylewanie brudnej wody i nalewanie nowej.
Po ostatnim płukaniu następowało krochmalenie w wodzie z mąką ziemniaczaną dla sztywności, dla dłuższego zachowania świeżości. Żeby wyciągnięta poszwa z szafy nie tylko pachniała ale i po uprasowaniu, była sztywna jak z drewna. Zresztą, mimo nostalgii jaka we mnie pozostała, nie przepadałam za tą sztywnością. Zanim ogrzałam pościel swoim ciepłem, długo czułam jej wyprasowane kanty.
Na tym etapie prania dodawało się ultramaryny, żeby pogłębić biel aż po niebieskawość bijącą świeżością po oczach. Zanim farbka rozpłynęła się w krochmalu tworzyła błękitne smugi ciągnące się długimi pasmami. Aż w końcu energiczne ruchy Babci drewnianą łyżką,  rozbijały błękit i pozostawał tylko niebieskawy odcień bieli.
Kiedy pościel została już wykrochmalona, Babcia przynosiła wyżymaczkę ze spiżarni i montowała ją, pewnie jakoś przykręcając do brzegu balii. Taką drewnianą z korbką, przez którą przepuszczało się pościel dla dobrego jej odciśnięci z wody. To była ciężka praca. Oczywiście napraszałam się, żeby spróbować pokręcić korbą, zafascynowana procesem przechodzenia pościeli przez wałki wyżymaczki. Że taka zwinięta, nieuporządkowana wchodzi do środka a wychodzi dwuwymiarowa, spłaszczona jak liść papieru. Nadymałam się cała próbując kręcić korbą aż w końcu poddawałam się i oddawałam ją w bardziej odpowiednie ręce.
Musieli mnie kochać skoro w wirze pracy znajdowali miejsce dla moich prób, które przecież  zakłócały rytm działań. Ale to był świat bez pośpiechu, nie mierzony minutami ani godzinami. Liczony na dnie i na zadania. A pranie kończyło się niezależnie od upływu czasu, kiedy wszystko zostało uprane. Więc mała przerwa na pokazanie dzieciom jak działa wyżymaczka to tylko niewielkie odstępstwo od działań. To tylko chwila na śmiech dorosłych i moją radość, że spróbowałam, poznałam, doświadczyłam tego co oni. A wtedy już dawałam im spokojnie pracować dalej, jedynie przyglądając się z dystansu.
Wypraną pościel rozwieszano w ogrodzie. Ale i rozkładano na trawie kiedy zabrakło miejsca na sznurkach. Świeże płachty pościeli świeciły bielą a ja patrzyłam na nie przymrużając oczy i wyobrażałam sobie wielkie ptaki rozłożone na łące.
Oczywiście potem nastała epoka Frani i pranie nie było już tak trudne i fascynujące - dla mnie. Pozostało tylko jeszcze moje zagapianie się w wirujące mydliny w pralce, pomruk jej silnika i bijące od niej ciepło.
Pamiętam jeszcze, stojące w sieni drewniane kijanki do prania w rzece. Karbowane jak tara, na końcu zwężające się w uchwyt dla dłoni. Pewnie, że próbowałam na nich swoich sił. Pewnie, że zaciągałam nad przybrzeżny kamień, na którym odbywaliśmy cowieczorne ablucje i tłukłam z zapamiętaniem swoje koszulki. Ale z jakim skutkiem ? Prawdziwe ich dzieje były dla mnie historią. To już były obrazki jedynie wyobrażane, opowiadane mi przez Mamę. Nie widziałam jak pochylona Babcia miarowo uderza kijanką w brudne koszule rozłożone na dużym kamieniu nad rzeką. Nie pamiętam klęczących sylwetek piorących kobiet, nie pamiętam ich przemarzniętych dłoni od zimnej rzecznej wody. Pamiętam balię.

piątek, 1 lipca 2016

mycie

Zdałam sobie sprawę, że podświadomie unikam pisania, odkąd poczułam zbliżający się koniec opowieści. Oczywiście są jeszcze historie nieopowiedziane, zabawne czy nostalgiczne. Jednak przeważa we mnie przeczucie końca.
Czym więc są dla mnie Życiny z tamtych lat skoro nie mogę się z nimi rozstać ? Czy tylko czasem szczęśliwego dzieciństwa wspominanego w okresie zawirowań emocjonalnych? Ratunkiem przed trudną rzeczywistością ? Myślę, że już dawno przekroczyłam próg zwykłego spisywania wspomnień dla moich przyszłych pokoleń.
Wiele lat upłynęło zanim odważyłam się powrócić do Życin i naocznie uświadomić sobie zmiany i upływający czas. Bałam się konfrontacji ze strachu, że to co było kiedyś, zniknie zatarte współczesnym obrazem. Dzisiaj mam w głowie obraz podwójny. Gdzieś w głębokich pokładach pamięci leży niezmieniony obraz świata, który przeminął, mimo zmian jakie znalazłam po powrocie do wsi.  Dzięki tym głębokim obrazom przeszłości mogłam podążać ścieżkami dzieciństwa jakby rzeczy działy się dzisiaj. Jeszcze leżą gdzieś we mnie zdarzenia nieopowiedziane, obrazy chcące wydostać się na zewnątrz. Jeszcze chwilę potrwa zanim postawię kropkę nad "i".

szkic wykonany przez mojego brata

Nie pamiętam zimnych letnich dni. Może dlatego, że dzieci nie przejmują się pogodą. Zakładają zmuszeni przez dorosłych, sweter i biegną dalej zaaferowani własnymi sprawami.
Pamiętam natomiast jak włoski na skórze stawały mi dęba podczas cowieczornych ablucji przed snem. Mama wyznawała zasadę, że lato bez względu na wskazania termometru na dworze to pora kiedy jest ciepło.
Wieczorem, kiedy rzekę pokrywał cień rzucany przez olchy obrastające brzegi, kiedy słońce skryło się już za lasem po drugiej stronie a my dobrowolnie zakładaliśmy sweterki na krótkie bluzeczki, kiedy już sprzątnięto stół po naszej kolacji( kolacja dla Dziadka i Wujka nieraz była dopiero nocą), przychodził czas na mycie.
Zaopatrzona w ręczniki i świeże ubrania, zabierała nas Mama nad brzeg rzeki za turbiną stryja. Był taki duży płaski głaz, który służył nam za łazienkę. Zrzuciwszy ubranie, stawałam na tym kamieniu przygotowana do mycia. Najgorszy był pierwszy kontakt lodowatej wody ze skórą. Później było już trochę lepiej. Mama namydlała mnie całą a potem spłukiwała tą lodowatą wodą z rzeki. Nic sobie nie robiła ze szczękających zębów. Nie martwiła się, że cała pokryta gęsią skórką trzęsę się w sposób nieopanowany  i powtarzam w kółko - zi-zi-zimno -
Skupiona na działaniu, przyjmowała chwilowy mój dyskomfort jako konieczność i odpowiadała niezmiennie - nic ci nie będzie - Zresztą te mocne, wieczorne akcenty nigdy nie stały się przyczyną mojej choroby.
Trzeba pamiętać, że Czarna to rzeka wypływająca z Gór Świętokrzyskich i mająca charakter rzeki niemal górskiej. Jej wody nigdy nie przekraczały temperatury kilkunastu stopni.
Najmilsze było wycieranie po kąpieli. Duży ręcznik, szorował moje ciało pobudzając krążenie aż skóra nabierała różowego koloru. Mama nigdy nie należała do delikatnych w swych działaniach. Jej szybkie, mocne ruchy rozgrzewały mnie i dawały uczucie szorstkiej czułości. Najpiękniejsze było potem wskakiwanie w świeże ubranka przygotowane na osobnej kupce, na kamieniu obok. Potem wyszorowana, stąpając ostrożnie aby nie zapiaszczyć umytych stóp, wędrowałam do domu, żeby spędzić jeszcze chwilę w kuchni zanim dorośli każą iść spać. Kiedy Mamy nie było, jej obowiązki przejmowało wujostwo. To było cudowne, bo po kąpieli Wujek niósł mnie do domu na rękach, żebym nie ubrudziła świeżo umytych nóg. Było w tym geście tyle miłości i czułości, że wtulona w jego ramiona, zagadywałam go po drodze aby wydłużyć czas powrotu. Zabiegany na co dzień, zazwyczaj znajdował czas dla nas.
Oboje z bratem doskonale pamiętamy ten codzienny rytuał wieczornego mycia, ale każde na swój sposób.
Mnie utkwiły w pamięci przede wszystkim chwile, kiedy to Mama myła nas całych od stóp do głów. Brat zaś zapamiętał codzienne nasze własne zabiegi higieniczne, kiedy Babcia goniła nas nad rzekę, żebyśmy umyli sobie nogi. Jego wspomnienie to jak stop-klatka, jeden kadr z filmu.
"Mydło było w dużych szarych kostkach. Właściwie niczym nie różniło się od tego, którego używam i dzisiaj. Nie pamiętam tylko, czy nad rzekę zabierałem je w mydelniczce, czy może owinięte w ręcznik-ściereczkę?
Za to z wieczornym myciem za młynem nierozerwanie wiążą się podwinięte ponad kalana nogawki spodni i - szczególnie mocno - ziarenka piasku przyklejone do mydła. ...Przyklejały się bardzo licznie, gdy odkładałem kostkę na kamienie, dokonując ekwilibrystyki zmiany nóg: tą umytą trzymałem w powietrzu próbując zająć się drugą. (Jak można sobie to wyobrazić, mycie nie było perfekcyjne, bo prawie zawsze musiałem się podpierać oklejając przy tym stopy)... Nigdy później już nie myłem się takim piaskowym mydłem..."
Po latach Dziadek z Wujkiem dobudowali dalszą część domu z łazienką. Jednak oprócz tego, że podnosiła statut domu i zaspokajała dążenia rodziny do nowoczesności, nie za bardzo, nam dzieciom, służyła do codziennych rytuałów mycia. Oczywiście już nie biegaliśmy do wychodka koło stodoły, ale wieczorne mycie nadal odbywało się na kamieniu nad rzeką.

