piątek, 13 maja 2016

Z perspektywy trawy



zdj. z internetu www.globtroter.pl



Jestem pewna, że każdy z nas, w którymś momencie swojego życia leżał w trawie. Zanurzony, otoczony, ogarnięty zielonością.
Ja leżałam na łące, za rzeką w Życinach. W słoneczne dni, szczególnie przed południem, kiedy słońce nie paliło a grzało, kiedy już cała owadzia brać była na nogach i wszędzie wokół huczało, wrzało, wirowało od jej krzątaniny, stawałam na środku łąki. Tej na której palikowało się krowy, kiedy nie było czasu do ich pasania. Na niej była najbujniejsza trawa. Źródło dobra dla ludzi i zwierząt. Rozglądałam się wokół jakbym czegoś szukała, tak naprawdę nie szukając niczego. Zwrócona w stronę hanieckich lasów, mając przed sobą pola a za plecami rzekę i domostwo w pewnym oddaleniu, ( na tyle blisko aby czuć się bezpiecznie i na tyle daleko aby jego widok nie burzył dziewiczości łąk i pól) zatrzymana w biegu, zamierałam. Słońce łaskotało delikatnie skórę gołych ramion i nóg,  ogrzewało twarz a nade wszystko rozgrzewało powietrze wokół. Im niżej się schylałam tym mocniej czułam delikatną mgiełkę, falującą jak fatamorgana, unoszącą się ponad trawami. Coś ciągnęło mnie ku ziemi, coś nieodparcie nakłaniało do położenia się na ciepłym kocu źdźbeł trawy. Wyciągałam się jak długa. Rozkładałam ramiona i nogi jak do robienia bałwanka na śniegu i dopiero wtedy zaznawałam dziwnego spokoju. Jakbym nagle została wtopiona w gorącą parującą ziemię, tworząc tylko mały wzgórek jeszcze jednego życia. Życia należącego do całości, której nie umiałam nazwać ani ogarnąć, ale intuicyjnie wyczuwałam i pragnęłam jak Boga, kiedy w kościele usilnie próbowałam zmaterializować Go  pod jakąkolwiek znaną mi postacią. Nie mając pojęcia o boskości ani transcendencji,  z mojej piersi wyrywało się głębokie – aaach – wypuszczanego powietrza. Lekki półuśmiech mimowolnie wypełzał na usta a potem rozpływał się w spokoju i równowadze chwili. Wzrok błądził po niewielkich obłokach wędrujących przez błękit nieba. Przesuwające się chmury były jak teatr, tworząc dla mnie fantastyczne kształty i formy. Czy je nazywałam ? Nie wiem. Pamiętam jedynie własne w nie zapatrzenie. Nie potrzebowałam ludzi, nie pragnęłam ramion matki, nie rozglądałam się za towarzystwem rówieśników. Bo byłoby to tylko zakłóceniem harmonii.
Potem powoli zaczynałam rejestrować dochodzące zewsząd odgłosy. Szelesty , buczenia, cykania. Świat wokół mojej głowy żył w swojej mikroskali zapraszając do poznania tajemnic.
Ciekawość rosła i skłaniała mnie do odwrócenia się na brzuch. Nagle perspektywa się zmieniała. Przywrócona ziemi powracałam ze świata wielkości i nieogarnięcia do skali mikro, zaczynając podróż w drugą stronę. Niemniej fascynująca ale o wiele bliższa, powodowała, że z rozmiarów nic nie znaczącego pyłka zamieniałam się w Goliata. Zaczynałam odczuwać ciężar rozmiaru moich rąk i nóg. Własne palce delikatnie rozgarniające źdźbła trawy wyglądały jak kolosalne drągi brutalnie burzące porządek nie swojego świata. Pamiętam rozmiar swoich oczu, które nagle nabierały wielkości okien wobec mikrości oczu mrówki czy przemykającego żuka. I ta fascynacja i zachwyt, że oto jest mi dane oglądać jak mrówki zaaferowane ciągną zdobyczne igły z pobliskich sosen aby dołożyć jeszcze jedną cegiełkę do wspólnie budowanego mrowiska. Że widzę, jak pasikonik leniwie wędruje wzdłuż łodygi koniczyny aby wyprostować skrzydła i dać susa na wyniosłą łodygę gorysza. Jak pająk zaczaja się w kryjówce kokona u dołu pajęczyny czekając  na pierwsze drgnienie sieci zwiastujące kolejną ofiarę. Dziwne to było uczucie. Tak samo niezwykłe co niepokojące. Tym razem zamierałam z trwogi aby zminimalizować ewentualne straty w nie swoim świecie jak i z chęci, mimo wszystko, wtopienia się w ten świat. Chociaż w zasięgu ręki, był dla mnie bodaj równie niedostępny jak uniwersum.
Podwójna podróż. Jedna minimalizująca mnie do bytu niemal niedostrzegalnego w obliczu ogromu przestrzeni nade mną, powodująca, że nikłam wobec odległości dzielącej mnie od nieba. Druga sprawiająca, że rozrastałam się do rozmiarów góry wobec mikrości życia toczącego się w gęstwinie traw. Gdzie każda drobina piasku była głazem a liście i łodygi roślin tworzyły nieprzebyty gąszcz pełen tajemnic i zasadzek.


