środa, 25 listopada 2015

Tytoń

   Na kieleckiej piaszczystej ziemi niewiele mogło urosnąć. Ziemniaki, żyto, może rzepak, gryka i proso. Dlatego ludzie zaczęli uprawiać tytoń, niewymagający, łatwy w pielęgnacji. Oczywiście potrzebował wody ale rósł i przy jej niedostatku. Widać to było na naszym tytoniowym polu. Od strony stawu zawsze był dorodniejszy.
   Za strumieniem i laskiem był kawałek piaszczystego pola. Tam właśnie sadzono tytoń. To było przedsięwzięcie kobiet. Jego uprawa i zbiory to działka Babci i Cioci. Mężczyźni wkraczali dopiero na etapie jego suszenia. Oczywiście pojawiali się sporadycznie i w innych okresach ale wyjątkowo.
   Kiedy szliśmy do tytoniu z Babcią lub Ciocią, cieszyłam się bo praca była zazwyczaj zabawą. Już Ciocia się o to starała. Pamiętam, że urządzała nam zawody w pieleniu. Między rzędami już wysokich roślin rósł perz. Rzucaliśmy się na kolana i posuwając do przodu po piaszczystym gruncie rwaliśmy go z Bratem na wyścigi. Wygrywał ten kto pierwszy wypielił rządek.
   Perz nie był wyrzucany. Zbierało się go na kupki na rozłożone płachty, koce, potem wiązane w kopertę i niesione na plecach dla krów. Wyłożone do żłoba wzbudzały niezwykłą łapczywość u bydła. Widać był to krowi przysmak.
   Tymczasem samo pielenie zostało mi w głowie jako radość i podekscytowanie. Tak skutkowało mądre działanie Cioci.
   Zbiory to już zupełnie inna sprawa. To była praca i zarobek. I to ciężka praca. Płacono 1 złoty za drut, niezależnie dzieciom czy dorosłym.
   Do zbiorów przychodzili dodatkowi ludzie. Nie sposób byłoby ogarnąć całości tylko rękami rodziny. Siadaliśmy wszyscy na rozłożonych w cieniu lasku kocach a ekipa rwaczy donosiła nam zerwane liście. Czasami ekipy się wymieniały.
   Zrywało się te najniższe liście. Jako że tytoń to wysoka roślina, tylko po te pierwsze najbliżej ziemi trzeba się było mocno schylać. Potem coraz wyżej robiło się łatwiej.
   Ubieraliśmy się w koszule z długimi rękawami bo liście wydzielały gęsty lepki sok, który oklejał nas całych i brunatniał na dłoniach.
   Na kocach rozłożeni ludzie nabijali żmudnie każdy liść na wcześniej pocięte druty. Sztuka polegała na tym aby każdy liść nabić wkłuwając się w centralny nerw tak aby potem liść nie spadł ani się nie rozerwał w czasie transportu i suszenia. To była precyzyjna praca. Jednak palce zawsze miałam pokłute drutem.
   Wiele było rozmów przy pracy. Plotek i pogaduszek. Jednak z biegiem czasu ludzie milkli zajęci pracą i zmęczeni monotonią działań. Początkowa wesołość ustępowała miejsca ciszy i rytmicznym ruchom wykonywanym w skupieniu.
   Nam dzieciom pozwalano pracować krócej ale to krócej nie oznaczało godziny czy dwóch. Raczej pół dnia lub kończenie przed zmierzchem. Dorośli pracowali dopóki można było cokolwiek zobaczyć.
Potem druty ładowano na wóz i zwożono na podwórko gdzie Wujek z Dziadkiem wieszali je w suszarni.