piątek, 13 maja 2016

Z perspektywy trawy



zdj. z internetu www.globtroter.pl



Jestem pewna, że każdy z nas, w którymś momencie swojego życia leżał w trawie. Zanurzony, otoczony, ogarnięty zielonością.
Ja leżałam na łące, za rzeką w Życinach. W słoneczne dni, szczególnie przed południem, kiedy słońce nie paliło a grzało, kiedy już cała owadzia brać była na nogach i wszędzie wokół huczało, wrzało, wirowało od jej krzątaniny, stawałam na środku łąki. Tej na której palikowało się krowy, kiedy nie było czasu do ich pasania. Na niej była najbujniejsza trawa. Źródło dobra dla ludzi i zwierząt. Rozglądałam się wokół jakbym czegoś szukała, tak naprawdę nie szukając niczego. Zwrócona w stronę hanieckich lasów, mając przed sobą pola a za plecami rzekę i domostwo w pewnym oddaleniu, ( na tyle blisko aby czuć się bezpiecznie i na tyle daleko aby jego widok nie burzył dziewiczości łąk i pól) zatrzymana w biegu, zamierałam. Słońce łaskotało delikatnie skórę gołych ramion i nóg,  ogrzewało twarz a nade wszystko rozgrzewało powietrze wokół. Im niżej się schylałam tym mocniej czułam delikatną mgiełkę, falującą jak fatamorgana, unoszącą się ponad trawami. Coś ciągnęło mnie ku ziemi, coś nieodparcie nakłaniało do położenia się na ciepłym kocu źdźbeł trawy. Wyciągałam się jak długa. Rozkładałam ramiona i nogi jak do robienia bałwanka na śniegu i dopiero wtedy zaznawałam dziwnego spokoju. Jakbym nagle została wtopiona w gorącą parującą ziemię, tworząc tylko mały wzgórek jeszcze jednego życia. Życia należącego do całości, której nie umiałam nazwać ani ogarnąć, ale intuicyjnie wyczuwałam i pragnęłam jak Boga, kiedy w kościele usilnie próbowałam zmaterializować Go  pod jakąkolwiek znaną mi postacią. Nie mając pojęcia o boskości ani transcendencji,  z mojej piersi wyrywało się głębokie – aaach – wypuszczanego powietrza. Lekki półuśmiech mimowolnie wypełzał na usta a potem rozpływał się w spokoju i równowadze chwili. Wzrok błądził po niewielkich obłokach wędrujących przez błękit nieba. Przesuwające się chmury były jak teatr, tworząc dla mnie fantastyczne kształty i formy. Czy je nazywałam ? Nie wiem. Pamiętam jedynie własne w nie zapatrzenie. Nie potrzebowałam ludzi, nie pragnęłam ramion matki, nie rozglądałam się za towarzystwem rówieśników. Bo byłoby to tylko zakłóceniem harmonii.
Potem powoli zaczynałam rejestrować dochodzące zewsząd odgłosy. Szelesty , buczenia, cykania. Świat wokół mojej głowy żył w swojej mikroskali zapraszając do poznania tajemnic.
Ciekawość rosła i skłaniała mnie do odwrócenia się na brzuch. Nagle perspektywa się zmieniała. Przywrócona ziemi powracałam ze świata wielkości i nieogarnięcia do skali mikro, zaczynając podróż w drugą stronę. Niemniej fascynująca ale o wiele bliższa, powodowała, że z rozmiarów nic nie znaczącego pyłka zamieniałam się w Goliata. Zaczynałam odczuwać ciężar rozmiaru moich rąk i nóg. Własne palce delikatnie rozgarniające źdźbła trawy wyglądały jak kolosalne drągi brutalnie burzące porządek nie swojego świata. Pamiętam rozmiar swoich oczu, które nagle nabierały wielkości okien wobec mikrości oczu mrówki czy przemykającego żuka. I ta fascynacja i zachwyt, że oto jest mi dane oglądać jak mrówki zaaferowane ciągną zdobyczne igły z pobliskich sosen aby dołożyć jeszcze jedną cegiełkę do wspólnie budowanego mrowiska. Że widzę, jak pasikonik leniwie wędruje wzdłuż łodygi koniczyny aby wyprostować skrzydła i dać susa na wyniosłą łodygę gorysza. Jak pająk zaczaja się w kryjówce kokona u dołu pajęczyny czekając  na pierwsze drgnienie sieci zwiastujące kolejną ofiarę. Dziwne to było uczucie. Tak samo niezwykłe co niepokojące. Tym razem zamierałam z trwogi aby zminimalizować ewentualne straty w nie swoim świecie jak i z chęci, mimo wszystko, wtopienia się w ten świat. Chociaż w zasięgu ręki, był dla mnie bodaj równie niedostępny jak uniwersum.
Podwójna podróż. Jedna minimalizująca mnie do bytu niemal niedostrzegalnego w obliczu ogromu przestrzeni nade mną, powodująca, że nikłam wobec odległości dzielącej mnie od nieba. Druga sprawiająca, że rozrastałam się do rozmiarów góry wobec mikrości życia toczącego się w gęstwinie traw. Gdzie każda drobina piasku była głazem a liście i łodygi roślin tworzyły nieprzebyty gąszcz pełen tajemnic i zasadzek.


Kiedy dzisiaj ktoś poprosi mnie abym przeniosła się do najszczęśliwszego momentu mojego życia, pełnego spokoju i harmonii,  nieodmiennie pod powiekami pojawia mi się obraz życińskich łąk.



