poniedziałek, 7 stycznia 2019

Burza

  Imperium tapet
Burza z piorunami na wsi

Lata wtedy były gorące. Zresztą dzisiaj też są, nawet bardziej.
Ale wtedy wszystko było po kolei.
Czerwiec rozkręcał się powoli.
Od biegania na bosaka. Nie wiadomo po co Mama pakowała nam sandały i trzewiki. No może sandały, żeby pojechać do miasteczka na zakupy, ale trzewiki ? Gdzie, kiedy miało być tak zimno, żeby je zakładać ? Jeszcze rozumiem gumiaki bo czasami po deszczu robiło się chłodno i Babcia z Ciocią naganiały nas do zakładania ich. A my i tak po chwili pluskaliśmy się w kałużach na bosaka. Jak jeździliśmy samochodem po zakupy do Rakowa to sandały wkładało się w ostatniej chwili, tuż przed wyjściem z samochodu. Bo to niewygodne, uwierają paski i tak jakoś dziwnie i nienaturalnie. Całym nagim spodem stopy odczuwałam twardość skóry buta, jej wypolerowaną powierzchnię. Taką inną od miękkości trawy albo ostrości kamieni w rzece. Nic nie układało się pod stopą zgodnie z przeznaczeniem. Podeszwa nie uginała się poddańczo jak piasek na górce, nie otulała aż po kostki jak błoto na brzegu strumienia między olchami, tam gdzie najlepsze robaki do wędkowania. Nawet placki krowie poddawały się krzywiznom podbicia wciskając się smrodliwie ale delikatnie między palce. A tu twardość i zniewolenie. Kiedy raz zrzuciłeś buty nie było powrotu, stan swobody był jak narkotyk, którego wciąż chcesz więcej.
to pewnie czerwiec bo jeszcze jestem w spódniczce




Potem przychodził lipiec.
A wtedy już grzało mocno. Więc w następnej kolejności szły w kąt bluzki, koszulki, spódniczki i spodenki. No nie było nieprzyzwoicie. Rano po przebudzeniu człowiek wskakiwał w strój kąpielowy czy spodenki kąpielowe, które czasami nie zdążyły wyschnąć od wieczora. Zimna tkanina, która przechowała resztki wilgoci od poprzedniej kąpieli oklejała skórę nieprzyjemnym chłodem. Ale już po chwili rozgrzane  ciało pokonywało chłód oddając swoją energię materiałowi. Potem tylko czekało się na pozwolenie żeby wejść do wody. Bo z rana woda w rzece wydawała się bardzo zimna kiedy i poranek ciągnął chłodem. Rzeka spływała z wcale niedalekich Gór Świętokrzyskich i nie mogła być ciepła. A więc jak tylko słońce ogrzało powierzchniowe warstwy wody, Ciocia lub Babcia pozawalały nam na pierwszą kąpiel. Tyle tylko, że często ta pierwsza była jedyną. Bo ciągnąć się mogła do zmroku. Z przerwą na obiad. Mniej lub bardziej mokrzy wpadaliśmy do kuchni, pochłaniali obiad mocząc mokrymi pośladkami krzesła i znów do wody.
Mówiło się, że lipiec jest deszczowy.
I tak było. Mniejsze i większe chmury przychodziły nie gonione wiatrem, przypływały spokojnie zasnuwając niebo szarością. Popadało chwilę a może dłużej a potem znów wracało słońce.
Czasami jednak zamiast małych szarych chmur nadpływała powoli ogromna, ołowiano ciężka, wróżąca coś groźnego. Wtedy szybko biegło się po bydło na pole, żeby zgonić je do obory, chowało pranie i zamykało okna. Wiadomo z burzą nie ma żartów. Już z dala widać było białe rysy na niebie.
Najpierw nadchodził wiatr. Gwałtowny, nieraz kładący małe drzewa niemal do ziemi. Kłaniały się żywiołowi zdane na jego łaskę. Liście i gałęzie swoim bolesnym SZSZSZU zagłuszały protesty traw.
Zaraz potem nastawała ciemność i ściana deszczu zasłaniała widok. Tylko błyskawice rozświetlały upiorną bielą mrok dnia. Tylko grzmot toczył się po ziemi jakby ta mruczała na nas w gniewie. Albo gwałtowne trzaski, jakby ktoś łamał świat na pół, oznajmiały, że kolejne drzewo uległo potędze natury i z pokorą przyjęło cios.
Dzień zamieniał się w pole bitwy, żywioły toczyły wojnę nie wiadomo przeciwko człowiekowi czy samym sobie. Ale pomału czas między kolejną błyskawicą a uderzeniem pioruna wydłużał się aż w końcu burza znikała w oddali.
Słońce po burzy miało inny kolor. Intensywnie przenikało przez nasycone ozonem powietrze. Jeszcze na horyzoncie pozostawał cień i mrok odchodzącej nawałnicy a na podwórku już kury otrzepywały pióra i wyłaziły z ukrycia. Kształty nabierały intensywności jakby ktoś obrysował granice przedmiotów ołówkiem. Świat nabierał oddechu zadowolony, że tytani oszczędzili nas i przenieśli się dalej. Drzewa i trawy cichły zmęczone targaniem gwałtownych porywów wiatru i wychłostane strugami deszczu. A my wychodziliśmy na podwórko, żeby znów zagarnąć, na chwilę oddany mały wszechświat.
Wychodziliśmy ze świadomością potęgi jakiej byliśmy świadkami, z odczuciem fascynacji i zarazem ulgi, że wszystko wróciło do normy i świat znów jest bezpieczny.