Kiedy dzisiaj ktoś poprosi mnie abym przeniosła się do najszczęśliwszego momentu mojego życia, pełnego spokoju i harmonii,  nieodmiennie pod powiekami pojawia mi się obraz życińskich łąk.



wtorek, 19 kwietnia 2016

kuracja na reumatyzm



Wakacyjny luz

Czy wiecie co mówią o pokrzywach ? Że leczą reumatyzm. Ja nie mam reumatyzmu.
To było oczywiście lato. Słonecznie i ciepło choć nie skwarnie. W tamtych rejonach, temperatury dochodzące do dwudziestu kilku stopni były normą. Jako, że tereny te podlegały wpływom klimatu kontynentalnego, powietrze było suche, wiejące od wschodu i temperatury nie męczyły tak bardzo jak te we Wrocławiu.
Taak, było ciepło. Za całe ubranie służyła mi spódniczka i naprędce wybrana koszulka z krótkim rękawkiem. Zarówno ja jak i brat przyjeżdżaliśmy na wieś obładowani walizkami z zawartością ubrań na całe lato a i tak zazwyczaj biegaliśmy w jednym zestawie wciąż od nowa pranym przez Babcię lub Ciocię. Na stopach nosiłam sandałki z dwoma poprzecznie biegnącymi paskami zapinanymi na szlufki, mimo, że zazwyczaj biegałam boso, które dopełniały stroju.
Było popołudnie. Pamiętam z lekka wydłużone cienie drzew i krzewów. Paśliśmy krowę we trójkę. Ja, brat i Lidka. Pasało się głównie po południu kiedy temperatury spadały i krowom było lżej. Wtedy też chętniej jadły trawę i nie musiały skupiać się na oganianiu przed bąkami. Pod wieczór doskwierały co najwyżej nam komary ale z tymi radziliśmy sobie pozostając w ciągłym ruchu. Bo co robić w czasie pasienia? Zawsze znalazła się jakaś zabawa. A zabawą mogło być wszystko.
Tym razem pogoniliśmy krowę na tereny nad rzeką koło strumienia, gdzie trawa była gęsta, blisko wody a wokół porastające młode olchy dawały cień i schronienie.
To była taka mała górka, niedaleko domu, niemal tylko wybrzuszenie terenu z niewielkim poletkiem trawy. Schodząc w dół, dochodziło się do zbiegu rzeki i strumienia. Zaś idąc odwrotnie do biegu strumienia można było wrócić w stronę wsi. Po obu stronach strugi zalegała ziemia żyzna, czarna i gęsta. Utworzona z gnijących olchowych liści porastających obie jej strony, stanowiła żerowisko kur szukających dżdżownic. Zresztą i my, właśnie tam zdobywaliśmy dżdżownice przed pójściem na wędkowanie. Tyle, że kurom było łatwiej ich szukać pomiędzy pokrzywami gęsto porastającymi teren pod olchami. Rosły sobie przez nikogo nie tępione, niemal wzdłuż całego strumienia.Wtedy uznawane były jedynie za uprzykrzone chwasty lub ewentualnie pokarm dla świń. Czasami ktoś wykorzystywał je jako bicze do walki z bolącymi stawami zgodnie z wiarą, że wygonią reumatyzm. Ale nikt nawet nie pomyślał, że mogłyby być źródłem pokarmu dla ludzi. Że można jeść je w formie sałatki ? Przenigdy.