piątek, 9 października 2015

ślady wojny


   Ślady wojny były wszechobecne ale dla mnie przez lata niedostrzegalne.
   Dopiero jako dorosła zdałam sobie sprawę, że kurom sypało się ziarno w chełmach piechoty rosyjskiej. Przy stolarni Dziadka stało kowadło zrobione z części pocisku przeciwartyleryjskiego. Bok młyna został ozdobiony pociskami przeciwpiechotnymi, wybranymi dla ich „ozdobnych” skrzydełek na końcach. Zaś w lesie wystarczyło schylić się i zacząć grzebać w piasku, żeby znaleźć łuski od pocisków z broni maszynowej.
   Pagórki i doły leśne to po prostu pozostałości okopów lub leje po bombach. Jako ślady wojny, w szafie w spichlerzu, odkryłam kompletną radiostację wojsk niemieckich.
   A wszystko dlatego, że Życiny stały na linii frontu rosyjsko- niemieckiego, który przesuwał się kilkakrotnie. Zaś linia frontu biegła wzdłuż rzeki. Dodatkowo były to tereny aktywności partyzanckiej, więc o ślady działań wojennych naprawdę nie było trudno. Nie stanowiły jednak czegoś niezwykłego, były tak oczywiste jak to, że na łuskach wygrzebanych z piasku świetnie się gwizdało.
   Bycie pod okupacją miało swoje konsekwencje szczególnie dla Dziadka. Słuchałam opowieści o tym jak  musiał chować się albo przed partyzantami albo przed Niemcami. Obie strony były żywo nim zainteresowane.
   Niemcy nagabywali Go aby wpisał się na folkslistę. Wszak, z pochodzenia Niemiec z nazwiskiem Lizner, według nich miał taki obowiązek. Zaś partyzanci z powodu tego samego nazwiska, wciąż podejrzewali Go o kolaborowanie z Niemcami. On zaś odżegnywał się od polityki jak zawsze pozytywistyczny w swej postawie.
   Między podłogą spichlerza a gruntem, była wąska przestrzeń chroniąca spichlerz przed wilgocią, zapewniająca jej wentylację. Tam właśnie, ostrzeżony Dziadek, wciskał się przez niewielkie okienko i przeczekiwał najście czy to Niemców czy partyzantów.  Bywało też, że uciekał do lasu i znikał na kilka dni zanim poszukiwania nie ucichły. Jeśli mu się nie udało, nie kończyło się na groźbach. Babcia opowiadała o jego poobijanych plecach i głowie. Sam Dziadek nigdy o tym nie wspominał.
   Oczywiście każda taka wizyta Niemców i partyzantów była okupiona również wyczyszczeniem gospodarstwa z wszelkich zapasów.
   Nie żyło się łatwo nikomu w tych ciężkich czasach.
Zupełnie inaczej brzmiały opowieści wujków o buszowaniu po lasach w poszukiwaniu trofeów wojennych. Zapadła mi w pamięci historia znalezionych skrzynek z  prochem. Było ich dużo, zakopanych w leśnych piaskach. Trzech braci bardzo szybko uzbierało ich kilkanaście. Cieszyła ich perspektywa emocjonującej zabawy.
   Pasanie krów w gospodarstwie było obowiązkiem dzieci . Było też czasem, poza kontrolą dorosłych. Wystarczającym aby rozpalić ognisko. Od tego już krok do zrobienia fajerwerków. Wyobraźnia młodych chłopaków podsycana wojennymi opowieściami dorosłych, nie dawała spokoju.
Kiedy ogień palił się już dostatecznie mocno, wystarczyło wrzucić laskę prochu i czekać na wielkie
– Buum !!!
Tyle tylko, że buum nie nastąpiło. Może proch zawilgotniał? Więc należało popchnąć go głębiej w ogień. Odważny Z. skoczył do ogniska i kijem ruszył, zdawało się niewypał. Ale wtedy okazało się, wypalił. Prosto w niego.
   Ocaliły go trzy rzeczy. Bliskość rzeki, do której natychmiast wskoczył, schładzając poparzoną skórę, długotrwałe okłady Babci z krowiego łajna i zsiadłego mleka i  zakonnice z Kurozwęk gdzie Babcia jeździła z synem na leczenie olejem lnianym i wodą wapienną. Dzięki temu oddalono od niego groźbę ślepoty. Pokazywał mi później niewielką bliznę na ramieniu. Tyle zostało z poparzeń, które pokrywały cały jego tułów i przede wszystkim bardzo poparzoną twarz.
I jak tu nie wierzyć w medycynę ludową?
   Pamiętam też jak bawiliśmy się z bratem ułańskimi szablami, przechowywanymi pieczołowicie przez Dziadka w spichlerzu. Jak do nas trafiły? Czy było to kolejne znalezisko czy podarunek ? Nie wiem. Były ciężkie i wymagały siły obu moich rąk aby je dźwignąć. Nie umiałam sobie wyobrazić jak mężczyźni nimi machają skoro ja nie umiałam ich podnieść jedną ręką.
   Któregoś niedzielnego popołudnia, kiedy leżeliśmy wszyscy na kocu w sadzie, rozkoszując się poobiednią sjestą, wujek wspomniał, że pod płotem zakopał laski prochu. Rzuciliśmy się na niego z prośbą aby je wygrzebał. Nie chciał się zgodzić, bo nie był już młodzieńcem zafascynowanym militariami, tylko dorosłym mężczyzną z rodziną. Oczywiście Ciocia z Babcią również protestowały. A jednak, udało nam się go uprosić. Nie umiał  za bardzo nam odmawiać a widząc iskry pożądania w oczach brata, może przypomniał sobie czasy kiedy też był chłopcem i poczuł z nim jedność. Tak czy inaczej laski prochu zostały odkopane. Zdziwiło mnie, że były wąskie, trochę przypominające kable z szarą izolacją na wierzchu. Ale podpalone udowodniły, że jednak są materiałem palnym a nie elektrycznym.
  Tak to żyliśmy w cieniu wojny, czy to za sprawą rodzinnych wspomnień czy śladów znajdowanych wokół. Zresztą jakby nie patrzeć, lata 60-te to zaledwie kilkanaście lat od zakończenia działań wojennych.