czwartek, 22 listopada 2018

Zapachy

 zdjęcie z internetu (Baba na wsi)


To dziwne uczucie zawsze mnie zaskakuje. Idę schodami na trzecie piętro bloku do mieszkania moich rodziców. Wciągam nosem powietrze i nagle przenoszę się lata wstecz do miejsca i czasu, który dawno minął. Zapach, nigdy tak naprawdę nie zapomniany, powraca falą wspomnień.
Skąd, dlaczego, jakim sposobem on właśnie tutaj, na klatce schodowej bloku z wielkiej płyty w środku dużego miasta ? Czy gospodyni użyła szczególnego środka do mycia schodów czy może ktoś, za drzwiami swojego mieszkania tworzy jakąś potrawę a zapach osmotycznie przenika na korytarz ?
Czy wiecie jak pachnie mąka ? To jej zapach wciska się w moje nozdrza niewiele robiąc sobie ze swojej nieadekwatności w tym miejscu. 
Zapach to bodaj najmocniejszy impuls przywołujący wspomnienia. A w Życinach było pełno zapachów.
Młyn. Od zawsze domena mężczyzn w rodzinie. Ciocia lub Babcia zaglądały tam tylko aby  wyciągnąć swoich zapracowanych mężów na posiłek. Co innego my, dzieci. Nam było wolno pałętać się pomiędzy workami ziaren przygotowanych do przemiału albo workami mąki gotowych do odbioru. Po lewej stronie od wejścia stały duże wagi. Na nich ważono ziarno przed zmieleniem i mąkę po przemiale. Na nich też uczyłam się matematyki, ważąc albo siebie albo najróżniejsze przedmioty jakie wpadły mi w ręce. Odważniki były od ogromnych po malutkie gramowe. Najcięższy o ile pamiętam był pięćdziesięciokilogramowy. Może były większe ale pewnie z racji ciężaru poza moją uwagą. Dalej drewniane rury biegnące przez wszystkie piętra młyna, którymi przesypywało się ziarno czy mąka, skomplikowana maszyneria, nawet słaba żarówka zwisająca na kablu z sufitu, wszystko pokryte mącznym pyłem. I jego zapach. Nie do pomylenia z niczym innym. Dla jednych zapowiedź chleba, dla mnie zapach dzieciństwa. Obudził moje zmysły na klatce schodowej bloku.
Ale nie jedyny.
Niedawno w moim mieście poszerzano koryto rzeki w trosce o zwiększenie bezpieczeństwa przy  powodziach. Stworzono płytkie, szerokie zatoki gdzie woda stoi nie poruszana prądem, wciśnięta w ląd. Rozwijające się tam życie, powolna ekspansja roślin, stworzyła aromaty ni to jeziorne ni rzeczne.
Oprócz głównego koryta rzeki Czarnej, były jeszcze stare fragmenty zakoli, odcięte od jej biegu, porośnięte pałką, trzciną i turzycą przy brzegu. Siedlisko nie tylko ryb ale i czapli. W głębi toni widać było wstęgi wodorostów, a po wierzchu pływały gnijące liście, opadłe z przybrzeżnych drzew. Kiedy popołudniami szłam na spacer w stronę tych zapomnianych fragmentów rzeki, jeszcze nie dochodząc do jej brzegów, czułam zapach trochę mułu, trochę stojącej wody i gorzkawą nutę czarnych olch. Dzisiaj wędrując wzdłuż biegu zupełnie innej rzeki wspominam tamte aromaty.
I jeszcze bodaj mi najdroższe zapachy. W drodze do pracy przechodzę przez podwórzec Uniwersytetu Przyrodniczego. Mijam pomieszczenia dla zwierząt przywiezionych do kliniki na leczenie i nieomylnie odgaduję tożsamość ukrytych przed moim wzrokiem mieszkańców boksów. Wyczuwam ich charakterystyczny ślad zapachowy. Znów powracam do obór, stajni, chlewni i kurników. Znów przysiadam na progu obory zafascynowana życiem. Tym powolnym, dostojnym, nieświadomym swego celu. Liczę przybyłe żółte kulki nowonarodzonych piskląt w kurniku lub ostrożnie wsadzam głowę do stajni z szacunkiem przyglądając się narowistemu kasztankowi. I dlatego teraz, przystaję w drodze do pracy, aby jeszcze przez chwilę zatrzymać obraz przywołany wonią życia.
Jest taka woń nie do podrobienia. Woń szopy, rupieciarni, składziku na wszystko. Zapach drewnianych ścian pomieszany z rzeczami odłożonymi na potem. Zapomnianymi, pokrytymi kurzem i pajęczyną. Kiedy weszłam niedawno do przydomowej szopy remontowanego poniemieckiego domu, przeniosłam się natychmiast na podwórko dziadków. I chciałam tam zostać jak najdłużej wspominając tamtejszą szopę. Zawalona przedmiotami, które już skończyły swój przydatny żywot ale nie zasłużyły na unicestwienie, wytwarzała woń zapomnienia. Leżały tam porzucone narzędzia ogrodnicze, części od maszyn, stare wiklinowe kosze z sypiącymi się brzegami, połamane koryta dla bydła, urządzenia, których przeznaczenia nie poznałam i przedmioty, które na pewno miały się przydać ale czas i ludzie o nich zapomnieli. Pokryte pyłem mijanych bezproduktywnie lat, stanowiły jedynie doskonały dom dla pająków wijących swoje sieci w mroku i ciszy składziku. 
A zapachy zapomniane w dzisiejszym świecie ?
Jak wytłumaczyć zapach świeżo wydojonego mleka. Woń sierści zwierzęcej, ciepłą, kojącą i słodkawy posmak życiodajnego płynu.
Jeszcze mogę wypełnić dom aromatem zaczynu na chleb, ale nie stworzę zapachu rozgrzanego pieca opalanego drewnem, pomieszanego z wonią pierwszych bochenków wyciąganych z jego głębi.
Tylko w mojej pamięci żyje jeszcze mydlany zapach domu, i zapach krochmalu gotowanego w wielkich baliach z dodatkiem błękitu, kiedy nadchodził czas prania.
Nawet tak szkodliwy (dzisiaj to wiem) zapach azotoksu, którym spryskiwano psy aby wytępić bytujące w ich sierści pchły. Nawet on jawi mi się nostalgicznie i do dzisiaj nie czuję w nim zagrożenia.
Jest ich pełno wokół mnie. Odmienione w miejskiej przestrzeni. Czasami powtórzone dokładnie w drodze po polach i lasach. Czasami przeniesione w zaskakujące miejsca albo odtwarzające stare krajobrazy.
Zapachy. Żyją we mnie, nieraz uśpione. Wystarczy jedna drobina, mały okruszek, który wciśnie się w nozdrza abym znów zawędrowała tam gdzie działo się życie w swej czystej postaci. Bez spalin, smogu, ze słońcem i deszczem, z drzewami i zwierzętami. Działo się w pełni.