W tych czasach krowa była tylko jedna w obejściu. Duża, czarno biała, rozpieszczona karmicielka rodziny.
Zdarzało się, że dostała od Babci sztachetą po zadzie kiedy wlazła w szkodę albo uciekła wabiona potrzebą ruchu i zaznania przestrzeni. Częściej jednak słyszałam od Babci słowa szorstkiej troski skierowane do bydlątka kiedy przychodziła wieczorem na udój. Było między nimi porozumienie i szacunek. Miałam wrażenie, że nawet kiedy obrywała od Babci baty, nie winiła jej i rozumiała, że jej się należą.
Lubiłam pasać krowę. Lubiłam to wielkie powolne zwierzę skubiące spokojnie trawę i sapiące z cicha. Lubiłam przykładać nisko głowę do darni na jej drodze i czekać kiedy przybliży do mnie swój pysk, żeby poczuć jej słodkawy zapach. Nawet krowie placki nie były obrzydliwe. Po prostu należało pamiętać aby je omijać a jak się w nie weszło to przecież rzeka była niedaleko i wystarczyło opłukać nogę. Oczywiście nie obywało się w tych momentach od głośnego - bleee - i śmiechu współtowarzyszy. A kiedy człowiek zaaferowany zajmował się zawodami wymyślonymi naprędce, aby urozmaicić czas pasania, to o nieuwagę było łatwo.
Do zabawy służył nam wycięty kij olchowy. W miarę prosty i gruby mniej więcej jak nasze kciuki.
Rzecz polegała na tym aby jak najdłużej utrzymać kij w pionie na wyciągniętym palcu wskazującym. Balansowaliśmy i palcem i całym ciałem wykonując drobne kroczki na nierównym terenie, przypominając małych tancerzy w swych ruchach. Te właśnie niezamierzone pląsy wzbudzały w nas radość i rozbawienie.
Przekrzykiwaliśmy się, dogadywali sobie i wołali - skuś babo dziada - cokolwiek to  miało znaczyć
Krowa w tym czasie zadowolona, że ma towarzystwo, pasła się spokojnie ciągnąc za sobą długi łańcuch obwiązany  z jednej strony wokół jej rogów a z drugiej puszczony wolno. Na końcu miał metalowy szpikulec do palikowania. Wbijało się go w ziemię ograniczając pole zasięgu języka krowy ale i uniemożliwiając jej samodzielne wędrówki. Kiedy była pasana, łańcuch ciągnął się za nią, trochę spowalniając jej chód i dając znać o jej obecności odgłosem szurania po trawie.
Byliśmy akurat w środku bojów o laur króla sprawności w utrzymywaniu kija na palcu, kiedy nagle... krowa ryknęła znienacka i nie oglądając się na nic, skoczyła w dół górki i pobiegła wzdłuż strumienia. Ja miałam najszybszy refleks a może czułam się bardziej odpowiedzialna od innych bo jako pierwsza rzuciłam się za nią chcąc złapać. Zdążyłam jedynie chwycić koniec łańcucha i poczułam szarpnięcie kiedy krowa nie dała się spowolnić i pociągnęła mnie za sobą. Oczywiście żadne - stój, stój ! - wykrzykiwane przeze mnie nie dawały rezultatu. Gnała przed siebie jakby ją diabli gonili. A przede mną chaszcze pokrzyw, w które wbiegła nie oglądając się na nic.