wtorek, 19 kwietnia 2016

kuracja na reumatyzm



Wakacyjny luz

Czy wiecie co mówią o pokrzywach ? Że leczą reumatyzm. Ja nie mam reumatyzmu.
To było oczywiście lato. Słonecznie i ciepło choć nie skwarnie. W tamtych rejonach, temperatury dochodzące do dwudziestu kilku stopni były normą. Jako, że tereny te podlegały wpływom klimatu kontynentalnego, powietrze było suche, wiejące od wschodu i temperatury nie męczyły tak bardzo jak te we Wrocławiu.
Taak, było ciepło. Za całe ubranie służyła mi spódniczka i naprędce wybrana koszulka z krótkim rękawkiem. Zarówno ja jak i brat przyjeżdżaliśmy na wieś obładowani walizkami z zawartością ubrań na całe lato a i tak zazwyczaj biegaliśmy w jednym zestawie wciąż od nowa pranym przez Babcię lub Ciocię. Na stopach nosiłam sandałki z dwoma poprzecznie biegnącymi paskami zapinanymi na szlufki, mimo, że zazwyczaj biegałam boso, które dopełniały stroju.
Było popołudnie. Pamiętam z lekka wydłużone cienie drzew i krzewów. Paśliśmy krowę we trójkę. Ja, brat i Lidka. Pasało się głównie po południu kiedy temperatury spadały i krowom było lżej. Wtedy też chętniej jadły trawę i nie musiały skupiać się na oganianiu przed bąkami. Pod wieczór doskwierały co najwyżej nam komary ale z tymi radziliśmy sobie pozostając w ciągłym ruchu. Bo co robić w czasie pasienia? Zawsze znalazła się jakaś zabawa. A zabawą mogło być wszystko.
Tym razem pogoniliśmy krowę na tereny nad rzeką koło strumienia, gdzie trawa była gęsta, blisko wody a wokół porastające młode olchy dawały cień i schronienie.
To była taka mała górka, niedaleko domu, niemal tylko wybrzuszenie terenu z niewielkim poletkiem trawy. Schodząc w dół, dochodziło się do zbiegu rzeki i strumienia. Zaś idąc odwrotnie do biegu strumienia można było wrócić w stronę wsi. Po obu stronach strugi zalegała ziemia żyzna, czarna i gęsta. Utworzona z gnijących olchowych liści porastających obie jej strony, stanowiła żerowisko kur szukających dżdżownic. Zresztą i my, właśnie tam zdobywaliśmy dżdżownice przed pójściem na wędkowanie. Tyle, że kurom było łatwiej ich szukać pomiędzy pokrzywami gęsto porastającymi teren pod olchami. Rosły sobie przez nikogo nie tępione, niemal wzdłuż całego strumienia.Wtedy uznawane były jedynie za uprzykrzone chwasty lub ewentualnie pokarm dla świń. Czasami ktoś wykorzystywał je jako bicze do walki z bolącymi stawami zgodnie z wiarą, że wygonią reumatyzm. Ale nikt nawet nie pomyślał, że mogłyby być źródłem pokarmu dla ludzi. Że można jeść je w formie sałatki ? Przenigdy.
W tych czasach krowa była tylko jedna w obejściu. Duża, czarno biała, rozpieszczona karmicielka rodziny.
Zdarzało się, że dostała od Babci sztachetą po zadzie kiedy wlazła w szkodę albo uciekła wabiona potrzebą ruchu i zaznania przestrzeni. Częściej jednak słyszałam od Babci słowa szorstkiej troski skierowane do bydlątka kiedy przychodziła wieczorem na udój. Było między nimi porozumienie i szacunek. Miałam wrażenie, że nawet kiedy obrywała od Babci baty, nie winiła jej i rozumiała, że jej się należą.
Lubiłam pasać krowę. Lubiłam to wielkie powolne zwierzę skubiące spokojnie trawę i sapiące z cicha. Lubiłam przykładać nisko głowę do darni na jej drodze i czekać kiedy przybliży do mnie swój pysk, żeby poczuć jej słodkawy zapach. Nawet krowie placki nie były obrzydliwe. Po prostu należało pamiętać aby je omijać a jak się w nie weszło to przecież rzeka była niedaleko i wystarczyło opłukać nogę. Oczywiście nie obywało się w tych momentach od głośnego - bleee - i śmiechu współtowarzyszy. A kiedy człowiek zaaferowany zajmował się zawodami wymyślonymi naprędce, aby urozmaicić czas pasania, to o nieuwagę było łatwo.
Do zabawy służył nam wycięty kij olchowy. W miarę prosty i gruby mniej więcej jak nasze kciuki.
Rzecz polegała na tym aby jak najdłużej utrzymać kij w pionie na wyciągniętym palcu wskazującym. Balansowaliśmy i palcem i całym ciałem wykonując drobne kroczki na nierównym terenie, przypominając małych tancerzy w swych ruchach. Te właśnie niezamierzone pląsy wzbudzały w nas radość i rozbawienie.
Przekrzykiwaliśmy się, dogadywali sobie i wołali - skuś babo dziada - cokolwiek to  miało znaczyć
Krowa w tym czasie zadowolona, że ma towarzystwo, pasła się spokojnie ciągnąc za sobą długi łańcuch obwiązany  z jednej strony wokół jej rogów a z drugiej puszczony wolno. Na końcu miał metalowy szpikulec do palikowania. Wbijało się go w ziemię ograniczając pole zasięgu języka krowy ale i uniemożliwiając jej samodzielne wędrówki. Kiedy była pasana, łańcuch ciągnął się za nią, trochę spowalniając jej chód i dając znać o jej obecności odgłosem szurania po trawie.
Byliśmy akurat w środku bojów o laur króla sprawności w utrzymywaniu kija na palcu, kiedy nagle... krowa ryknęła znienacka i nie oglądając się na nic, skoczyła w dół górki i pobiegła wzdłuż strumienia. Ja miałam najszybszy refleks a może czułam się bardziej odpowiedzialna od innych bo jako pierwsza rzuciłam się za nią chcąc złapać. Zdążyłam jedynie chwycić koniec łańcucha i poczułam szarpnięcie kiedy krowa nie dała się spowolnić i pociągnęła mnie za sobą. Oczywiście żadne - stój, stój ! - wykrzykiwane przeze mnie nie dawały rezultatu. Gnała przed siebie jakby ją diabli gonili. A przede mną chaszcze pokrzyw, w które wbiegła nie oglądając się na nic.
Nie puściłam. Moja determinacja była większa od bólu łydek i ramion chłostanych pokrzywami. Modliłam się tylko aby zatrzymała się zanim dobiegniemy do drogi przecinającej wieś w poprzek. Bo co jeśli będzie jechało auto?
Ale ona nie wiedzieć czemu, kiedy już pokrzywy zaczynały rzednąć, złośliwie zawróciła w stronę rzeki.
Zapierałam się, z zaciśniętymi zębami, wpierałam piętami w grunt ale gdzież porównywać moje wysiłki do siły krowy?
Zwolniła trochę kiedy teren koło domu, do którego zdążyłyśmy dobiec, lekko się podniósł. Już miałam nadzieję, że tu skończy swój bieg, kiedy znowu nabrała rozpędu kierując się do rzeki. Czułam wyraźnie gdzie zaczynają się moje ramiona zmęczone wysiłkiem, a nogami przebierałam tak szybko, że niemal wzlatywałam. Moja rozpacz rosła a siły malały.
- Jak dam radę ją zatrzymać?
- A jeśli wskoczy do rzeki? Przecież mogę utonąć jak mnie pociągnie za sobą?
Nie przyszło mi do głowy , że po prostu mogę puścić łańcuch.
Przełykałam łzy, które nie wydostały się na zewnątrz bo nie da się płakać i zapierać nogami, niemal frunąc za oszalałą krową, uczepiona jej łańcucha.
Właśnie mignął mi ganek przed oczami kiedy biegliśmy przez plac przed domem, kiedy z domu wyskoczył Wujek i dopadł łańcuch ze mną na końcu i krzyknął
- Puść !!!
Nie było chętniejszego dziecka do wykonania tego rozkazu. Puściłam, nadal mając wyciągnięte ręce przed siebie.
Tymczasem Wujek zastopował krowę tuż przed taflą rzeki  i spienioną, jeszcze z obłędem w oku odprowadził do obory.
To brat z Lidką pobiegli do domu zawiadomić o ucieczce krowy, jak tylko znikłam im z pola widzenia w chaszczach pokrzyw.
To co mnie wydawało się wiecznością, było zaledwie chwilą, która wystarczyła im do dotarcia do domu i zawiadomienia dorosłych o kłopocie, kiedy ponownie znalazłam się, przed budynkiem, udając pogromcę krowy.
Co się okazało? Oczywiście wszystkiemu winien był prawdopodobnie jakiś opóźniony giez, który wybrał sobie taką nieprzyzwoitą, popołudniową porę na żer, zamiast polować w największy skwar w południe.
A ja? Po gonitwie przez pokrzywy już nie musiałam obawiać się, że dopadnie mnie reumatyzm.
Jeszcze kilka dni bąble na mojej skórze dawały znać o sobie zmuszając do ciągłego czochrania się po rękach i nogach, mimo piekącego bólu.
Choć przerażona w chwili zdarzenia, byłam dumna kiedy Wujek chwalił mnie za odwagę. I nic sobie nie robiłam ze śmiechu rodziny, kiedy opowiadałam jak to krowa przeciągnęła mnie przez pokrzywy. Bo w głębi duszy czułam ich podziw i życzliwość i kiedy strach minął, śmiałam się razem z nimi.

niedziela, 13 marca 2016

Niepamięć

Czasami życie zaskakuje. Podsuwa nam obrazy, które wydawać się mogło, nie istniały w naszej głowie.
Kiedy odchodzą od nas ludzie, nie rozpływają się w niebycie. Znikają tylko z horyzontu naszych zdarzeń. Unoszą ze sobą cząstkę nas, zapisaną w zwojach pamięci, jak sen niewyraźny. A jednak odchodzą z przeświadczeniem realności minionych zdarzeń. Chociaż dawno minęły wspólne dni, gdzieś w zakamarkach ich myśli, tkwią okruchy chwil. Wspólnych chwil. Zabawy, śmiechy, obraz twarzy zatrzymany w kadrze czasu. Wywołują uczucia szczególne, przypisane danym momentom. I chociaż w nas zagubił się ów incydent, został zepchnięty w niedostępną głębię lub zgoła wcale nie zaistniał, gdzieś jest. Pozostał jak odcisk na karcie minionych dni.
A potem jeden telefon, jedna rozmowa i wracają do Ciebie chwile niezwykłe. I nagle czujesz się jakbyś w trakcie sprzątania pokoju odnalazł dawno zagubiony drobiazg. Sięgasz po niego. Przyglądasz się w zdziwieniu. Pytasz siebie - co to jest ?
Badasz palcami, przesuwając po powierzchni zdarzeń w poszukiwaniu znajomego wzoru. I powoli powracają migawki, które sklejasz w obraz dawno nie widziany.