piątek, 12 stycznia 2018

Jeszcze o mojej Babci

Babcia Marysia  ( po lewej) do końca życia lubiła zabawy
 

Za mąż wyszła w wieku 18 lat. Nie wiem ile wiedziała o życiu. Na pewno niewiele widziała, choć zawsze ciągnęło ją do świata. Żyła na wsi, gdzie chałupy kryto strzechami i niejednokrotnie spano w jednej izbie z "gadziną". Ale nie ona. Ona pochodziła z tak zwanej gospodarskiej rodziny. Zasobnej. Murowany dom, stodoła, obora i sporo hektarów ziemi. Tyle tylko, że jej zasobność zależała od punktu widzenia.
To nie był jej wybór. Wybrał ją Dziadek Daniel. Za urodę, wdzięk, odmienność na tle szarzyzny kieleckiej wsi. Roześmiana, od zawsze rozpieszczana w rodzinie. Najmłodsza, najładniejsza, najbardziej hołubiona przez rodziców. Marysia, Marysieńka. Były jej jeszcze w głowie harce, zabawy, flirty kiedy zauważył ją Daniel i upatrzył sobie na żonę. Kręciła nosem. Ale wola rodziców w jej czasach była najważniejsza. Szczególnie jeśli trafiała się dobra partia. A partia była dobra.
Stateczny, poważny, spokojny i trochę starszy. No i młynarz z rodziny młynarskiej od pokoleń. Ojciec powiedział - Tak i w końcu przekonał Marysię. Co prawda z drugiej strony, matka Daniela, nestorka rodu, która dzierżyła władzę żelazną ręką, niechętna była wyborowi syna. Bo właśnie dla niej gospodarska córka to za mało. Sama zajęta gromadzeniem i mnożeniem majątku, chciała młynarzównę z sąsiedniej wsi aby powiększyć zasobność rodziny. Ale nie było siły na upór syna. I tak to w wieku 18 lat Marysia stała się żoną Daniela.
Potem przyszło zwykłe życie, dzieci, obowiązki.
Czekała ich jeszcze niejedna zawierucha w życiu. Nastała wojna, ucieczka przed frontem, tułaczka z dziećmi po obcych ludziach, głód i choroby. A kiedy w końcu dotarli z powrotem do domu, znów trzeba było stawać na nogi.
Jednak Marysia nie przestała marzyć o wielkim świecie. W tym jednym Daniel był bliski jej marzeniom. I jego ciągnęło do świata. Ale świata nowinek technicznych, wiedzy, polityki. Kiedy tylko mógł oderwać się od pracy, szukał w radiu informacji o świecie, rozczytywał się w Młodym Techniku, jeździł na zakupy z Marysią do miasta. Nawet do Katowic bo wiadomo, że tam zaopatrzenie lepsze, dla górników. Małomówny, skryty, typowy introwertyk, nie dzielił się swoją wiedzą z innymi. Za to Marysia była jego przeciwieństwem. Błyszczenie w towarzystwie, tańce, zabawy to był jej żywioł. A więc nie pozostawało nic innego jak godzić się na coroczne wielkie zabawy z okazji jej imienin. Tym bardziej, że jako gospodyni  nic nie można jej było zarzucić. Pracowita i solidna - wszyscy o tym wiedzieli. Zadbane, czyste krowy (co nie było taką oczywistością w oborach, gdzie gnój wyrzucało się raz, dwa razy w roku a krowom rano podsypywało się tylko świeżą ściółkę na ich nocne placki), kurnik pełen drobiu wykarmionego przednim ziarnem, którego zawsze były pełne "sąsieki" w spichlerzu i spiżarka z zapasami jedzenia. Małe poletka warzywne i przydomowe ogródki z kwiatami też świadczyły za nią.
A więc 15 sierpnia, co roku, większe meble wynoszono z pokoju do stodoły, mniejsze odsuwano pod ściany, zwijano dywan i gotowano miejsce na tańce. Kuchenny stół, połączony z tym pokojowym, wyjeżdżał na środek kuchni aby pomieścić licznych gości.
Było ich naprawdę wielu. Moje oczy dziecka gubiły się w mrowiu twarzy, które znały mnie ale ja nie rozpoznawałam niemal żadnej. Ciotki i wujowie dalsi i bliżsi. Z sąsiednich wsi i Ci z daleka, z Buska. Znajomi gospodarze, zaprzyjaźnieni sąsiedzi. Głośne, wilgotne całusy i poklepywanie po plecach. Gwar, śmiech, zamieszanie. Stoły zastawione potrawami na ciepło i na zimno ( Marysia nie darowałaby sobie gdyby czegoś nie starczyło) i obowiązkowo butelki wódki aby dobrego humoru nie zabrakło nikomu. A kiedy pierwszy apetyt został zaspokojony i pierwsze butelki alkoholu opróżnione, wyrywała Marysia na parkiet do czekającego pokoju, porywając za sobą innych. Zabawie przygrywał akordeonista niestrudzenie grający, póki starczało chętnych do tańca.