Nie puściłam. Moja determinacja była większa od bólu łydek i ramion chłostanych pokrzywami. Modliłam się tylko aby zatrzymała się zanim dobiegniemy do drogi przecinającej wieś w poprzek. Bo co jeśli będzie jechało auto?
Ale ona nie wiedzieć czemu, kiedy już pokrzywy zaczynały rzednąć, złośliwie zawróciła w stronę rzeki.
Zapierałam się, z zaciśniętymi zębami, wpierałam piętami w grunt ale gdzież porównywać moje wysiłki do siły krowy?
Zwolniła trochę kiedy teren koło domu, do którego zdążyłyśmy dobiec, lekko się podniósł. Już miałam nadzieję, że tu skończy swój bieg, kiedy znowu nabrała rozpędu kierując się do rzeki. Czułam wyraźnie gdzie zaczynają się moje ramiona zmęczone wysiłkiem, a nogami przebierałam tak szybko, że niemal wzlatywałam. Moja rozpacz rosła a siły malały.
- Jak dam radę ją zatrzymać?
- A jeśli wskoczy do rzeki? Przecież mogę utonąć jak mnie pociągnie za sobą?
Nie przyszło mi do głowy , że po prostu mogę puścić łańcuch.
Przełykałam łzy, które nie wydostały się na zewnątrz bo nie da się płakać i zapierać nogami, niemal frunąc za oszalałą krową, uczepiona jej łańcucha.
Właśnie mignął mi ganek przed oczami kiedy biegliśmy przez plac przed domem, kiedy z domu wyskoczył Wujek i dopadł łańcuch ze mną na końcu i krzyknął
- Puść !!!
Nie było chętniejszego dziecka do wykonania tego rozkazu. Puściłam, nadal mając wyciągnięte ręce przed siebie.
Tymczasem Wujek zastopował krowę tuż przed taflą rzeki  i spienioną, jeszcze z obłędem w oku odprowadził do obory.
To brat z Lidką pobiegli do domu zawiadomić o ucieczce krowy, jak tylko znikłam im z pola widzenia w chaszczach pokrzyw.
To co mnie wydawało się wiecznością, było zaledwie chwilą, która wystarczyła im do dotarcia do domu i zawiadomienia dorosłych o kłopocie, kiedy ponownie znalazłam się, przed budynkiem, udając pogromcę krowy.
Co się okazało? Oczywiście wszystkiemu winien był prawdopodobnie jakiś opóźniony giez, który wybrał sobie taką nieprzyzwoitą, popołudniową porę na żer, zamiast polować w największy skwar w południe.
A ja? Po gonitwie przez pokrzywy już nie musiałam obawiać się, że dopadnie mnie reumatyzm.
Jeszcze kilka dni bąble na mojej skórze dawały znać o sobie zmuszając do ciągłego czochrania się po rękach i nogach, mimo piekącego bólu.
Choć przerażona w chwili zdarzenia, byłam dumna kiedy Wujek chwalił mnie za odwagę. I nic sobie nie robiłam ze śmiechu rodziny, kiedy opowiadałam jak to krowa przeciągnęła mnie przez pokrzywy. Bo w głębi duszy czułam ich podziw i życzliwość i kiedy strach minął, śmiałam się razem z nimi.