piątek, 18 września 2015

Wiewiór Basia

zdj. z internetu
 
 Karmiliśmy go, bo okazało się, że to samczyk, małą pipetką do leków. Wszystko inne było za duże dla takiego maleństwa. Poświęcenie Cioci w opiece nad nim nie miało sobie równych. Trzeba było wstawać w nocy co kilka godzin i podawać mu rozcieńczone mleko kropelka po kropelce. W dzień  Ciocia odrywała się od zajęć gospodarczych i wyciągała go co parę godzin na kolejną dawkę mleka.
   Leżał sobie w pudełku po butach wyłożonym w środku watą i przykrytym ściereczką. Zwijał się w mały ciasny precelek osłonięty jeszcze nie ofutrzonym ogonkiem. Wyciągnięty z posłania owijał łapki i ogonek wokół palca karmiącej ręki, przymykał oczy i wyciągał pyszczek po krople życiodajnego mleka. Po karmieniu, Ciocia delikatnie gładziła mu brzuszek a on rozstawiał łapki na wszystkie strony w akcie zaufania i lubości.
   Budził we mnie czułość i ciekawość. Mimo, że Ciocia nie pozwalała zaglądać mi za często do pudełka, nie umiałam się przed tym powstrzymać. Nie fakt, że mieliśmy w domu małe zwierzątko tak zawładnął moją wyobraźnią ale fakt, że oto mam okazję zajrzeć pod płaszcz dzikiej przyrody i zobaczyć na własne oczy to co zazwyczaj dzieje się w niedosięgłej gęstwinie lasu. Nagle jedna z tajemnic kniei wkroczyła do domu i zagościła pod dachem.
   Jak wytłumaczyć własną ekscytację, kiedy oglądałam szczegóły stworzenia skaczącego zazwyczaj wysoko w koronach drzew, często poza zasięgiem moich oczu. Jak podzielić się radością uczestniczenia w mistycyzmie ( jasne, że wtedy nie uświadomionym) dorastania i przemiany istoty dzikiej, z natury. Bijące mocno serce, skupiony wzrok i trwanie w podziwie przez długie minuty, dopóki Ciocia nie odciągnęła mnie od pudełka, przykrywając je ściereczką. Budzenie się rano z jedną myślą - Jak tam wiewiór dzisiaj ? Przybieganie do domu na każde kolejne karmienie. To był sens moich działań wtedy.
   Wiewiór Basia, bo oczywiście tak tradycyjnie na niego wołaliśmy, jak na wszystkie wiewiórki z dawien dawna, szybko nabierał ciała a jego tułów i ogonek szybko pokryły się rudawym włosem. Już zaczynał wykazywać zainteresowanie światem poza pudełkiem. Wyściubiał nos spod ściereczki  i zaczynał penetrować okolice. Należało zacząć zwracać baczniejszą uwagę na jego poczynania bo potrafił pojawiać się w najmniej oczekiwanych miejscach.
   Najmocniej pamiętam, chwile przed pójściem spać. Kiedy Wujek już odpoczywał przebrany w piżamę w łóżku, a Ciocia jeszcze kręciła się po kuchni. Wpadaliśmy do ich pokoju z wiewiórem na dłoni, bo już awansował do aktywnego zwierzątka, pakując się do łóżka wujostwa. Okazało się że można było bawić się podwójnie.
   Wujek był człowiekiem bardzo wrażliwym. Wystarczyło dotknąć go niespodziewanie żeby zaczął się zwijać ze śmiechu nie mogąc opanować łaskotek. Nieważne gdzie, równie dobrze nadawały się do łaskotania ręce, nogi jak cały tułów.
   Najpierw kładliśmy wiewióra na bluzie od piżamy Wujka. A on szybko zaczynał eksplorować okolice wciskając się pod ubranie. Swoimi drobnymi pazurkami przebierał po gołej skórze tułowia wzbudzając niekończące się łaskotki.
- Nie śmiej się Wujek - wołaliśmy - bo spadnie
Do pokoju wpadała Ciocia zwabiona dziwnymi zduszonymi odgłosami. Kiedy orientowała się w źródle hałasu, sama przyłączała się do zabawy zaśmiewając do łez.
- Zabierzcie go, błagam, już nie wytrzymam - wołał Wujek między paroksyzmami śmiechu. Jednak tkwił we względnym bezruchu, bojąc się zrobić krzywdę maluchowi. Z oczu ciekły mu łzy a my szaleliśmy z uciechy zachęcając wiewióra Basię do dalszego marszu. W końcu Ciocia kończyła zabawę wyjmując łaskotnika spod koszuli piżamy Wujka i odnosiła go do pudełka. Wujek wypuszczał z ulgą powietrze i otrząsał się  wołając do nas - O wy łobuzy! Ja wam dam! - I rzucał się do łaskotania nas po całym ciele.
   Basia dorastał. Trzeba mu było zapewnić rozrywkę aby uchronić firanki od porwania i nie mieć go stale pod nogami. Wujek przytaszczył wielki rozgałęziony konar i umieścił go w  pokoju. Tutaj wiewiór mógł ćwiczyć się w skokach i wspinaczkach. Trzeba było tylko pamiętać o zamykaniu drzwi aby nie uciekł. Nikt nie chciał go więzić na siłę ale zdawaliśmy sobie sprawę, że przyzwyczajony do ludzi a nie nawykły do życia w lesie i samodzielnego żywienia, szybko padłby na wolności ofiarą ludzi czy drapieżników. Żył więc sobie bezpiecznie w naszym domu znajdując dla siebie własne miejsce. Jednym z nich było legowisko na krześle Dziadka, pod poduszką na siedzeniu. Uwielbiał wciskać się pod poduszkę, zwijać w kłębek i zasypiać.
   Kiedy skończyło się lato musieliśmy wrócić do szkoły. Żegnaliśmy się długo i czule z Basią wyjeżdżając do Sandomierza.
   Minął rok. Znów nadszedł czas wakacji. Znów przyszedł moment powrotu do Życin.
Ale na próżno rozglądałam się w domu za wiewiórem. Nigdzie go nie było. Początkowo dorośli nie chcieli powiedzieć co się stało.  W końcu naciskani przeze mnie wyznali, że wiewiór zginął pod poduszką na krześle Dziadka, gdzie usiadł na nim niczego nieświadomy listonosz zanim Babcia czy Ciocia zdążyły wydać ostrzegawczy krzyk.
W pokoju pozostała jeszcze na długo, gałąź wiewióra. Jakoś nikt nie miał serca jej sprzątnąć.