Na parkiecie królowała Marysia. Mimo, że już zaliczana bardziej do matron niż młodych mężatek, nikomu nie ustępowała w drobieniu w oberku, w przytupach i obrotach. Spódnica furczała, buciki śmigały a jej twarz promieniała życiem. Każdy chciał zatańczyć z solenizantką, więc partnerów do tańca jej nie brakowało. A że tańce żwawe i porywające, to raczej nie było stojących pod ścianą. Oczywiście Daniel odtańczał ze swoją żoną kujawiaki, walczyki, polki i oberki. Choć chętniej wdawał się w rozmowy z gospodarzami o polityce albo cenie zbóż. Dysputy podlewane co i rusz kolejnym kieliszkiem gorzałki, przybierały z czasem coraz głośniejsze formy.
A kiedy temperatura zabawy rosła, pojawiały się swawolniejsze tematy i obyczaje. Kiedy zmordowani tancerze wracali do stołu aby znów zasiąść do biesiady, rozpoczynały się droczenia między kobietami i mężczyznami.  Od tej chwili strony zaczynały przerzucać się złośliwymi przyśpiewkami skierowanymi do przeciwnej płci.
"Od kamienia do kamienia tu żadnego wujka nie ma
Wujki siedzą, spoglądają, gdzie tu więcej wódki dają" śpiewały kobiety.
Mężczyzna zaczepiony frontalnie mógł odśpiewać
"Skorołeś mie Boże za te moje zbytki, dołeś mi kobite jaki pieron brzydki".
I wszystko przeplatane rubasznym śmiechem w dowód uznania dla celnej riposty.
Mistrzynią przyśpiewek była stryjenka Wackowa. Żona stryja Wacka, który razem z Danielem, zgodnie jak przystało na braci, prowadził młyn w systemie tydzień na tydzień. Stryjenka zaliczana do kobiet wesołych, lubiących zabawę, świetnie radziła sobie w sytuacjach towarzyskich. Potrafiła, kiedy repertuar znanych piosenek wyczerpywał się, tworzyć na poczekaniu kolejne śmieszne teksty. I tak zabawa toczyła się na zmianę przy stole i na parkiecie, do białego rana. A potem towarzystwo, które miało za daleko do domu lub zbyt splątane nogi, zalegało w stodole na sianie, donośnym chrapaniem obwieszczając światu swoje istnienie.
Pętałam się między nogami dorosłych, mimowolnie chłonąc atmosferę wiejskiej zabawy, nieświadoma z jaką nostalgią będę dzisiaj wspominać Babcię Marysię, Dziadka Daniela, ciotki i wujków. A przede wszystkim tą radość i rozhukanie emanujące ze wszystkich. Z jakim rozrzewnieniem wspomnę  noc spędzoną na sianie w stodole, jakby nie było, wśród pijanych biesiadników.
Przyjmowałam jako oczywistość otaczające mnie wiejskie bachanalia, nie wiedząc, że dzisiaj będę ich szukać li tylko we własnych wspomnieniach.

czwartek, 19 października 2017

Wykopki


z internetu.Wykopki dawniej. Głos Wielkopolski

Przez całe lato chodziłam z Babcią lub Ciocią pielić rzędy ziemniaków na polu za domem. Żeby chwasty nie zagłuszyły posadzonych roślin. Wyrywany perz czy trawa lądowały w koszu aby stać się dodatkową paszą dla krów.
Piaszczyste górki usypanych rzędów i przerwy między nimi jak dróżki między drogami. Palące słońce na grzbiecie i koniki polne grające wśród traw na pobliskiej łące. A niedaleko piaszczyste zbocze lasu i powiew sosnowego powietrza. Wciąż mam ten obraz we krwi. I jeszcze chodzenie między rzędami ze słoikiem z wodą i zbieranie "amerykańskiej zarazy". Pasiasty chrząszcz pożerający ziemniaczane liście. Nie miałam dla niego dobrych uczuć. Raczej poczucie satysfakcji kiedy kolejnego szkodnika lub jego białą, tłustą larwę wrzucałam do słoika. Pierwsze podbierane bokiem ziemniaki, tak żeby nie uszkodzić rośliny i ich smak na talerzu z kubkiem kwaśnego mleka. Wspomnienia gorące, letnie, przepełnione zapachami i dźwiękami.
A potem przychodziła jesień. Zielone pędy wystające z grządek więdły i brązowiały.