niedziela, 13 marca 2016

Niepamięć

Czasami życie zaskakuje. Podsuwa nam obrazy, które wydawać się mogło, nie istniały w naszej głowie.
Kiedy odchodzą od nas ludzie, nie rozpływają się w niebycie. Znikają tylko z horyzontu naszych zdarzeń. Unoszą ze sobą cząstkę nas, zapisaną w zwojach pamięci, jak sen niewyraźny. A jednak odchodzą z przeświadczeniem realności minionych zdarzeń. Chociaż dawno minęły wspólne dni, gdzieś w zakamarkach ich myśli, tkwią okruchy chwil. Wspólnych chwil. Zabawy, śmiechy, obraz twarzy zatrzymany w kadrze czasu. Wywołują uczucia szczególne, przypisane danym momentom. I chociaż w nas zagubił się ów incydent, został zepchnięty w niedostępną głębię lub zgoła wcale nie zaistniał, gdzieś jest. Pozostał jak odcisk na karcie minionych dni.
A potem jeden telefon, jedna rozmowa i wracają do Ciebie chwile niezwykłe. I nagle czujesz się jakbyś w trakcie sprzątania pokoju odnalazł dawno zagubiony drobiazg. Sięgasz po niego. Przyglądasz się w zdziwieniu. Pytasz siebie - co to jest ?
Badasz palcami, przesuwając po powierzchni zdarzeń w poszukiwaniu znajomego wzoru. I powoli powracają migawki, które sklejasz w obraz dawno nie widziany.

Rozmawiałam z Lidką.
- A pamiętasz jak kiedyś przyjechała do Ciebie do Życin, koleżanka z Sandomierza ? Tylko  nie pamiętam jej imienia - zapytała.
- No tak, pamiętam, Aśka - jeszcze dzisiaj uśmiecham się na wspomnienie tamtych dni.
- A pamiętasz jak pływałyśmy na materacu po rzece, we trzy ?
No i masz ! Tego już nie pamiętam. Rozkładam  w myślach bezradnie ręce próbując przywołać wspomnienia. Ale słucham chciwie bo już nie raz przekonałam się, że Lidka podsuwała mi zapomniane obrazy wspólnych zabaw czy przygód.
- Nie pamiętam - ni to stwierdzam ni pytam
- No tak ! Na materacu - podkreśla z mocą Lidka
- Naprawdę ? - pytam powściągliwie, czując zupełną pustkę w głowie  i czekam na ciąg dalszy.
- No wiesz, płynęłyśmy tym materacem we trzy po rzece, cały czas gadając i nie patrząc gdzie nas niesie. Pamiętasz ?
- Nniee - niepewność w moim głosie mówi sama za siebie. Choć potrafię sobie wyobrazić taką scenę i wydaje mi się całkiem prawdopodobna. Zabawy na rzece to był stały element tamtych dni.
- Aż w końcu zniosło nas w tą głęboką część rzeki przy stawidłach - ciągnie - Wiesz, tam gdzie woda była naprawdę głęboka i gdzie chłopcy(ze wsi) lubili przychodzić w wolnych chwilach, żeby poskakać z brzegu. A tam było naprawdę niebezpiecznie. I wtedy, zupełnie nie wiem jak, ale spadłaś do wody z materaca i zaczęłaś się topić. A ja w przerażeniu zaczęłam krzyczeć - Malina! Malina! Na szczęście na brzegu od strony pola, stał mój brat Janusz i usłyszał moje wrzaski.
- Czekaj czekaj - przerywam - coś mi się kojarzy.
- Skoczył do wody na główkę,( i tu mimo luk w pamięci zaczyna wyłaniać mi się z głowy postać skaczącego Janusza; do tej pory nie umiałam do niczego przypisać tego zdarzenia) podpłynął do nas i wyciągnął Cię na brzeg.
Faktycznie. Wywołany słowami Lidki obraz, powrócił przed moje oczy.
Pamiętam !
Ja na rękach Janusza. Wynosi mnie na brzeg tuż przy kładce od strony domu. Stawia mnie na nogi. Odkasłuję wodę, którą zdążyłam się opić.
Ale tego jak prosiłam wszystkich obecnych, o czym opowiada ze śmiechem Lidka - Tylko błagam nie mówcie nic Cioci ani Babci, bo już nigdy nie puszczą mnie na rzekę - już nie pamiętam.
Choć wydaje mi się to nawet dzisiaj, zupełnie logiczne. Takie wydarzenie traktowałam raczej jako przewinę z mojej strony i nieposłuszeństwo ( możesz się bawić na rzece po tej płytkiej stronie - przestrzegała Babcia) niż powód do troski i współczucia ze strony dorosłych. Tak jak nie chciałam się przyznać kiedyś, że zabłądziłam w Kolance, tak i wtedy nie chciałam aby dorośli dowiedzieli się o mojej przygodzie.
Strona rzeki przed stawidłami spiętrzającymi wodę, ciemna, za sprawą swej głębi, przerażała mnie, budziła trwogę. Czy umiałam już pływać czy tylko bezradnie machać rękami ? Czy sparaliżował mnie strach czy rzeczywiście zawiodły umiejętności ? Czy bałam się tej części rzeki już  przed czy po tej historii ?
Dzisiaj przypomniałam sobie jedynie przerażenie i szamotanie w wodzie. Może dlatego zakopałam to zdarzenie głęboko w  niepamięci ?
Po latach patrzę na tą przygodę ze zdumieniem, jak właśnie na odnaleziony skarb w zagraconym pokoju, w którym zaczęłam sprzątać.
Przechowany w nie mojej pamięci, powrócił do mnie aby dołączyć do licznych obrazów dzieciństwa w Życinach.
Dziękuję  Ci Lidka :)