Rozmawiałam z Lidką.
- A pamiętasz jak kiedyś przyjechała do Ciebie do Życin, koleżanka z Sandomierza ? Tylko  nie pamiętam jej imienia - zapytała.
- No tak, pamiętam, Aśka - jeszcze dzisiaj uśmiecham się na wspomnienie tamtych dni.
- A pamiętasz jak pływałyśmy na materacu po rzece, we trzy ?
No i masz ! Tego już nie pamiętam. Rozkładam  w myślach bezradnie ręce próbując przywołać wspomnienia. Ale słucham chciwie bo już nie raz przekonałam się, że Lidka podsuwała mi zapomniane obrazy wspólnych zabaw czy przygód.
- Nie pamiętam - ni to stwierdzam ni pytam
- No tak ! Na materacu - podkreśla z mocą Lidka
- Naprawdę ? - pytam powściągliwie, czując zupełną pustkę w głowie  i czekam na ciąg dalszy.
- No wiesz, płynęłyśmy tym materacem we trzy po rzece, cały czas gadając i nie patrząc gdzie nas niesie. Pamiętasz ?
- Nniee - niepewność w moim głosie mówi sama za siebie. Choć potrafię sobie wyobrazić taką scenę i wydaje mi się całkiem prawdopodobna. Zabawy na rzece to był stały element tamtych dni.
- Aż w końcu zniosło nas w tą głęboką część rzeki przy stawidłach - ciągnie - Wiesz, tam gdzie woda była naprawdę głęboka i gdzie chłopcy(ze wsi) lubili przychodzić w wolnych chwilach, żeby poskakać z brzegu. A tam było naprawdę niebezpiecznie. I wtedy, zupełnie nie wiem jak, ale spadłaś do wody z materaca i zaczęłaś się topić. A ja w przerażeniu zaczęłam krzyczeć - Malina! Malina! Na szczęście na brzegu od strony pola, stał mój brat Janusz i usłyszał moje wrzaski.
- Czekaj czekaj - przerywam - coś mi się kojarzy.
- Skoczył do wody na główkę,( i tu mimo luk w pamięci zaczyna wyłaniać mi się z głowy postać skaczącego Janusza; do tej pory nie umiałam do niczego przypisać tego zdarzenia) podpłynął do nas i wyciągnął Cię na brzeg.
Faktycznie. Wywołany słowami Lidki obraz, powrócił przed moje oczy.
Pamiętam !
Ja na rękach Janusza. Wynosi mnie na brzeg tuż przy kładce od strony domu. Stawia mnie na nogi. Odkasłuję wodę, którą zdążyłam się opić.
Ale tego jak prosiłam wszystkich obecnych, o czym opowiada ze śmiechem Lidka - Tylko błagam nie mówcie nic Cioci ani Babci, bo już nigdy nie puszczą mnie na rzekę - już nie pamiętam.
Choć wydaje mi się to nawet dzisiaj, zupełnie logiczne. Takie wydarzenie traktowałam raczej jako przewinę z mojej strony i nieposłuszeństwo ( możesz się bawić na rzece po tej płytkiej stronie - przestrzegała Babcia) niż powód do troski i współczucia ze strony dorosłych. Tak jak nie chciałam się przyznać kiedyś, że zabłądziłam w Kolance, tak i wtedy nie chciałam aby dorośli dowiedzieli się o mojej przygodzie.
Strona rzeki przed stawidłami spiętrzającymi wodę, ciemna, za sprawą swej głębi, przerażała mnie, budziła trwogę. Czy umiałam już pływać czy tylko bezradnie machać rękami ? Czy sparaliżował mnie strach czy rzeczywiście zawiodły umiejętności ? Czy bałam się tej części rzeki już  przed czy po tej historii ?
Dzisiaj przypomniałam sobie jedynie przerażenie i szamotanie w wodzie. Może dlatego zakopałam to zdarzenie głęboko w  niepamięci ?
Po latach patrzę na tą przygodę ze zdumieniem, jak właśnie na odnaleziony skarb w zagraconym pokoju, w którym zaczęłam sprzątać.
Przechowany w nie mojej pamięci, powrócił do mnie aby dołączyć do licznych obrazów dzieciństwa w Życinach.
Dziękuję  Ci Lidka :)

czwartek, 21 stycznia 2016

Wesele Wujka

Nie pamiętam ile wtedy miałam lat. Pewnie gdybym sięgnęła do archiwum domowych fotografii albo pamięci wcześniejszych pokoleń, dowiedziałabym się szczegółów. Ale czy to jest istotne ? Podążam ścieżką moich wspomnień chaotycznie. Wywoływane z pamięci obrazy formuję w słowa a wspomnienia rozlewają się jak rzeka aż po horyzont. Cieszę się z każdego powracającego obrazu jak z odnalezionego, zapomnianego skarbu.
To było w okresie mojego dzieciństwa. Tyle mi wystarczy.
Ślub najmłodszego brata mojej Mamy.
Nie wszystko odbywało się w naszym domu. Wydaje mi się, że po jednym dniu, wesele przeniosło się do domu Panny Młodej, gdzie zabawa dla młodszego pokolenia trwała bodaj dwa kolejne dni.
A może zatarte czasem wspomnienia zmieszały jak w  tyglu, obrazy obu domów ?
Wielkie emocje chwil poprzestawiały w mojej głowie wspomnienia i zachwiały kolejnością zdarzeń.
Pamiętam ekscytację wśród dorosłych w tamtych dniach.
Wyciągam z pamięci zamieszanie i gwar niezliczonej liczby głosów. Pokój uprzątnięty z mebli, tak aby stworzyć parkiet do tańca. Szeroko i po raz pierwszy, na oścież otwarte dwuskrzydłowe drzwi do pokoju.
Stoły ustawione w kuchni dla biesiadników i pełno ludzi wokół. Twarze, które mówiły
- Ależ ty wyrosłaś- a ja uśmiechałam się i witałam z kolejnymi wujkami i ciociami.
Albo rozmowy między kuzynami
- No co ty, to przecież córka Jadzi, nie poznajesz !?
- Malinko, pamiętasz Wujka z Buska ?
Jeszcze gorzej było z kuzynami, których widziałam po raz pierwszy. Wtedy na pomoc przychodziła Babcia prowadząc mnie do nieznanej osoby i chwaląc się mną tłumaczyła
- A to Robońku jest twoja Ciocia z Potoka co to mieszka niedaleko kościoła.
Przemykałam bardziej między nogami niż twarzami tego tłumu, próbując znaleźć sobie miejsce, zadziwiona odmiennością sytuacji i gwarem w tak cichym zazwyczaj domu.
Teraz zaplątał mi się obraz namiotu na dworze, z rzędem stołów i ław wewnątrz i goście zasiadający  naprzeciw siebie. Ale to już chyba była część wesela u Panny Młodej. Co ja tam robiłam ? Czy pamięć mnie nie zawodzi ?
Pamiętam przerzucania się przyśpiewkami przy tym stole. Tymi w wykonaniu kobiet w stronę mężczyzn i tych męskich skierowanych do kobiet. Pamiętam niezwykłość tej chwili. To zwyczaj zapewne już zapomniany a przecież tak wyjątkowy i staropolski. Szkoda, że uleciała mi z głowy  ich treść pikantna i dosadna.
Rozradowanie, czerwone policzki, co raz wznoszone kieliszki wódki i przepijanie do siebie nawzajem. Wspinanie się na szczyty finezji i tworzenie nowych tekstów na gorąco, w odpowiedzi na słowa strony przeciwnej - to kwintesencja wiejskości polskiej, tamtych czasów. Stare kumy i kumowie rozgrzani chwilą, nie ustawali w pracy bycia ostatnim, w tej bitwie na słowa.Bo to głównie oni byli nośnikiem tej tradycji.
Wokół wybuchały kaskady śmiechu i widać było, że wszyscy bawią się świetnie.
Zapamiętałam jeszcze bramki, (zwyczaj funkcjonujący do dzisiaj) stawiane na drodze do domu weselnego przez sąsiadów, gdzie trzeba było się wykupić skrzynką wódki aby przejechać dalej. Bramki kwieciste, umajone gałązkami, pod którymi przejeżdżał orszak weselny.
Zapewne jako dziecko nie brałam udziału we wszystkich obrzędach weselnych, szczególnie tych, które odbywały się późną porą. Dlatego wyławiam pojedyncze obrazy wydawałoby się, nie połączone w całość.
I znów powrócę do naszego domu, do pierwszego dnia wesela, aby wywołać z pamięci harce na parkiecie w pokoju przy skocznej wiejskiej muzyce granej na żywo. Moje pląsy w rytm oberka i zachwyt nad tańcowaniem Babci, która jakby (mimo trosk i zmęczenia) zrzuciła z siebie ciężar dni i przebierała nogami nie mając sobie równych. A ja próbowałam za nią nadążyć. Tak samo jak próbowałam nadążyć za jej tempem obierania ziemniaków czy ubijania piany. Tak samo jak śmigały jej ręce, tak teraz śmigały jej nogi.
Dom był pełen gości, więc kiedy nadeszła noc, spotkała nas jeszcze jedna atrakcja. W stodole zostały rozścielone koce. W końcu miało się spełnić marzenie spania na sianie.
Zostaliśmy wysłani na spoczynek, dużo wcześniej od dorosłych. Od strony domu dochodziły wciąż odgłosy zabawy a ja mościłam się na posłaniu, za każdym razem głośno szeleszcząc sianem. I to, co do tej pory miało być niezwykłe, stało się rzeczywistością. I o złośliwości losu, wcale niewygodną !
Pod sobą miałam rozłożony koc, przez który źdźbła trawy, do tej pory wydawać się mogło, że miękkie, uparcie kłuły mnie w plecy i pośladki. Wierciłam się zawzięcie próbując wymościć sobie gniazdo jak pies kręcący się w kółko na legowisku. W końcu ułożyłam się i otuliłam kołdrą aby złagodzić szorstkość podłoża. 
Wielka przestrzeń stodoły, żyła zupełnie innymi odgłosami niż swojskie szepty pokoju.Wokół budziły się dźwięki tajemnicze i niepokojące.
- Czy to mysz biegnie w korytarzach siana?
- Czy to jakiś groźny stwór?
- Ach, to na pewno coś złego chce mnie zaatakować! - drżałam z przerażenia czekając na rozwój wypadków i próbując być dzielna. Szelest nabierał mocy i zbliżał się złowieszczo. Aż w  końcu, niemal zagłuszony waleniem mojego serca, zamienił się w radosne skomlenie.
Buda psia miała połączenie ze stodołą a pies wyczuwszy naszą obecność postanowił wykorzystać niezwykłą możliwość spania z nami.
W końcu uspokojona i otoczona zawrotną wonią siana i psiej sierści, zasłuchana w dalekie odgłosy wesela, zapadłam w sen.
Obudziło mnie gdakanie kur i pianie koguta. Było szaro i zimno. Wtuliłam się w resztkę ciepła kołdry. Między deski stodoły wsączało się mdłe światło poranka. Rozglądałam się wokół popatrując na śpiącą gromadę dorosłych, która widocznie dołączyła do nas nocą. Wydłubywałam źdźbła siana z włosów i zastanawiałam się, która to może być godzina, skoro wszyscy jeszcze śpią. W głowie huczało mi z niewyspania a na podwórko pomału wracało życie. Pod okapem stodoły jaskółki wystawiały łepki z gniazd i świergoliły cichutko. Z obory, dochodził łoskot krowich łańcuchów, które wystukiwały poranny rytm pustego żłobu.
Pomału szarość zaczęła przeradzać się w blask dnia a promienie słońca cudownie przefiltrowane między deskami stodoły, ożywiły tysiące pyłków tańczących w ich blasku. I to jest ostatni, niezwykły obraz z tamtych dni, jaki został w moje głowie. Wspomnienie wesela wujka W.