Wykopki. Kiedy zamykam oczy widzę czerwono zachodzące słońce, czuję skostniałe dłonie a potem nadchodzący zmrok. Wóz ciągnięty przez konia, który co jakiś czas przesuwał się do przodu za posuwającymi się ludźmi.
Ubrana byłam w ciepły sweter i kurtkę. Szyję owiniętą miałam szalikiem a na nogach gumiaki. A i tak czułam przenikający mnie chłód. Trochę bolący kręgosłup od ciągłego schylania się. Bo głównie zbierałam do dużego ciemnobrązowego, wiklinowego kosza wykopane ziemniaki. Ale pamiętam, że jako nastolatka pracowałam też motyką.
Nasze pole ziemniaków za domem nie było na tyle duże, żeby wprowadzać sprzęt do kopania. Prace wykonywaliśmy ręcznie, całą rodziną nieraz z pomocą sąsiadów. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Tyle tylko, że dzieciom pozwalano albo na wolniejsze tempo albo dłuższy odpoczynek.
Każdy miał swój rządek. Z motyką w ręku podważał krzak ziemniaczany, chwytał łęty "za głowę" i wyciągał z ziemi jeszcze przyczepione do długich pasm korzeni bulwy. Potem otrzepywał krzak i odrzucał na bok. Ziemniaki odpadały od korzeni i lądowały na ziemi pod nogami. Resztę bulw wykopywano przegrzebując ślad po roślinie motyką.
I to było piękne. Wydobycie na światło dzienne ukrytego w głębi ziemi bogactwa. I ten moment fascynacji, kiedy po raz pierwszy wyłaniają się na wierzch, przeróżnych kształtów i wielkości kule, owale czy dziwne kształty.
Odkrywanie tajemnic ziemi. Zaglądanie w nieznane, co dzieje się przez długie miesiące poza naszymi oczami. W ciszy i cieple piaszczystych rzędów powiększające się zapasy. Zapobiegliwość przyrody, celowość i mądrość. Nie nazywałam rzeczy tymi słowy. Jedynie zachwyt, jedynie zdumienie, jedynie szeroko otwarte oczy.
A wszystko w zmroku końca dnia. Bo choć praca trwała od rana, moja pamięć zachowała tylko pojedyncze obrazy. Nie odtworzę całego ciągu zdarzeń.
Ale widzę płonące ogniska z pozbieranych, wysuszonych łętów ziemniaczanych i snujący się nisko nad ziemią albo wznoszący się leniwą smugą ku górze, dym.
Pamiętam skostniałe palce i zimną ziemię, w którą zanurzałam dłonie w poszukiwaniu-no właśnie- bulw nie ziemniaków. Ziemniakami stawały się dla mnie w koszu, na wozie albo potem w stertach zrzuconych z wozu do zdołowania.
Mężczyźni wykopywali za domem, na skraju ziemniaczanego pola, duży dół. Do niego zrzucano ziemniaki i przysypywano słomą i ziemią wydobytą przy kopaniu. Jeszcze robiono wywietrzniki sięgające w głąb kopca, jakąś przemyślną wiejską metodą, której dzisiaj już nie odtworzę. Bo kopiec musiał oddychać.
Tak działo się z nadmiarem. Na początek jednak zrzucano ziemniaki do piwnicy pod stodołą. Otwór w podłodze stodoły prowadził wąskim tunelem do najgłębszej części piwniczki. I taką drogą ziemniaki trafiały do chłodnych warunków zimowania.
Ale wróćmy jeszcze na chwilę na pole. Do utrudzonych dorosłych i zmęczonych dzieci. Bo na koniec czekała wszystkich nagroda. Pieczone w żarze przygasających ognisk ziemniaki. Któż nie zna ich smaku. Zwęglonej skórki brudzącej palce na czarno i delikatnego parującego miąższu w środku. Grudki masła roztapiającej się na połówce kartofla i białych kryształków soli na wierzchu. Pieczone ziemniaki zawsze smakują wybornie. Ale przy ognisku o zmroku, po całym dniu pracy, na ziemniaczanym polu, jedzone wśród bliskich, smakują najlepiej.