czwartek, 21 stycznia 2016

Wesele Wujka

Nie pamiętam ile wtedy miałam lat. Pewnie gdybym sięgnęła do archiwum domowych fotografii albo pamięci wcześniejszych pokoleń, dowiedziałabym się szczegółów. Ale czy to jest istotne ? Podążam ścieżką moich wspomnień chaotycznie. Wywoływane z pamięci obrazy formuję w słowa a wspomnienia rozlewają się jak rzeka aż po horyzont. Cieszę się z każdego powracającego obrazu jak z odnalezionego, zapomnianego skarbu.
To było w okresie mojego dzieciństwa. Tyle mi wystarczy.
Ślub najmłodszego brata mojej Mamy.
Nie wszystko odbywało się w naszym domu. Wydaje mi się, że po jednym dniu, wesele przeniosło się do domu Panny Młodej, gdzie zabawa dla młodszego pokolenia trwała bodaj dwa kolejne dni.
A może zatarte czasem wspomnienia zmieszały jak w  tyglu, obrazy obu domów ?
Wielkie emocje chwil poprzestawiały w mojej głowie wspomnienia i zachwiały kolejnością zdarzeń.
Pamiętam ekscytację wśród dorosłych w tamtych dniach.
Wyciągam z pamięci zamieszanie i gwar niezliczonej liczby głosów. Pokój uprzątnięty z mebli, tak aby stworzyć parkiet do tańca. Szeroko i po raz pierwszy, na oścież otwarte dwuskrzydłowe drzwi do pokoju.
Stoły ustawione w kuchni dla biesiadników i pełno ludzi wokół. Twarze, które mówiły
- Ależ ty wyrosłaś- a ja uśmiechałam się i witałam z kolejnymi wujkami i ciociami.
Albo rozmowy między kuzynami
- No co ty, to przecież córka Jadzi, nie poznajesz !?
- Malinko, pamiętasz Wujka z Buska ?
Jeszcze gorzej było z kuzynami, których widziałam po raz pierwszy. Wtedy na pomoc przychodziła Babcia prowadząc mnie do nieznanej osoby i chwaląc się mną tłumaczyła
- A to Robońku jest twoja Ciocia z Potoka co to mieszka niedaleko kościoła.
Przemykałam bardziej między nogami niż twarzami tego tłumu, próbując znaleźć sobie miejsce, zadziwiona odmiennością sytuacji i gwarem w tak cichym zazwyczaj domu.
Teraz zaplątał mi się obraz namiotu na dworze, z rzędem stołów i ław wewnątrz i goście zasiadający  naprzeciw siebie. Ale to już chyba była część wesela u Panny Młodej. Co ja tam robiłam ? Czy pamięć mnie nie zawodzi ?
Pamiętam przerzucania się przyśpiewkami przy tym stole. Tymi w wykonaniu kobiet w stronę mężczyzn i tych męskich skierowanych do kobiet. Pamiętam niezwykłość tej chwili. To zwyczaj zapewne już zapomniany a przecież tak wyjątkowy i staropolski. Szkoda, że uleciała mi z głowy  ich treść pikantna i dosadna.
Rozradowanie, czerwone policzki, co raz wznoszone kieliszki wódki i przepijanie do siebie nawzajem. Wspinanie się na szczyty finezji i tworzenie nowych tekstów na gorąco, w odpowiedzi na słowa strony przeciwnej - to kwintesencja wiejskości polskiej, tamtych czasów. Stare kumy i kumowie rozgrzani chwilą, nie ustawali w pracy bycia ostatnim, w tej bitwie na słowa.Bo to głównie oni byli nośnikiem tej tradycji.
Wokół wybuchały kaskady śmiechu i widać było, że wszyscy bawią się świetnie.
Zapamiętałam jeszcze bramki, (zwyczaj funkcjonujący do dzisiaj) stawiane na drodze do domu weselnego przez sąsiadów, gdzie trzeba było się wykupić skrzynką wódki aby przejechać dalej. Bramki kwieciste, umajone gałązkami, pod którymi przejeżdżał orszak weselny.