środa, 6 stycznia 2016

Historia pewnego misia



Był jedyną zabawką jaką brałam ze sobą na wieś. Zazwyczaj jechałam z pustymi rękami bo wiedziałam, że czekają mnie atrakcje, którymi wypełnię dzień aż po brzegi. Tylko czasami zabierałam go, kiedy w chwili wyjazdu z różnych powodów towarzyszyła mi niepewność. Wtulałam się w niego i świat stawał się po prostu bezpieczniejszy. Nieważne czy potem leżał spokojnie na łóżku a ja biegałam zaaferowana po okolicy czy towarzyszył mi, wepchnięty pod pachę, w penetrowaniu kolejnych zakątków. Ważna była jego milcząca obecność.
Minęło wiele lat.
Przez pewien czas misio leżał zagrzebany wśród zapomnianych pamiątek dzieciństwa w pudle w piwnicy u rodziców. Przy jakiejś okazji przypomniałam go sobie i awansowałam na pokoje jako jedynego przedstawiciela minionych czasów. Siedział sobie w rogu na oparciu kanapy jak ostatni mieszkaniec zaginionej krainy. Wiernie i z determinacją towarzysząc swojej pani. W końcu po kilku latach trafił do szafy kiedy uznałam, że przestał do mnie pasować. A jednak za każdym razem kiedy otwieram szafę, zerkam na mojego przyjaciela a on mimo, że zdegradowany wciąż patrzy mi z wiernością w oczy.
Kiedy byłam mała, był moją ulubioną zabawką. Trochę z wyboru, trochę z powodu własnego charakteru. Miałam lalki, takie mrugające oczami, super pięknotki z NRD w prześlicznych strojach i z pudełkiem pełnym ubrań  szytych dla nich przez moją Mamę. Robiły wielką furorę wśród koleżanek. Więc kiedy do mnie przychodziły, to one bawiły się lalkami w myśl zasady, że gościom się nie odmawia a mnie zostawał biedny misiu.
I tak zrodziła się zażyłość między nami aż rozkwitła w moją do niego miłość. Na niego zawsze mogłam liczyć. Lalki tylko chwilę były moje, przechodząc szybko w ręce koleżanek. I mimo, że wypchany trocinami, z oczami jak guziki i tylko w spodenkach zamiast w wymyślnym stroju, był dużo bardziej przytulny i swojski niż lalki z lokami, bucikami i rzęsami na kilometr. Sypiał ze mną w łóżku, czy to na wsi czy w domu, rozłożony na środku poduszki a ja wtulona w kąt przyciskałam się do ściany. I mimo długiej nocy budziłam się wciąż z boku, nigdy nie naruszając snu i rewiru mojego misia. Taka to była miłość.
Dzisiaj ogarnęła mnie melancholia i skręciłam w czasy dawno minione.
A tu biało za oknem. Na kuchni bulgocze gar pełen zimowego żurku a ja szukam ciepła we wspomnieniach.

środa, 25 listopada 2015

Tytoń

   Na kieleckiej piaszczystej ziemi niewiele mogło urosnąć. Ziemniaki, żyto, może rzepak, gryka i proso. Dlatego ludzie zaczęli uprawiać tytoń, niewymagający, łatwy w pielęgnacji. Oczywiście potrzebował wody ale rósł i przy jej niedostatku. Widać to było na naszym tytoniowym polu. Od strony stawu zawsze był dorodniejszy.
   Za strumieniem i laskiem był kawałek piaszczystego pola. Tam właśnie sadzono tytoń. To było przedsięwzięcie kobiet. Jego uprawa i zbiory to działka Babci i Cioci. Mężczyźni wkraczali dopiero na etapie jego suszenia. Oczywiście pojawiali się sporadycznie i w innych okresach ale wyjątkowo.
   Kiedy szliśmy do tytoniu z Babcią lub Ciocią, cieszyłam się bo praca była zazwyczaj zabawą. Już Ciocia się o to starała. Pamiętam, że urządzała nam zawody w pieleniu. Między rzędami już wysokich roślin rósł perz. Rzucaliśmy się na kolana i posuwając do przodu po piaszczystym gruncie rwaliśmy go z Bratem na wyścigi. Wygrywał ten kto pierwszy wypielił rządek.
   Perz nie był wyrzucany. Zbierało się go na kupki na rozłożone płachty, koce, potem wiązane w kopertę i niesione na plecach dla krów. Wyłożone do żłoba wzbudzały niezwykłą łapczywość u bydła. Widać był to krowi przysmak.
   Tymczasem samo pielenie zostało mi w głowie jako radość i podekscytowanie. Tak skutkowało mądre działanie Cioci.
   Zbiory to już zupełnie inna sprawa. To była praca i zarobek. I to ciężka praca. Płacono 1 złoty za drut, niezależnie dzieciom czy dorosłym.
   Do zbiorów przychodzili dodatkowi ludzie. Nie sposób byłoby ogarnąć całości tylko rękami rodziny. Siadaliśmy wszyscy na rozłożonych w cieniu lasku kocach a ekipa rwaczy donosiła nam zerwane liście. Czasami ekipy się wymieniały.
   Zrywało się te najniższe liście. Jako że tytoń to wysoka roślina, tylko po te pierwsze najbliżej ziemi trzeba się było mocno schylać. Potem coraz wyżej robiło się łatwiej.
   Ubieraliśmy się w koszule z długimi rękawami bo liście wydzielały gęsty lepki sok, który oklejał nas całych i brunatniał na dłoniach.
   Na kocach rozłożeni ludzie nabijali żmudnie każdy liść na wcześniej pocięte druty. Sztuka polegała na tym aby każdy liść nabić wkłuwając się w centralny nerw tak aby potem liść nie spadł ani się nie rozerwał w czasie transportu i suszenia. To była precyzyjna praca. Jednak palce zawsze miałam pokłute drutem.
   Wiele było rozmów przy pracy. Plotek i pogaduszek. Jednak z biegiem czasu ludzie milkli zajęci pracą i zmęczeni monotonią działań. Początkowa wesołość ustępowała miejsca ciszy i rytmicznym ruchom wykonywanym w skupieniu.
   Nam dzieciom pozwalano pracować krócej ale to krócej nie oznaczało godziny czy dwóch. Raczej pół dnia lub kończenie przed zmierzchem. Dorośli pracowali dopóki można było cokolwiek zobaczyć.
Potem druty ładowano na wóz i zwożono na podwórko gdzie Wujek z Dziadkiem wieszali je w suszarni.