czwartek, 3 września 2015

nowe zwierzątko

prawda, że nie jest piękna ?
z internetu  www.fakt.pl


   Jak to się stało? Czy szliśmy na spacer, czy do pracy przy tytoniu?
To już nieistotne. Szliśmy przez lasek Dziadka i Stryja w stronę tytoniowego pola. Ciocia z Wujkiem i ja z bratem. Pamiętam, że było nam wesoło, jak zwykle zresztą kiedy robiliśmy coś wspólnie z wujostwem. Śmiechy, przekomarzania i pogaduszki po drodze. Trochę kpiliśmy z Cioci stroju. Do sukienki nijak nie pasowały ogromne wujowe gumowce.
   Wszystko przez to, że Wujek chciał nauczyć Ciocię jeździć na motorze. No, uparł się i już! Z nadzieją, że będzie mogła samodzielnie pojechać po zakupy do pobliskiego Rakowa. Więc Ciocia w końcu skapitulowała i wsiadła na motor.
   Niby wszystko odbywało się w bezpiecznych warunkach, na podwórku przed domem, gdzie zaledwie można było zrobić małe kółko. Jak to jednak bywa, człowiek nie przewidzi wszystkiego.   Kiedy Wujek pchnął motor aby ułatwić Cioci start, rzeczywiście ułatwił.
   Motor, ciężka, duża maszyna, wymagała siły fizycznej aby nad nią zapanować ale pchnięta przez Wujka, gładko ruszyła do przodu, prowadzona drżącą ręką Cioci. Nieświadoma mocy drzemiącej w motorze, ruszyła do przodu ufna w rozsądek swojego męża. Tylko jak tu się zatrzymać? Jak zatrzymać tego kolosa i nie przewrócić się? Tego nie było w instrukcji Wujka. Z obłędem w oczach, z goniącym za nią mężem i okrzykiem na ustach - Jurek zatrzymaj mnie, zatrzymaj! - w końcu, na szczęście przy minimalnej prędkości, wywróciła się razem z maszyną.
   Stąd wziął się ten gips. Złamany palec u nogi i gips aż pod kolano. Niestety jedyne buty jakie pasowały na ten opatrunek to były wujowe ogromne kalosze, odpowiednio przycięte.
   No więc idziemy sobie przez lasek w stronę pola tytoniu i śmiejemy się i żartujemy. Nagle ponad naszą radość wzbija się ciociny cienki krzyk
- Ijjj ! Jurek, mysz, mysz wpadła mi do gumowca ! Wyjmij ją szybko! Ijjjj !
Trzeba wiedzieć, że Ciocia, mimo mieszkania tylu lat na wsi, wciąż bała się myszy i jedynym jej wybawicielem przed nimi był zawsze własny, osobisty mąż.
   Więc Wujek usadził Ciocię na ściółce, zdjął jej gumowca i wytrzepał zawartość na drogę. Z buta wypadło coś malutkiego, łysego ,szaro-różowego i całkowicie bezbronnego.
- Zabierz to, nie chcę patrzeć, to okropne - Ciocia zasłaniała oczy. My zaś pochyliliśmy się nad stworzonkiem z ciekawością oglądając znalezisko.
- To nie mysz, to mała wiewiórka - zawyrokował Wujek
 - Wypadła z dziupli z tego drzewa - pokazał sosnę, pod którą się zatrzymaliśmy. Ciocia z niedowierzaniem ale i ciekawością zerknęła na różowe stworzonko. Coraz bliżej i bliżej przysuwała swoją twarz, nie do końca wierząc mężowi, bo wszak wiadomo, że Wujek potrafił spłatać figla i nie raz Ciocia dawała się mu nabierać. Potem bezlitośnie śmialiśmy się z niej wszyscy. Nie potrafiła się gniewać,  patrząc niby to krzywym okiem na nas ale z uśmiechem na ustach. Bo i Ona doceniała żarty.
- Naprawdę? - W jej głosie było tyle samo niedowierzania co ciekawości.
- No zobacz, ma zupełnie inny ogonek, z włoskami na końcu. I mordkę też ma inną - przekonywał Wujek.
- O jej!- zawołała - nagle zdjęta zainteresowaniem i żałością - jakie to maleństwo !
   To wciąż było coś  malutkiego, łysego, szaro-różowego i całkowicie bezbronnego. Jednak przynależność do innego niż mysi gatunek, wzbudziło w Cioci nieodpartą chęć pomocy i ratunku a nie wyrzucenia i zapomnienia jak najszybciej.
- Musimy go - Ciocia wskazała na wiewiórczego oseska - zabrać do domu.
Jej wzrok wyrażał tyle troski ile tylko może zmieścić się w sercu i oczach kobiety.
   Spojrzeliśmy na Wujka w oczekiwaniu na jego decyzję. Zerknął na drzewo, pod którym rzecz się wydarzyła, w poszukiwaniu dziupli, z której wypadło maleństwo. Ocenił jego wysokość i westchnął
 - Chyba nie mamy innego wyjścia.
Bo dziupla była nieosiągalnie wysoko a nawet gdyby udało się do niej dostać, to wątpliwe czy matka przyjęłaby malucha pokrytego zapachami ludzi. Decyzja zapadła. Zamiast pójść na pole tytoniu wróciliśmy z wiewiórką do domu.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Odpust