Zapewne jako dziecko nie brałam udziału we wszystkich obrzędach weselnych, szczególnie tych, które odbywały się późną porą. Dlatego wyławiam pojedyncze obrazy wydawałoby się, nie połączone w całość.
I znów powrócę do naszego domu, do pierwszego dnia wesela, aby wywołać z pamięci harce na parkiecie w pokoju przy skocznej wiejskiej muzyce granej na żywo. Moje pląsy w rytm oberka i zachwyt nad tańcowaniem Babci, która jakby (mimo trosk i zmęczenia) zrzuciła z siebie ciężar dni i przebierała nogami nie mając sobie równych. A ja próbowałam za nią nadążyć. Tak samo jak próbowałam nadążyć za jej tempem obierania ziemniaków czy ubijania piany. Tak samo jak śmigały jej ręce, tak teraz śmigały jej nogi.
Dom był pełen gości, więc kiedy nadeszła noc, spotkała nas jeszcze jedna atrakcja. W stodole zostały rozścielone koce. W końcu miało się spełnić marzenie spania na sianie.
Zostaliśmy wysłani na spoczynek, dużo wcześniej od dorosłych. Od strony domu dochodziły wciąż odgłosy zabawy a ja mościłam się na posłaniu, za każdym razem głośno szeleszcząc sianem. I to, co do tej pory miało być niezwykłe, stało się rzeczywistością. I o złośliwości losu, wcale niewygodną !
Pod sobą miałam rozłożony koc, przez który źdźbła trawy, do tej pory wydawać się mogło, że miękkie, uparcie kłuły mnie w plecy i pośladki. Wierciłam się zawzięcie próbując wymościć sobie gniazdo jak pies kręcący się w kółko na legowisku. W końcu ułożyłam się i otuliłam kołdrą aby złagodzić szorstkość podłoża. 
Wielka przestrzeń stodoły, żyła zupełnie innymi odgłosami niż swojskie szepty pokoju.Wokół budziły się dźwięki tajemnicze i niepokojące.
- Czy to mysz biegnie w korytarzach siana?
- Czy to jakiś groźny stwór?
- Ach, to na pewno coś złego chce mnie zaatakować! - drżałam z przerażenia czekając na rozwój wypadków i próbując być dzielna. Szelest nabierał mocy i zbliżał się złowieszczo. Aż w  końcu, niemal zagłuszony waleniem mojego serca, zamienił się w radosne skomlenie.
Buda psia miała połączenie ze stodołą a pies wyczuwszy naszą obecność postanowił wykorzystać niezwykłą możliwość spania z nami.
W końcu uspokojona i otoczona zawrotną wonią siana i psiej sierści, zasłuchana w dalekie odgłosy wesela, zapadłam w sen.
Obudziło mnie gdakanie kur i pianie koguta. Było szaro i zimno. Wtuliłam się w resztkę ciepła kołdry. Między deski stodoły wsączało się mdłe światło poranka. Rozglądałam się wokół popatrując na śpiącą gromadę dorosłych, która widocznie dołączyła do nas nocą. Wydłubywałam źdźbła siana z włosów i zastanawiałam się, która to może być godzina, skoro wszyscy jeszcze śpią. W głowie huczało mi z niewyspania a na podwórko pomału wracało życie. Pod okapem stodoły jaskółki wystawiały łepki z gniazd i świergoliły cichutko. Z obory, dochodził łoskot krowich łańcuchów, które wystukiwały poranny rytm pustego żłobu.
Pomału szarość zaczęła przeradzać się w blask dnia a promienie słońca cudownie przefiltrowane między deskami stodoły, ożywiły tysiące pyłków tańczących w ich blasku. I to jest ostatni, niezwykły obraz z tamtych dni, jaki został w moje głowie. Wspomnienie wesela wujka W.