piątek, 7 kwietnia 2017

Rów chaniecki



nad chanieckim rowem z kwiatem grążeli w dłoni
 
Na chanieckich polach był Rów. Niewiadomego pochodzenia. Z jednej strony bardzo głęboki. Mówiło się, że nie da się zmierzyć jego głębokości. Idealne miejsce do łowienia linów, szczupaków, okoni.
Wyrastał w środku łąk chanieckich, na tyle daleko od jakichkolwiek innych zbiorników wodnych, że trudno go było wiązać z nimi. Po prostu na równej płaszczyźnie łąk, nagle natrafiałaś na długi rów wodny, który wypłycał się ku końcowi, uchodząc strumykiem do rzeki.
Brzegi były porośnięte czarną olchą rozciągającą swe gałęzie nad lustrem wody. Od strony toni brzeg porastała pałka wodna a lustro w tej głębszej części pyszniło się pięknymi rozłożystymi liśćmi grążeli. Żółte kule kwiatów wystawały jak świece spośród nich kusząc swym powabem owady. Zawsze prosiłam Wujka aby mi urwał taki kwiat a On nie czekając, już się rozbierał, wskakiwał do wody i  po chwili wręczał mi go do ręki z uśmiechem. Na liściach grążeli przysiadały żaby. Nieraz widziałam też pliszkę maszerującą od jednego do drugiego jak po drodze. W słoneczne dni brzęczenie ważek krążących nad wodą i przysiadujących od czasu do czasu a to na pałce a to na grążeli, zdawało się być odgłosem dominującym nad całą przestrzenią. Zachwycona ich wielkością i lotem wpatrywałam się w ich skrzydła iskrzące się tęczowo w słońcu.
Ku końcowi rowu olchy przerzedzały się, pojawiały się  niskie krzaki a wodę porastała rzęsa. Tutaj odważałam się kłaść przy brzegu i wypatrywać początków długich łodyg moczarki kanadyjskiej niknących w toni. Im bliżej wypłycenia tym więcej było otwartej przestrzeni. Brzeg stawał się trawiasty i dochodził do samego lustra wody a wokół rozciągały się łąki.
Wybierałam się tam popołudniami z Wujkiem na ryby, kiedy nie było pracy we młynie. Przysiadałam przycupnięta koło niego, z podkulonymi pod brodą nogami i głową złożoną na kolanach, obejmując się ramionami napawałam się ciszą i spokojem. Dziwny to był czas. Zawieszony między końcem dnia a wieczorem, wypełniał się smugami mgły podnoszącej się nad łąkami, cichnącą przyrodą i chylącym się ku zachodowi słońcem, które grzało moje plecy. Cienie drzew wydłużały się kładąc na polach wąskie pasy szarości. Pomiędzy nimi zieleń barwiła się czerwienią późnych godzin dnia.
Czasami otoczona tą ciszą czekałam zdawało się w nieskończoność , na drgnięcie spławika, a czasami wystarczyło zarzucić wędkę by coś się złapało. Zawsze jednak z tym samym spokojem i w bezruchu trwałam u boku Wujka jak wierny pomocnik.
Jeszcze później, niemal pod wieczór, Wujek zasadzał się na liny, które właśnie o tej porze wychodziły na żer. To tajemnicza i bardzo ostrożna ryba, którą trudno oszukać i złowić. Tylko raz byłam świadkiem, kiedy Wujkowi udało się go pokonać.
Za to szczupaki, przemykające między łodygami moczarki i grążeli w poszukiwaniu zdobyczy, to już częstsze trofeum wędkarskie.
Przy drugim końcu rowu, gdzie robiło się płytko a brzegi nie były gęsto porośnięte olchą, było wiejskie kąpielisko. Była nawet niewielka piaszczysta plaża schodząca do wody. Raczej wydeptany bosymi stopami kawałek brzegu gdzie spod warstwy zieleni wyłaniał się piasek.
Tutaj w niedzielne podpołudnia zbierało się towarzystwo, głównie młode, z Chańczy i z Życin. Tak zwana kawalerka. Rozłożeni na kocach, plażowali, kąpali się , flirtowali. My też czasami przychodziliśmy z Ciocią i Wujkiem. Oboje jeszcze młodzi choć dla nas już starzy jak stuletnie drzewa. Oni gnani potrzebą kontaktu z innymi dorosłymi a ja z bratem na doczepkę. Ale przyznam, że peszył mnie tłum, nie czułam się swobodnie, mogąc być potencjalnie obserwowana przez innych. Przyzwyczajona do swobody i luzu bycia samą, źle znosiłam liczne rzesze innych użytkowników przestrzeni. Na dodatek przywykłam do myślenia, że całe to królestwo należy do mnie, skoro nikogo nie widać wokół i buntowałam się wewnętrznie przeciwko obecności innych. Za to brat uwielbiał tam pływać. Były tu lepsze warunki niż w rzece. Cieplejsza woda, większa powierzchnia lustra wodnego nadającego się do pływania i towarzystwo innych chłopaków, z którymi można było iść w zawody np. w skakaniu na główkę.
W takich chwilach przytulona do Cioci, zamieniałam się w obserwatora wiejskiego życia towarzyskiego i cierpliwie czekałam na koniec plażowania. A potem z radością wracałam do domu. Do penetrowania otoczenia i oglądania świata tylko w pojedynkę.
 

piątek, 17 lutego 2017

Chleb

zdj. z internetu.