z internetu turystyka.wp.pl 
odpustowe obwarzanki



   Nie pamiętam żeby choć raz wtedy padało. Pamiętam słońce. Gorące. Sierpniowe. I kurz drogi, kiedy jechaliśmy z Życin do Potoka. Owiewał nas całych, kiedy na początku jechaliśmy wozem konnym. Na wierzchu fury, rozłożone w poprzek deseczki, służyły jako ławki. Na nich, ubrana odświętnie, zasiadała cała rodzina i wyruszaliśmy w drogę.
   Kiedy jeździliśmy już samochodem, przez otwarte na oścież okna, ów wszędobylski kurz piaszczystych kieleckich dróg, wdzierał się i wypełniał przestrzeń i płuca. Był tak samo oczywisty jak słońce i skwar.
   Zaczynało się od przygotowań. Dziadek wyciągał swoje oficerki, które glansował do połysku. Ustawiał w kuchni na baczność, a sam zakładał bryczesy z szelkami zapinanymi na skórzane zaczepy do guzików przy spodniach, koszulę i marynarkę. Babcia wyjmowała swoją odświętną jedwabną, kwiecistą sukienkę z rozkloszowanym dołem a do niej prawdziwy sznur korali. Buciki zapinane na sprzączkę dopełniały stroju. Wujek i Ciocia bardziej starali się spełnić kanony ówczesnej mody miastowej. Garnitur Wujka nie ustępował tym miejskim a Cioci sukienka z falbankami mogła wydawać się nawet frywolna wśród wiejskich zapasek i narzutek.
   Bo owszem, mijane kobiety niejednokrotnie szły na odpust w strojach z dawien dawna tradycyjnych. Kolorowe wełniane spódnice i zapaski, nikogo nie dziwiły stanowiąc stały i oczywisty element krajobrazu kieleckiej wsi.
   Ja zakładałam wyprasowaną, jedną z licznych uszytych przez Mamę sukienek, przyznaję budzących zainteresowanie ( ach, te talenty mojej Mamy!), białe podkolanówki i sandałki. Brat w krótkich spodenkach i białej, krótkiej koszulce i w takichże podkolanówkach, zapewne czuł się znacznie sztywniej, niż ja w swojej sukience. Paradowałam dumna i świadoma odświętności chwili. Przepełniona oczekiwaniem na nadchodzące atrakcje.
   Zanim jednak nastały atrakcje, trzeba było zajechać do kościoła na mszę. A msza była długa, dwugodzinna suma, celebrowana przez kilku księży. Pod koniec przestępowania z nogi na nogę, tylko perspektywa odpustowych cudów pozwalała wytrwać do końca. Potem nastawał czas orgii kolorów na straganach i wozach z przeróżnym dobrem.
   Kto nie pamięta odpustowych baloników, kogucików na patyku, piłeczek na gumce, wypełnionych trocinami i owiniętych w kolorową folię? Wracałam z nimi do domu z radością na twarzy jak z największym trofeum, żeby bawić się nimi, naprężając gumkę i puszczając wolno, aby powróciły do ręki. Zrywana i wiązana bez końca gumka przedłużała ich żywot, aż do rychłego rozpadu trocinowej kuli.
   Kto nie cieszył się na gwizdki, pistolety na kapiszony, pierścionki z kolorowym oczkiem i zegarki z czasem zatrzymanym na jednej, szczęśliwej godzinie. Godzinie dzieciństwa.
   Gwar i tłum ludzi witających się, przystających aby poplotkować w ten rzadki czas odpustu od pracy i znoju codzienności. Dzieci przemykające między straganami z okrzykami
- Zobacz, zobacz, ale pistolet!!! ( dowolnie wstaw: lalka, pierścionek, korki, samolocik)