piątek, 9 października 2015

ślady wojny


   Ślady wojny były wszechobecne ale dla mnie przez lata niedostrzegalne.
   Dopiero jako dorosła zdałam sobie sprawę, że kurom sypało się ziarno w chełmach piechoty rosyjskiej. Przy stolarni Dziadka stało kowadło zrobione z części pocisku przeciwartyleryjskiego. Bok młyna został ozdobiony pociskami przeciwpiechotnymi, wybranymi dla ich „ozdobnych” skrzydełek na końcach. Zaś w lesie wystarczyło schylić się i zacząć grzebać w piasku, żeby znaleźć łuski od pocisków z broni maszynowej.
   Pagórki i doły leśne to po prostu pozostałości okopów lub leje po bombach. Jako ślady wojny, w szafie w spichlerzu, odkryłam kompletną radiostację wojsk niemieckich.
   A wszystko dlatego, że Życiny stały na linii frontu rosyjsko- niemieckiego, który przesuwał się kilkakrotnie. Zaś linia frontu biegła wzdłuż rzeki. Dodatkowo były to tereny aktywności partyzanckiej, więc o ślady działań wojennych naprawdę nie było trudno. Nie stanowiły jednak czegoś niezwykłego, były tak oczywiste jak to, że na łuskach wygrzebanych z piasku świetnie się gwizdało.
   Bycie pod okupacją miało swoje konsekwencje szczególnie dla Dziadka. Słuchałam opowieści o tym jak  musiał chować się albo przed partyzantami albo przed Niemcami. Obie strony były żywo nim zainteresowane.
   Niemcy nagabywali Go aby wpisał się na folkslistę. Wszak, z pochodzenia Niemiec z nazwiskiem Lizner, według nich miał taki obowiązek. Zaś partyzanci z powodu tego samego nazwiska, wciąż podejrzewali Go o kolaborowanie z Niemcami. On zaś odżegnywał się od polityki jak zawsze pozytywistyczny w swej postawie.
   Między podłogą spichlerza a gruntem, była wąska przestrzeń chroniąca spichlerz przed wilgocią, zapewniająca jej wentylację. Tam właśnie, ostrzeżony Dziadek, wciskał się przez niewielkie okienko i przeczekiwał najście czy to Niemców czy partyzantów.  Bywało też, że uciekał do lasu i znikał na kilka dni zanim poszukiwania nie ucichły. Jeśli mu się nie udało, nie kończyło się na groźbach. Babcia opowiadała o jego poobijanych plecach i głowie. Sam Dziadek nigdy o tym nie wspominał.
   Oczywiście każda taka wizyta Niemców i partyzantów była okupiona również wyczyszczeniem gospodarstwa z wszelkich zapasów.
   Nie żyło się łatwo nikomu w tych ciężkich czasach.
Zupełnie inaczej brzmiały opowieści wujków o buszowaniu po lasach w poszukiwaniu trofeów wojennych. Zapadła mi w pamięci historia znalezionych skrzynek z  prochem. Było ich dużo, zakopanych w leśnych piaskach. Trzech braci bardzo szybko uzbierało ich kilkanaście. Cieszyła ich perspektywa emocjonującej zabawy.
   Pasanie krów w gospodarstwie było obowiązkiem dzieci . Było też czasem, poza kontrolą dorosłych. Wystarczającym aby rozpalić ognisko. Od tego już krok do zrobienia fajerwerków. Wyobraźnia młodych chłopaków podsycana wojennymi opowieściami dorosłych, nie dawała spokoju.
Kiedy ogień palił się już dostatecznie mocno, wystarczyło wrzucić laskę prochu i czekać na wielkie
– Buum !!!
Tyle tylko, że buum nie nastąpiło. Może proch zawilgotniał? Więc należało popchnąć go głębiej w ogień. Odważny Z. skoczył do ogniska i kijem ruszył, zdawało się niewypał. Ale wtedy okazało się, wypalił. Prosto w niego.
   Ocaliły go trzy rzeczy. Bliskość rzeki, do której natychmiast wskoczył, schładzając poparzoną skórę, długotrwałe okłady Babci z krowiego łajna i zsiadłego mleka i  zakonnice z Kurozwęk gdzie Babcia jeździła z synem na leczenie olejem lnianym i wodą wapienną. Dzięki temu oddalono od niego groźbę ślepoty. Pokazywał mi później niewielką bliznę na ramieniu. Tyle zostało z poparzeń, które pokrywały cały jego tułów i przede wszystkim bardzo poparzoną twarz.
I jak tu nie wierzyć w medycynę ludową?
   Pamiętam też jak bawiliśmy się z bratem ułańskimi szablami, przechowywanymi pieczołowicie przez Dziadka w spichlerzu. Jak do nas trafiły? Czy było to kolejne znalezisko czy podarunek ? Nie wiem. Były ciężkie i wymagały siły obu moich rąk aby je dźwignąć. Nie umiałam sobie wyobrazić jak mężczyźni nimi machają skoro ja nie umiałam ich podnieść jedną ręką.
   Któregoś niedzielnego popołudnia, kiedy leżeliśmy wszyscy na kocu w sadzie, rozkoszując się poobiednią sjestą, wujek wspomniał, że pod płotem zakopał laski prochu. Rzuciliśmy się na niego z prośbą aby je wygrzebał. Nie chciał się zgodzić, bo nie był już młodzieńcem zafascynowanym militariami, tylko dorosłym mężczyzną z rodziną. Oczywiście Ciocia z Babcią również protestowały. A jednak, udało nam się go uprosić. Nie umiał  za bardzo nam odmawiać a widząc iskry pożądania w oczach brata, może przypomniał sobie czasy kiedy też był chłopcem i poczuł z nim jedność. Tak czy inaczej laski prochu zostały odkopane. Zdziwiło mnie, że były wąskie, trochę przypominające kable z szarą izolacją na wierzchu. Ale podpalone udowodniły, że jednak są materiałem palnym a nie elektrycznym.
  Tak to żyliśmy w cieniu wojny, czy to za sprawą rodzinnych wspomnień czy śladów znajdowanych wokół. Zresztą jakby nie patrzeć, lata 60-te to zaledwie kilkanaście lat od zakończenia działań wojennych.

piątek, 18 września 2015

Wiewiór Basia

zdj. z internetu
 
 Karmiliśmy go, bo okazało się, że to samczyk, małą pipetką do leków. Wszystko inne było za duże dla takiego maleństwa. Poświęcenie Cioci w opiece nad nim nie miało sobie równych. Trzeba było wstawać w nocy co kilka godzin i podawać mu rozcieńczone mleko kropelka po kropelce. W dzień  Ciocia odrywała się od zajęć gospodarczych i wyciągała go co parę godzin na kolejną dawkę mleka.
   Leżał sobie w pudełku po butach wyłożonym w środku watą i przykrytym ściereczką. Zwijał się w mały ciasny precelek osłonięty jeszcze nie ofutrzonym ogonkiem. Wyciągnięty z posłania owijał łapki i ogonek wokół palca karmiącej ręki, przymykał oczy i wyciągał pyszczek po krople życiodajnego mleka. Po karmieniu, Ciocia delikatnie gładziła mu brzuszek a on rozstawiał łapki na wszystkie strony w akcie zaufania i lubości.
   Budził we mnie czułość i ciekawość. Mimo, że Ciocia nie pozwalała zaglądać mi za często do pudełka, nie umiałam się przed tym powstrzymać. Nie fakt, że mieliśmy w domu małe zwierzątko tak zawładnął moją wyobraźnią ale fakt, że oto mam okazję zajrzeć pod płaszcz dzikiej przyrody i zobaczyć na własne oczy to co zazwyczaj dzieje się w niedosięgłej gęstwinie lasu. Nagle jedna z tajemnic kniei wkroczyła do domu i zagościła pod dachem.
   Jak wytłumaczyć własną ekscytację, kiedy oglądałam szczegóły stworzenia skaczącego zazwyczaj wysoko w koronach drzew, często poza zasięgiem moich oczu. Jak podzielić się radością uczestniczenia w mistycyzmie ( jasne, że wtedy nie uświadomionym) dorastania i przemiany istoty dzikiej, z natury. Bijące mocno serce, skupiony wzrok i trwanie w podziwie przez długie minuty, dopóki Ciocia nie odciągnęła mnie od pudełka, przykrywając je ściereczką. Budzenie się rano z jedną myślą - Jak tam wiewiór dzisiaj ? Przybieganie do domu na każde kolejne karmienie. To był sens moich działań wtedy.
   Wiewiór Basia, bo oczywiście tak tradycyjnie na niego wołaliśmy, jak na wszystkie wiewiórki z dawien dawna, szybko nabierał ciała a jego tułów i ogonek szybko pokryły się rudawym włosem. Już zaczynał wykazywać zainteresowanie światem poza pudełkiem. Wyściubiał nos spod ściereczki  i zaczynał penetrować okolice. Należało zacząć zwracać baczniejszą uwagę na jego poczynania bo potrafił pojawiać się w najmniej oczekiwanych miejscach.
   Najmocniej pamiętam, chwile przed pójściem spać. Kiedy Wujek już odpoczywał przebrany w piżamę w łóżku, a Ciocia jeszcze kręciła się po kuchni. Wpadaliśmy do ich pokoju z wiewiórem na dłoni, bo już awansował do aktywnego zwierzątka, pakując się do łóżka wujostwa. Okazało się że można było bawić się podwójnie.
   Wujek był człowiekiem bardzo wrażliwym. Wystarczyło dotknąć go niespodziewanie żeby zaczął się zwijać ze śmiechu nie mogąc opanować łaskotek. Nieważne gdzie, równie dobrze nadawały się do łaskotania ręce, nogi jak cały tułów.
   Najpierw kładliśmy wiewióra na bluzie od piżamy Wujka. A on szybko zaczynał eksplorować okolice wciskając się pod ubranie. Swoimi drobnymi pazurkami przebierał po gołej skórze tułowia wzbudzając niekończące się łaskotki.
- Nie śmiej się Wujek - wołaliśmy - bo spadnie
Do pokoju wpadała Ciocia zwabiona dziwnymi zduszonymi odgłosami. Kiedy orientowała się w źródle hałasu, sama przyłączała się do zabawy zaśmiewając do łez.
- Zabierzcie go, błagam, już nie wytrzymam - wołał Wujek między paroksyzmami śmiechu. Jednak tkwił we względnym bezruchu, bojąc się zrobić krzywdę maluchowi. Z oczu ciekły mu łzy a my szaleliśmy z uciechy zachęcając wiewióra Basię do dalszego marszu. W końcu Ciocia kończyła zabawę wyjmując łaskotnika spod koszuli piżamy Wujka i odnosiła go do pudełka. Wujek wypuszczał z ulgą powietrze i otrząsał się  wołając do nas - O wy łobuzy! Ja wam dam! - I rzucał się do łaskotania nas po całym ciele.
   Basia dorastał. Trzeba mu było zapewnić rozrywkę aby uchronić firanki od porwania i nie mieć go stale pod nogami. Wujek przytaszczył wielki rozgałęziony konar i umieścił go w  pokoju. Tutaj wiewiór mógł ćwiczyć się w skokach i wspinaczkach. Trzeba było tylko pamiętać o zamykaniu drzwi aby nie uciekł. Nikt nie chciał go więzić na siłę ale zdawaliśmy sobie sprawę, że przyzwyczajony do ludzi a nie nawykły do życia w lesie i samodzielnego żywienia, szybko padłby na wolności ofiarą ludzi czy drapieżników. Żył więc sobie bezpiecznie w naszym domu znajdując dla siebie własne miejsce. Jednym z nich było legowisko na krześle Dziadka, pod poduszką na siedzeniu. Uwielbiał wciskać się pod poduszkę, zwijać w kłębek i zasypiać.
   Kiedy skończyło się lato musieliśmy wrócić do szkoły. Żegnaliśmy się długo i czule z Basią wyjeżdżając do Sandomierza.
   Minął rok. Znów nadszedł czas wakacji. Znów przyszedł moment powrotu do Życin.
Ale na próżno rozglądałam się w domu za wiewiórem. Nigdzie go nie było. Początkowo dorośli nie chcieli powiedzieć co się stało.  W końcu naciskani przeze mnie wyznali, że wiewiór zginął pod poduszką na krześle Dziadka, gdzie usiadł na nim niczego nieświadomy listonosz zanim Babcia czy Ciocia zdążyły wydać ostrzegawczy krzyk.
W pokoju pozostała jeszcze na długo, gałąź wiewióra. Jakoś nikt nie miał serca jej sprzątnąć.