Jak zbieranie okruchów chleba tworzę nowy obraz w pachnące bochenki, w żar bijący od pieca. Ich pulchne, okrągłe kształty zaścielające stół, ławę pod piecem i nawet krzesła, dawały poczucie pewności jutra.
To były czasy niezwykłe, kiedy każdy mógł mienić się szewcem, stolarzem, piekarzem a nawet budowniczym. Nie było specjalistów pod ręką więc każdy na własną rękę zdobywał wiedzę i umiejętności aby zapewnić sobie i bliskim wygodne, na miarę czasów i możliwości, życie. Ludzie potrafili wyrabiać żywność, budować domy, robić meble. A już na pewno każda gospodyni potrafiła piec chleb. Sposobem domowym, według tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Te podstawowe umiejętności tworzyły się wraz z dojrzewaniem, bo dzieci były zawsze na wsiach zaprzęgane do obowiązków. Tak wpajano im wiedzę praktyczną, że po osiągnięciu dojrzałości każdy dysponował pakietem umiejętności pozwalającym im bez usterek wkraczać w dorosłe życie.
Zapewne moja Babcia piekła chleb jak nauczyła ją Matka a ta wiedzę przejęła od swojej.
Zapewne w każdym domu były jakieś specyficzne, tylko jemu przypisane rytuały.
Pieczenie chleba zaczynało się od świtu. Było zajęciem ważnym i pochłaniającym całą uwagę gospodyni. Jak pranie angażowało nieraz całą rodzinę, tak pieczenie odbywało się w skupieniu i ciszy. Przecież ciasto musi wyrosnąć i gospodyni nie  mogła dopuścić aby opadło. A więc cisza i spokój. Żadnych pokrzykiwań, hałasów, bieganiny.
W piecu kuchennym rozpalano o świcie aby nagrzał się należycie i równomiernie a potem uzyskał temperaturę odpowiednią dla chleba. Czasami trzeba było poczekać aż ostygnie, czasami aż podgrzeje się jeszcze odrobinę.
Chlebowy piec. Miał duchówkę sięgającą daleko w głąb, na długość drewnianej łopaty na trzy bochenki, specjalnie przeznaczonej do pieczenia chleba. Nieraz po zakończeniu pieczenia, kiedy piec prawie ostygł, zakradały się do niego koty aby wykorzystać ostatki ciepła. Tak więc przed ostatecznym zamknięciem drzwiczek zawsze sprawdzano czy aby na pewno duchówka jest pusta.
Babcia przynosiła ze spichlerza dzieżę, w której przechowywała resztki poprzedniego ciasta. Nigdy bowiem dzieża nie była myta po zakończeniu pieczenia. Jej drewniane ścianki pozostawały oblepione resztkami ciasta i w takiej formie naczynie było odstawiane do następnego użycia. Tymczasem ciasto w chłodzie i ciemności spichlerza wysychało na ściankach, tworząc kruchą warstwę gotową do odnowienia po dodaniu ciepłej wody. Tym sposobem, nie wiedząc nawet o istnieniu tego procesu, Babcia używała formy liofilizowanej zaczynu, pozbawiając go wody. Genialnie proste i jakże trwałe. Już wtedy wiedziano, że co wysuszone ma najdłuższą trwałość. Czy mięso, czy owoce, czy warzywa. A więc niech żyje wiedza zdobywana przez lata praktyki.
W takiej dzieży po dodaniu ciepłej wody z odrobiną świeżej mąki, znowu pojawiało się życie. Uśpione drożdże znów pokazywały na co je stać. Pod przykryciem ściereczki w naczyniu zaczynało buzować. Potem kolejna porcja mąki z wodą i mieszanie, mieszanie, mieszanie.
Rękawy zawinięte po łokcie. Babcia wspierająca się jedną ręką o krawędź naczynia, drugą wykonywała okrągłe gesty dłonią oblepioną ciastem. W głąb, zagarnąć, do siebie ku górze, zwiniętą w pięść dłonią w dół, lekkie przekręcenie okręgu beczki, znowu w głąb, zagarnąć, do siebie ku górze i w dół. Mocno stała na nogach wsparta na podłodze, wrośnięta w ziemię, w historię domu, w tradycje rodziny. Plecy pochylone bardziej przy zagarnianiu, lekkie wyprostowanie kiedy ręka wędrowała ku górze.
Rytm. Pokolenia pracujących kobiet. Setki bochenków, które właśnie w tym rytmie odnajdowały swój pierwotny smak i zapach. Lekko drażniąca woń rosnących drożdży. Pył dosypywanej mąki unoszący się wokół, jak chmura otaczał tajemnicą powstawanie powszedniego, codziennego chleba, swą prostotą bijącego na głowę każdy wyczyn piekarski współczesnego świata.
Od świtu do zmroku. Rosły kręgi w misach drewnianych otulone lnianymi ściereczkami, aby za chwilę łopatą gospodarz wsadził je w żar pieca. Jeszcze tylko znak krzyża rysowany dłonią Babci na każdym bochnie, jeszcze ostatnie spojrzenie w głąb pieca, kiedy drzwiczki już się zamykały. Blask odbijający się na policzkach ludzi gdzie trud nie objawiał się w zniecierpliwieniu. Bo to cierpliwość  i pewność sensu malowała się na rozpalonych obliczach. A za chwilę brązowe pachnące krągłości, wydobywane z czeluści żaru lądowały na stole. I ten gest. Pocałunek złożony na skórce, zanim nóż dotknie jej a ta zajęczy z chrupotem ulegając jego mocy. Ze środka buchała para i mimo, że należało czekać, aż bochny wystygną, Babcia nie umiała odmówić nam pierwszej gorącej pajdy, na której masło rozpływało się na boki skapując po naszych łakomych palcach.