   A wata cukrowa? Nieodzowny element takich imprez? Lepiące, ocukrzone palce, policzki oblepione słodkością i patyczek zlizywany do ostatniego okruszka. Nie było większej słodyczy od słodyczy waty cukrowej. Palony cukier roztaczał swoją woń i ściągał dzieciaki jak pszczoły do miodu. Swą konsystencją i niezwykłością wynosił nas pod obłoki, sam lekki jak chmurka.
   Moja serdeczna koleżanka lat dzieciństwa, Lidka, przypomniała mi o lodach od Krakusa. Kręcone domowym sposobem z jeszcze wyczuwalnymi grudkami lodu w środku, przyjeżdżały w bańkach do mleka, które dłużej trzymały temperaturę. Sprzedawane prosto z wozu, lodowe kulki były nakładane  między dwa kwadraciki wafelków i zawsze smakowały wyśmienicie.
   Ja jednak, po wejściu w ten gwar świąteczny, szukałam wozu z ogórkami małosolnymi. Dla mnie nie było lepszego smaku lata, niż te nie do końca ukiszone, jeszcze ze śladami świeżej zieleni, ogórki. Po złotówce i z wodą spod nich gratis. Nalewana do szklanki z grubego ciętego szkła, która służyła wszystkim chętnym, urągając wszelkim współczesnym zasadom higieny. Ogórki były wyjmowane z dużych drewnianych beczek spod kołderki kopru, szczypcami jak do wyciągania bielizny z gotowania i dawane prosto do ręki. Rzucałam się na nie, nie wiedzieć dlaczego, jak na największy smakołyk.
   Dopiero potem był czas na lody czy obwarzanki. Te, były zawieszone na sznurku po kilkanaście, pewnie z ptysiowego ciasta, bo lekkie i dające się przeciąć sznurkiem, żeby zdjąć je do zjedzenia. Do dzisiaj są symbolem odpustu, tak jak cukrowa wata czy trocinowa piłeczka.
   Wśród dorosłych rósł gwar podsycany kuflami wypitego podpiwka lub piwa a czerwień twarzy zamieniała się w karmazyn. Na wszystkich jednak licach jednakowo, gościło odprężenie i świąteczne podekscytowanie. Przenoszone później do domów na wolno jadących furmankach, ciągniętych przez oklapnięte konie, z pasażerami zmęczonymi upałem i procentami alkoholu, przeradzało się w odświętny obiad i poobiednie drzemki.
   Dzieci tymczasem zbijały się w gromady, żeby porównywać i chwalić się nowymi zabawkami. Urządzać zawody w strzelaniu z kapiszonów, czy wymyślać gry i zabawy z udziałem piłeczek i drewnianych kogucików. Gwizdać na gwizdkach, aż do krzyków dorosłych
- A ucisz się tam, jeden z drugim!
   Ale dzieci nie umiały hamować swojej radości i wciąż głośne, tylko na moment oddalały się spod oka dorosłych, żeby po chwili znów wybuchnąć wrzawą wystrzeliwanych petard lub sporów czyja piłeczka lepiej się odbija.
   I ja w tym byłam. Spijałam słodycz chwili nieświadoma jej przemijalności i zmian. Dzisiejsze odpusty zalewane „chińszczyzną” nie mają uroku odświętności, jedynie smak chwilowej atrakcji.
   Mnie pozostaje zanurzyć się w kolorowe, zapomniane zapaski kieleckie, poczuć kurz drogi i prażyć się z uśmiechem na twarzy i radością w sercu w słońcu potockiego odpustu.
15 sierpnia. Dzień Matki Boskiej Zielnej. Odpust w parafii Najświętszej Marii Panny w Potoku.