czwartek, 3 września 2015

nowe zwierzątko

prawda, że nie jest piękna ?
z internetu  www.fakt.pl


   Jak to się stało? Czy szliśmy na spacer, czy do pracy przy tytoniu?
To już nieistotne. Szliśmy przez lasek Dziadka i Stryja w stronę tytoniowego pola. Ciocia z Wujkiem i ja z bratem. Pamiętam, że było nam wesoło, jak zwykle zresztą kiedy robiliśmy coś wspólnie z wujostwem. Śmiechy, przekomarzania i pogaduszki po drodze. Trochę kpiliśmy z Cioci stroju. Do sukienki nijak nie pasowały ogromne wujowe gumowce.
   Wszystko przez to, że Wujek chciał nauczyć Ciocię jeździć na motorze. No, uparł się i już! Z nadzieją, że będzie mogła samodzielnie pojechać po zakupy do pobliskiego Rakowa. Więc Ciocia w końcu skapitulowała i wsiadła na motor.
   Niby wszystko odbywało się w bezpiecznych warunkach, na podwórku przed domem, gdzie zaledwie można było zrobić małe kółko. Jak to jednak bywa, człowiek nie przewidzi wszystkiego.   Kiedy Wujek pchnął motor aby ułatwić Cioci start, rzeczywiście ułatwił.
   Motor, ciężka, duża maszyna, wymagała siły fizycznej aby nad nią zapanować ale pchnięta przez Wujka, gładko ruszyła do przodu, prowadzona drżącą ręką Cioci. Nieświadoma mocy drzemiącej w motorze, ruszyła do przodu ufna w rozsądek swojego męża. Tylko jak tu się zatrzymać? Jak zatrzymać tego kolosa i nie przewrócić się? Tego nie było w instrukcji Wujka. Z obłędem w oczach, z goniącym za nią mężem i okrzykiem na ustach - Jurek zatrzymaj mnie, zatrzymaj! - w końcu, na szczęście przy minimalnej prędkości, wywróciła się razem z maszyną.
   Stąd wziął się ten gips. Złamany palec u nogi i gips aż pod kolano. Niestety jedyne buty jakie pasowały na ten opatrunek to były wujowe ogromne kalosze, odpowiednio przycięte.
   No więc idziemy sobie przez lasek w stronę pola tytoniu i śmiejemy się i żartujemy. Nagle ponad naszą radość wzbija się ciociny cienki krzyk
- Ijjj ! Jurek, mysz, mysz wpadła mi do gumowca ! Wyjmij ją szybko! Ijjjj !
Trzeba wiedzieć, że Ciocia, mimo mieszkania tylu lat na wsi, wciąż bała się myszy i jedynym jej wybawicielem przed nimi był zawsze własny, osobisty mąż.
   Więc Wujek usadził Ciocię na ściółce, zdjął jej gumowca i wytrzepał zawartość na drogę. Z buta wypadło coś malutkiego, łysego ,szaro-różowego i całkowicie bezbronnego.
- Zabierz to, nie chcę patrzeć, to okropne - Ciocia zasłaniała oczy. My zaś pochyliliśmy się nad stworzonkiem z ciekawością oglądając znalezisko.
- To nie mysz, to mała wiewiórka - zawyrokował Wujek
 - Wypadła z dziupli z tego drzewa - pokazał sosnę, pod którą się zatrzymaliśmy. Ciocia z niedowierzaniem ale i ciekawością zerknęła na różowe stworzonko. Coraz bliżej i bliżej przysuwała swoją twarz, nie do końca wierząc mężowi, bo wszak wiadomo, że Wujek potrafił spłatać figla i nie raz Ciocia dawała się mu nabierać. Potem bezlitośnie śmialiśmy się z niej wszyscy. Nie potrafiła się gniewać,  patrząc niby to krzywym okiem na nas ale z uśmiechem na ustach. Bo i Ona doceniała żarty.
- Naprawdę? - W jej głosie było tyle samo niedowierzania co ciekawości.
- No zobacz, ma zupełnie inny ogonek, z włoskami na końcu. I mordkę też ma inną - przekonywał Wujek.
- O jej!- zawołała - nagle zdjęta zainteresowaniem i żałością - jakie to maleństwo !
   To wciąż było coś  malutkiego, łysego, szaro-różowego i całkowicie bezbronnego. Jednak przynależność do innego niż mysi gatunek, wzbudziło w Cioci nieodpartą chęć pomocy i ratunku a nie wyrzucenia i zapomnienia jak najszybciej.
- Musimy go - Ciocia wskazała na wiewiórczego oseska - zabrać do domu.
Jej wzrok wyrażał tyle troski ile tylko może zmieścić się w sercu i oczach kobiety.
   Spojrzeliśmy na Wujka w oczekiwaniu na jego decyzję. Zerknął na drzewo, pod którym rzecz się wydarzyła, w poszukiwaniu dziupli, z której wypadło maleństwo. Ocenił jego wysokość i westchnął
 - Chyba nie mamy innego wyjścia.
Bo dziupla była nieosiągalnie wysoko a nawet gdyby udało się do niej dostać, to wątpliwe czy matka przyjęłaby malucha pokrytego zapachami ludzi. Decyzja zapadła. Zamiast pójść na pole tytoniu wróciliśmy z wiewiórką do domu.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Odpust