poniedziałek, 28 listopada 2016

zakupy

W tamtych czasach gospodarstwa były w dużo większej mierze samowystarczalne. Bo to i krowy (mleko, masło, sery) i kury (jajka, mięso) i świnie ( raz na jakiś czas wędliny samodzielnie wędzone), czasem kaczki i gęsi lub indyki. A dodatkowo, jak to we młynie : mąki, kasze, śruta dla zwierząt. Warzywa z ogródka, ziemniaki z pola.
Jednak mimo to czasami trzeba było jeździć na zakupy.
Najbliżej Życin był Raków.

fragment Rynku w Rakowie
z internetu www.rodzina.malanowicz.eu

i jego charakterystyczna niska zabudowa
z internetu www.rodzina.malanowicz.eu
 
Zaledwie trzy kilometry przez las. I tam właśnie wybierała się od czasu do czasu Babcia. Zabierała ze sobą dużą skórzaną, brązową torbę, zasuwaną na suwak i maszerowała o poranku, najczęściej przez las właśnie, na piechotę. Cóż to było te trzy kilometry. Zaledwie przechadzka. Za to wracała najczęściej autobusem, już dobrze koło południa niosąc wypchaną zakupami torbę. Kiedy wybierała się do Rakowa z jajkami na sprzedaż, wtedy w obie strony jeździła autobusem. Jajka od jej kur zawsze miały zbyt w małym sklepiku na rogu Rynku, do którego wchodziło się po schodkach.
Ach, te sklepiki ! Ich urok był dla mnie niezaprzeczalny. Przede wszystkim jednak zapach. Pomieszana woń  pomieszczeń przesyconych dziwnym, nie do określenia, aromatem przeżytych lat i towarów wystawionych na półkach. Wtedy sklepiki trwały niezmienione prze dziesiątki lat. Raz założone mogły być prowadzone przez kolejne pokolenia właścicieli. Niezmienione w swej prostocie, dopasowane do ludzi i czasów.
Tam, w owym sklepiku Babcia wykładała z koszyka jaja a sklepikarz liczył je i wypłacał ustaloną sumę. Oczywiście potem Babcia kupowała różne wiktuały. A dla mnie, jeśli wybrałam się z nią, lody włożone między dwa wafelki. Pyszne z kryształkami lodu w środku, kręcone domowym sposobem. Nie zawsze chodziłam z Babcią na zakupy. Często wybierała się do Rakowa zanim się obudziłam. Wtedy czekałam niecierpliwie na jej powrót.
Najdziwniejsze było to, że pod jej nieobecność dom się zmieniał. Jakby zabrakło w nim istotnego elementu. Cichł bez jej porannej krzątaniny, zamierał razem ze mną jakby zagubiony bez ręki, która kieruje, nadaje sens wszelkim działaniom. Nagle przybywało przestrzeni. Kuchnia z dużej stawała się ogromna i pusta. Kury wałęsały się po podwórku bardziej leniwie i jakby nie znając celu. A ja razem z psami i kotami wyglądałam na drogę szukając oznak ruchu, cienia jej sylwetki w oddali. A kiedy ją dostrzegłam, od przystanku autobusowego trzeba było jeszcze pokonać kawał piaszczystej drogi, ( asfalt wylano po tej stronie wsi dopiero w 2015 roku) biegłam naprzeciw, uwieszając się u jej ręki niepomna, że tym samym przysparzam jej ciężaru. No a potem, po wejściu do kuchni i postawieniu torby na stole, zaczynało się ekscytujące czekanie. Zaczynał się gwar i rozmowy dorosłych.
Babcia zawsze przywoziła ze sobą cukierki. Najczęściej zapakowane w papier zwinięty w zgrabny rożek. I jakoś tak się działo, że zazwyczaj grzebiąc za pozwoleniem dorosłych w torbie ( dziwnie bawiły ich moje poszukiwania) znajdowałam je dopiero na dnie torby, kiedy już wszystkie produkty zostały wypakowane. O nie, nie dostawaliśmy całego rożka. Radość była wielka kiedy każde z nas, brat i ja dostawaliśmy po dwa cukierki. Miały starczyć na długo i były dawkowane, tym większą sprawiając radość im rzadziej je dostawaliśmy. Zwyczaj trzymania pozostałych cukierków w torbie, Babcia zachowała do późnych lat. Być może sama była ich wielbicielką bo widywałam kiedy w wolnych chwilach ssała je cierpliwie aż do końca, nigdy łapczywie gryząc.
Z czasem zakupy stały się łatwiejsze, kiedy w domu przybył samochód. Wtedy to były wyprawy z Ciocią i Wujkiem za kierownicą i oczywiście z nami, bratem i ze mną. Wszak nie mogliśmy przepuścić okazji przejażdżki. Jednak i wówczas zakupy nie tyle kończyły się co zaczynały słodyczami dla nas, nabywanymi w sklepiku na rogu Rynku. Pamiętam kiedy raz Wujek przekonał mnie do  napicia się napoju z butelki zamykanej ceramicznym korkiem ze sprężyną, twierdząc, że to oranżada. Plułam dobre kilka minut kiedy po pierwszym łyku poczułam gorycz piwa. A on śmiał się razem z Ciocią i bratem z mojej pomyłki. Wyjazdy z nimi zawsze oznaczały coś radosnego. Nie gniewałam się, śmiałam się razem z nimi.
Dzisiaj również uśmiecham się wędrując uliczkami pamięci i wspominając lata, które tak szybko minęły.