piątek, 10 lipca 2015

Cyganie

z internetu, portal onet.wiem




Cyganie zjawiali się co parę lat.
Mimo, że mieszkaliśmy na końcu wsi, za każdym razem odczuwałam atmosferę pustoszenia ogarniającą wieś.
Nagle zapadała niezwykła cisza. Na podwórku nie było chłopów z wozami z ziarnem do mielenia. Krzątanina w obejściu zamieniała się w rzadkie pogdakiwanie kur. Nawet psy milkły nie wiedzieć dlaczego. A potem nagle zajeżdżał wóz przed dom i zsiadała z niego wielka Cyganicha i chudy przy niej, stary Cygan w białej koszuli, kamizelce od garnituru, sztuczkowych spodniach i kapeluszu. Wyganiano nas z domu. Mieliśmy  bawić się w pobliżu ale nie daj Boże, kręcić pod nogami.
Cyganicha wyglądała przy swoim nikłym kompanie jak góra. Wielość kolorowych spódnic sięgających ziemi czyniły ją jak namiot. Śniada twarz wyglądała jak pomięta kartka a ręce przy każdym ruchu wydawały  dźwięk dzwonków za sprawą licznych bransolet. Włosy spięte w czarno - siwy kok opadający na kark owijała zrolowaną chustką a w uszach tkwiły dwa wielkie  koła kolczyków . Jeszcze większą chustą z frędzlami okrywała ramiona. Wchodziła do kuchni, zasiadała na krześle i za każdym razem miałam wrażenie, że siada na tronie.
Babcia zostawała z nią w kuchni a Dziadek obradował z chudym jegomościem w pokoju. Wiem, bo kiedyś udało mi się zajrzeć przez okno. Nigdy nie dowiedziałam się co było przedmiotem ich rozmów. Czy handel wymienny, czy kupowanie mąki czy informacja o przyjeździe i prośba o miejsce na biwak.
Niezwykła była atmosfera tych odwiedzin. Dzisiaj mogę jedynie powiedzieć , że najwłaściwszym słowem opisującym to zdarzenie był wzajemny wobec siebie respekt dorosłych. Bez niego nie mogło być mowy aby Cyganie wdawali się z jakimkolwiek człowiekiem spoza klanu w interesy.
Chociaż wieś zamykała się przed przybyszami, pośpiesznie wiązała swoje konie w stajniach i ryglowała drzwi domów, zwoływała dzieci z podwórka a nawet straszyła porwaniami do taboru, moi dziadkowie rozmawiali ze starszyzną cygańską.
   Któregoś razu Cyganicha weszła z Babcią do pokoju i zaczęła czynić czary. Chodziła w koło mamrocząc niezrozumiałe słowa. Potem, jak się dowiedziałam, kazała przestawić łóżko, żeby nie stało na cieku wodnym, zapisała jakieś zioła, poszeptała z nią w skupieniu i zadowolona znów zasiadła na krześle przy stole w kuchni. Jakie ustalenia zapadły? Jakie tajemnice kryły ich szepty? Co Babcia ofiarowała jej w zamian? Wiem, że wezwany potem prawdziwy radiesteta do wyznaczenia miejsca do kopania przydomowej studni, w stu procentach potwierdził jej diagnozę.
Handel garnkami i patelniami to była domena ich działalności. Te wielkie ciężkie patelnie służyły latami i były niemal nie do zdarcia. Głównie jednak chodziło im o konie, które były największym bogactwem i przedmiotem pożądania taboru. Jeśli nie mogli ich kupić, kradli. Nie dziwi więc obawa wsi przed kradzieżami, bo takie zdarzały się nieraz. Romowie mieli swój kodeks honorowy ale w nim nie było miejsca na potępienie kradzieży koni czy domowego drobiu. Mimo, że Dziadek pozwalał im rozbijać się czasami na polu koło naszego lasu, nie chroniło nas to przed znikaniem kur z podwórka.
Rozmowy kończyły się. Wóz odjeżdżał a nas wołano do domu. Od tego momentu nie wolno nam było chodzić do lasu. Mieliśmy się bawić w pobliżu domu. Taki stan trwał zazwyczaj kilka dni, może kilkanaście. Potem, kiedy odwoływano zakaz  opuszczania okolic domu, z wypiekami na twarzy i pędem biegliśmy do lasu szukać śladów ich bytności.
To były polany albo przerzedzenia w lesie, dające możliwość rozbicia obozowiska. Oczywiście nie wiem jak wyglądało obozowisko, ale naszą wyobraźnię pobudzały góry śmieci zostawiane  przez Romów. Grzebaliśmy w nich nie po to, aby coś znaleźć, ale żeby poznać ich życie, żeby dotknąć nieznanego. Stare szmaty, porzucone dziurawe garnki, resztki paleniska, wygniecione ślady po wozach. Jak detektyw z nosem przy ziemi chodziłam w koło, próbując wyobrazić sobie ludzi siedzących w krąg wokół ognia, muzykę, gwar rozmów, nawet kłótnie między krewkimi młodzianami uciszane jednym ostrym słowem starszyzny. Widziałam oczami wyobraźni matronę, tą samą, która odwiedzała Babcię, siedzącą przed swoim wozem i przyjmującą objawy szacunku całej grupy. Widziałam dzieci biegające na bosaka między wozami za stadem psów i dorosłych, którzy z czułością jakiej nie okazywali nawet ukochanej, czesali grzywy swoich koni. To wszystko było tutaj, żyło innym niż moje życiem, egzotycznym i tajemniczym.
Potem chwilowo syci wrażeń, wracaliśmy do domu, żeby nazajutrz znów wybrać się do lasu w poszukiwaniu niepoznawalnego.