z internetu turystyka.wp.pl 
odpustowe obwarzanki



   Nie pamiętam żeby choć raz wtedy padało. Pamiętam słońce. Gorące. Sierpniowe. I kurz drogi, kiedy jechaliśmy z Życin do Potoka. Owiewał nas całych, kiedy na początku jechaliśmy wozem konnym. Na wierzchu fury, rozłożone w poprzek deseczki, służyły jako ławki. Na nich, ubrana odświętnie, zasiadała cała rodzina i wyruszaliśmy w drogę.
   Kiedy jeździliśmy już samochodem, przez otwarte na oścież okna, ów wszędobylski kurz piaszczystych kieleckich dróg, wdzierał się i wypełniał przestrzeń i płuca. Był tak samo oczywisty jak słońce i skwar.
   Zaczynało się od przygotowań. Dziadek wyciągał swoje oficerki, które glansował do połysku. Ustawiał w kuchni na baczność, a sam zakładał bryczesy z szelkami zapinanymi na skórzane zaczepy do guzików przy spodniach, koszulę i marynarkę. Babcia wyjmowała swoją odświętną jedwabną, kwiecistą sukienkę z rozkloszowanym dołem a do niej prawdziwy sznur korali. Buciki zapinane na sprzączkę dopełniały stroju. Wujek i Ciocia bardziej starali się spełnić kanony ówczesnej mody miastowej. Garnitur Wujka nie ustępował tym miejskim a Cioci sukienka z falbankami mogła wydawać się nawet frywolna wśród wiejskich zapasek i narzutek.
   Bo owszem, mijane kobiety niejednokrotnie szły na odpust w strojach z dawien dawna tradycyjnych. Kolorowe wełniane spódnice i zapaski, nikogo nie dziwiły stanowiąc stały i oczywisty element krajobrazu kieleckiej wsi.
   Ja zakładałam wyprasowaną, jedną z licznych uszytych przez Mamę sukienek, przyznaję budzących zainteresowanie ( ach, te talenty mojej Mamy!), białe podkolanówki i sandałki. Brat w krótkich spodenkach i białej, krótkiej koszulce i w takichże podkolanówkach, zapewne czuł się znacznie sztywniej, niż ja w swojej sukience. Paradowałam dumna i świadoma odświętności chwili. Przepełniona oczekiwaniem na nadchodzące atrakcje.
   Zanim jednak nastały atrakcje, trzeba było zajechać do kościoła na mszę. A msza była długa, dwugodzinna suma, celebrowana przez kilku księży. Pod koniec przestępowania z nogi na nogę, tylko perspektywa odpustowych cudów pozwalała wytrwać do końca. Potem nastawał czas orgii kolorów na straganach i wozach z przeróżnym dobrem.
   Kto nie pamięta odpustowych baloników, kogucików na patyku, piłeczek na gumce, wypełnionych trocinami i owiniętych w kolorową folię? Wracałam z nimi do domu z radością na twarzy jak z największym trofeum, żeby bawić się nimi, naprężając gumkę i puszczając wolno, aby powróciły do ręki. Zrywana i wiązana bez końca gumka przedłużała ich żywot, aż do rychłego rozpadu trocinowej kuli.
   Kto nie cieszył się na gwizdki, pistolety na kapiszony, pierścionki z kolorowym oczkiem i zegarki z czasem zatrzymanym na jednej, szczęśliwej godzinie. Godzinie dzieciństwa.
   Gwar i tłum ludzi witających się, przystających aby poplotkować w ten rzadki czas odpustu od pracy i znoju codzienności. Dzieci przemykające między straganami z okrzykami
- Zobacz, zobacz, ale pistolet!!! ( dowolnie wstaw: lalka, pierścionek, korki, samolocik)
   A wata cukrowa? Nieodzowny element takich imprez? Lepiące, ocukrzone palce, policzki oblepione słodkością i patyczek zlizywany do ostatniego okruszka. Nie było większej słodyczy od słodyczy waty cukrowej. Palony cukier roztaczał swoją woń i ściągał dzieciaki jak pszczoły do miodu. Swą konsystencją i niezwykłością wynosił nas pod obłoki, sam lekki jak chmurka.
   Moja serdeczna koleżanka lat dzieciństwa, Lidka, przypomniała mi o lodach od Krakusa. Kręcone domowym sposobem z jeszcze wyczuwalnymi grudkami lodu w środku, przyjeżdżały w bańkach do mleka, które dłużej trzymały temperaturę. Sprzedawane prosto z wozu, lodowe kulki były nakładane  między dwa kwadraciki wafelków i zawsze smakowały wyśmienicie.
   Ja jednak, po wejściu w ten gwar świąteczny, szukałam wozu z ogórkami małosolnymi. Dla mnie nie było lepszego smaku lata, niż te nie do końca ukiszone, jeszcze ze śladami świeżej zieleni, ogórki. Po złotówce i z wodą spod nich gratis. Nalewana do szklanki z grubego ciętego szkła, która służyła wszystkim chętnym, urągając wszelkim współczesnym zasadom higieny. Ogórki były wyjmowane z dużych drewnianych beczek spod kołderki kopru, szczypcami jak do wyciągania bielizny z gotowania i dawane prosto do ręki. Rzucałam się na nie, nie wiedzieć dlaczego, jak na największy smakołyk.
   Dopiero potem był czas na lody czy obwarzanki. Te, były zawieszone na sznurku po kilkanaście, pewnie z ptysiowego ciasta, bo lekkie i dające się przeciąć sznurkiem, żeby zdjąć je do zjedzenia. Do dzisiaj są symbolem odpustu, tak jak cukrowa wata czy trocinowa piłeczka.
   Wśród dorosłych rósł gwar podsycany kuflami wypitego podpiwka lub piwa a czerwień twarzy zamieniała się w karmazyn. Na wszystkich jednak licach jednakowo, gościło odprężenie i świąteczne podekscytowanie. Przenoszone później do domów na wolno jadących furmankach, ciągniętych przez oklapnięte konie, z pasażerami zmęczonymi upałem i procentami alkoholu, przeradzało się w odświętny obiad i poobiednie drzemki.
   Dzieci tymczasem zbijały się w gromady, żeby porównywać i chwalić się nowymi zabawkami. Urządzać zawody w strzelaniu z kapiszonów, czy wymyślać gry i zabawy z udziałem piłeczek i drewnianych kogucików. Gwizdać na gwizdkach, aż do krzyków dorosłych
- A ucisz się tam, jeden z drugim!
   Ale dzieci nie umiały hamować swojej radości i wciąż głośne, tylko na moment oddalały się spod oka dorosłych, żeby po chwili znów wybuchnąć wrzawą wystrzeliwanych petard lub sporów czyja piłeczka lepiej się odbija.
   I ja w tym byłam. Spijałam słodycz chwili nieświadoma jej przemijalności i zmian. Dzisiejsze odpusty zalewane „chińszczyzną” nie mają uroku odświętności, jedynie smak chwilowej atrakcji.
   Mnie pozostaje zanurzyć się w kolorowe, zapomniane zapaski kieleckie, poczuć kurz drogi i prażyć się z uśmiechem na twarzy i radością w sercu w słońcu potockiego odpustu.
15 sierpnia. Dzień Matki Boskiej Zielnej. Odpust w parafii Najświętszej Marii Panny w Potoku.

piątek, 10 lipca 2015

Cyganie

z internetu, portal onet.wiem




Cyganie zjawiali się co parę lat.
Mimo, że mieszkaliśmy na końcu wsi, za każdym razem odczuwałam atmosferę pustoszenia ogarniającą wieś.
Nagle zapadała niezwykła cisza. Na podwórku nie było chłopów z wozami z ziarnem do mielenia. Krzątanina w obejściu zamieniała się w rzadkie pogdakiwanie kur. Nawet psy milkły nie wiedzieć dlaczego. A potem nagle zajeżdżał wóz przed dom i zsiadała z niego wielka Cyganicha i chudy przy niej, stary Cygan w białej koszuli, kamizelce od garnituru, sztuczkowych spodniach i kapeluszu. Wyganiano nas z domu. Mieliśmy  bawić się w pobliżu ale nie daj Boże, kręcić pod nogami.
Cyganicha wyglądała przy swoim nikłym kompanie jak góra. Wielość kolorowych spódnic sięgających ziemi czyniły ją jak namiot. Śniada twarz wyglądała jak pomięta kartka a ręce przy każdym ruchu wydawały  dźwięk dzwonków za sprawą licznych bransolet. Włosy spięte w czarno - siwy kok opadający na kark owijała zrolowaną chustką a w uszach tkwiły dwa wielkie  koła kolczyków . Jeszcze większą chustą z frędzlami okrywała ramiona. Wchodziła do kuchni, zasiadała na krześle i za każdym razem miałam wrażenie, że siada na tronie.
Babcia zostawała z nią w kuchni a Dziadek obradował z chudym jegomościem w pokoju. Wiem, bo kiedyś udało mi się zajrzeć przez okno. Nigdy nie dowiedziałam się co było przedmiotem ich rozmów. Czy handel wymienny, czy kupowanie mąki czy informacja o przyjeździe i prośba o miejsce na biwak.
Niezwykła była atmosfera tych odwiedzin. Dzisiaj mogę jedynie powiedzieć , że najwłaściwszym słowem opisującym to zdarzenie był wzajemny wobec siebie respekt dorosłych. Bez niego nie mogło być mowy aby Cyganie wdawali się z jakimkolwiek człowiekiem spoza klanu w interesy.
Chociaż wieś zamykała się przed przybyszami, pośpiesznie wiązała swoje konie w stajniach i ryglowała drzwi domów, zwoływała dzieci z podwórka a nawet straszyła porwaniami do taboru, moi dziadkowie rozmawiali ze starszyzną cygańską.
   Któregoś razu Cyganicha weszła z Babcią do pokoju i zaczęła czynić czary. Chodziła w koło mamrocząc niezrozumiałe słowa. Potem, jak się dowiedziałam, kazała przestawić łóżko, żeby nie stało na cieku wodnym, zapisała jakieś zioła, poszeptała z nią w skupieniu i zadowolona znów zasiadła na krześle przy stole w kuchni. Jakie ustalenia zapadły? Jakie tajemnice kryły ich szepty? Co Babcia ofiarowała jej w zamian? Wiem, że wezwany potem prawdziwy radiesteta do wyznaczenia miejsca do kopania przydomowej studni, w stu procentach potwierdził jej diagnozę.
Handel garnkami i patelniami to była domena ich działalności. Te wielkie ciężkie patelnie służyły latami i były niemal nie do zdarcia. Głównie jednak chodziło im o konie, które były największym bogactwem i przedmiotem pożądania taboru. Jeśli nie mogli ich kupić, kradli. Nie dziwi więc obawa wsi przed kradzieżami, bo takie zdarzały się nieraz. Romowie mieli swój kodeks honorowy ale w nim nie było miejsca na potępienie kradzieży koni czy domowego drobiu. Mimo, że Dziadek pozwalał im rozbijać się czasami na polu koło naszego lasu, nie chroniło nas to przed znikaniem kur z podwórka.
Rozmowy kończyły się. Wóz odjeżdżał a nas wołano do domu. Od tego momentu nie wolno nam było chodzić do lasu. Mieliśmy się bawić w pobliżu domu. Taki stan trwał zazwyczaj kilka dni, może kilkanaście. Potem, kiedy odwoływano zakaz  opuszczania okolic domu, z wypiekami na twarzy i pędem biegliśmy do lasu szukać śladów ich bytności.
To były polany albo przerzedzenia w lesie, dające możliwość rozbicia obozowiska. Oczywiście nie wiem jak wyglądało obozowisko, ale naszą wyobraźnię pobudzały góry śmieci zostawiane  przez Romów. Grzebaliśmy w nich nie po to, aby coś znaleźć, ale żeby poznać ich życie, żeby dotknąć nieznanego. Stare szmaty, porzucone dziurawe garnki, resztki paleniska, wygniecione ślady po wozach. Jak detektyw z nosem przy ziemi chodziłam w koło, próbując wyobrazić sobie ludzi siedzących w krąg wokół ognia, muzykę, gwar rozmów, nawet kłótnie między krewkimi młodzianami uciszane jednym ostrym słowem starszyzny. Widziałam oczami wyobraźni matronę, tą samą, która odwiedzała Babcię, siedzącą przed swoim wozem i przyjmującą objawy szacunku całej grupy. Widziałam dzieci biegające na bosaka między wozami za stadem psów i dorosłych, którzy z czułością jakiej nie okazywali nawet ukochanej, czesali grzywy swoich koni. To wszystko było tutaj, żyło innym niż moje życiem, egzotycznym i tajemniczym.
Potem chwilowo syci wrażeń, wracaliśmy do domu, żeby nazajutrz znów wybrać się do lasu w poszukiwaniu niepoznawalnego.