czwartek, 2 lipca 2015

Kolanka

fotografia z internetu


   Trzeba było dobrze orientować się w Kolance aby nie zabłądzić. Był jedynym lasem, którego się obawiałam. Mroczny, wysoki, z większą ilością drzew liściastych, miał w sobie coś tajemniczego. Słońce filtrowało korony drzew ale nie docierało do podszytu tak mocno jak w sosnowych lasach rakowieckim czy chanieckim. Na dole zalegał cień, tylko od czasu do czasu przerywany plamą słońca.
   Być może dlatego wyprawy do niego z dorosłymi dawały mi dodatkowy dreszczyk emocji. To nie było to samo co zbieranie malin i jeżyn przy drodze, czy jagód samemu, w jej pobliżu. Nie zagłębiałam się  daleko sama, nie czując się w nim zbyt pewnie.
   Raz jednak, kiedy wybraliśmy się na jagody całą rodziną, zdarzyło mi się odejść od grupy. Słyszałam rozmowy bliskich ale posuwałam się wgłąb w ślad za coraz dorodniejszymi owocami  i gęściejszymi jagodzinami. Kiedy już nikogo nie było w polu widzenia, podniosłam głowę, żeby się rozejrzeć i wtedy zobaczyłam najpiękniejszego jelenia jakiego widziałam w życiu.
   Jego rozłożyste poroże z wieloma odgałęzieniami wyglądało jak korona. Jeleń ruszył przed siebie i znikł między drzewami. Chciałam popatrzeć na niego jeszcze tylko trochę, jeszcze raz zobaczyć jak potrząsa głową, jak zahacza rogami przechodząc między niskimi krzakami, jak porusza chrapami kiedy rozgląda się wąchając powietrze wokół. On jednak zniknął. Cicho żeby nie narobić hałasu, zaczęłam skradać się za nim, posuwając się za odgłosem poruszanych liści. A jednak nie udało się. Rozpłynął się, rozmył w gęstej zieleni lasu jakby był tylko mirażem.
   Stałam jeszcze przez chwilę zasłuchana, próbując złowić odgłosy jego ruchów, ale wokół były tylko drzewa. Wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że drzewa wyglądają inaczej niż zwykle, a głosów rodziny już dawno nie słychać. Serce zaczęło mi walić w piersi jak młotem a niepokój wkradł się dudnieniem krwi w uszach. Stłumiłam głośny krzyk lęku, zawstydzona, że zgubiłam się w lesie po raz pierwszy w życiu. Pamiętałam przestrogi bliskich - Tylko się nie oddalaj - mówiła ciocia.
   Instynktownie odwróciłam się i zaczęłam wracać, wydawało mi się w powrotną drogę. Ale przecież droga powrotna powinna być rozpoznawalna a ja nie rozpoznawałam ani konfiguracji drzew, ani pagórków, które porastały. Z oczami szeroko otwartymi rozglądając się w koło, z płaczem który wzbierał w moim gardle, pokonałam kolejną dolinkę. Wtedy drzewa jakby się przerzedziły, słońce w znajomy sposób zaczęło rozścielać się na poszyciu nadając mu rozpoznawalny kształt. Serce nadal waliło mocno ale już pomału zaczynało bić w rytm  : - znam! znam!
W głosy lasu wplótł się szum, który szybko zamienił się w echo dalekich rozmów rodziny. Znalazłam drogowskaz.
Po chwili zobaczyłam pochylone nad krzaczkami sylwetki bliskich.
Nie przyznałam się do niczego i prawie nikt nie zwrócił uwagi na moją chwilową nieobecność. Jedynie Ciocia zapytała
- Znalazłaś jakieś nowe miejsce?
- Nie, tylko sprawdzałam - powiedziałam cicho udając że pilnie zbieram jagody.
Trochę jeszcze trzęsącymi się rękami zrywałam małe granatowe kulki,  już do końca nie spuszczając rodziny z oczu.
   Bywało że wybieraliśmy się do Kolanki pod wodzą Wujka. To były wyprawy po orzechy laskowe. Nikt nie hodował ich w przydomowych ogródkach. Rosły tam gdzie się same zasiały. Jeśli ktoś potrzebował orzechów, po prostu w odpowiedniej porze roku chodził do lasu w sobie znane miejsca, gdzie rosły leszczynowe krzaki.
   Wyprawy z Wujkiem po orzechy to była daleka droga. Najpierw trzeba było zejść z głównego duktu w bok. Przejść kilka pagórków, aby łukiem dojść w pobliże rzeki i trafić na dwa rozłożyste krzewy leszczyny. Nigdy sama nie powtórzyłabym tej drogi, ale idąc z Wujkiem poznawałam kierunek jakbym dopiero przechodząc obok, odtwarzała w pamięci punkty orientacyjne.
   Pod drzewkiem, Wujek naginał gałęzie a ja i brat zrywaliśmy otoczone zielonymi liśćmi zlepione po kilka, leszczynowe orzechy. Cieszyłam się na czekającą mnie ucztę po powrocie do domu. Tymczasem na miejscu, jak Wujek,  próbowałam pokonać zębami barierę twardej skorup,y żeby dobrać się do smakowitego miąższu w środku.
   To była męska wyprawa. Czułam się jakbym uczestniczyła w misterium, dopuszczona do tajemnicy. Nie wiem czy Ciocia lub Babcia znały drogę do leszczyny. W mojej świadomości pozostało to zdarzenie jako część męskiego świata, do którego mogłam zajrzeć. Nie było śmiechów, żartów tylko cel do osiągnięcia. Wujek kroczący powoli i pewnie i brat wybiegający co chwilę do przodu. Wszystko ubrane w płaszcz wiedzy tajemnej bo wszak nie każdy znał drogę do leszczyny.
Ja na pewno nie.