środa, 6 stycznia 2016

Historia pewnego misia



Był jedyną zabawką jaką brałam ze sobą na wieś. Zazwyczaj jechałam z pustymi rękami bo wiedziałam, że czekają mnie atrakcje, którymi wypełnię dzień aż po brzegi. Tylko czasami zabierałam go, kiedy w chwili wyjazdu z różnych powodów towarzyszyła mi niepewność. Wtulałam się w niego i świat stawał się po prostu bezpieczniejszy. Nieważne czy potem leżał spokojnie na łóżku a ja biegałam zaaferowana po okolicy czy towarzyszył mi, wepchnięty pod pachę, w penetrowaniu kolejnych zakątków. Ważna była jego milcząca obecność.
Minęło wiele lat.
Przez pewien czas misio leżał zagrzebany wśród zapomnianych pamiątek dzieciństwa w pudle w piwnicy u rodziców. Przy jakiejś okazji przypomniałam go sobie i awansowałam na pokoje jako jedynego przedstawiciela minionych czasów. Siedział sobie w rogu na oparciu kanapy jak ostatni mieszkaniec zaginionej krainy. Wiernie i z determinacją towarzysząc swojej pani. W końcu po kilku latach trafił do szafy kiedy uznałam, że przestał do mnie pasować. A jednak za każdym razem kiedy otwieram szafę, zerkam na mojego przyjaciela a on mimo, że zdegradowany wciąż patrzy mi z wiernością w oczy.
Kiedy byłam mała, był moją ulubioną zabawką. Trochę z wyboru, trochę z powodu własnego charakteru. Miałam lalki, takie mrugające oczami, super pięknotki z NRD w prześlicznych strojach i z pudełkiem pełnym ubrań  szytych dla nich przez moją Mamę. Robiły wielką furorę wśród koleżanek. Więc kiedy do mnie przychodziły, to one bawiły się lalkami w myśl zasady, że gościom się nie odmawia a mnie zostawał biedny misiu.
I tak zrodziła się zażyłość między nami aż rozkwitła w moją do niego miłość. Na niego zawsze mogłam liczyć. Lalki tylko chwilę były moje, przechodząc szybko w ręce koleżanek. I mimo, że wypchany trocinami, z oczami jak guziki i tylko w spodenkach zamiast w wymyślnym stroju, był dużo bardziej przytulny i swojski niż lalki z lokami, bucikami i rzęsami na kilometr. Sypiał ze mną w łóżku, czy to na wsi czy w domu, rozłożony na środku poduszki a ja wtulona w kąt przyciskałam się do ściany. I mimo długiej nocy budziłam się wciąż z boku, nigdy nie naruszając snu i rewiru mojego misia. Taka to była miłość.
Dzisiaj ogarnęła mnie melancholia i skręciłam w czasy dawno minione.
A tu biało za oknem. Na kuchni bulgocze gar pełen zimowego żurku a ja szukam ciepła we wspomnieniach.

niedziela, 27 grudnia 2015

Magia świąt

Zamknięta w chłodzie pokoju oddawała co najlepsze. Swój świerkowy zapach. Unosił się w czterech ścianach i kiedy uchylałam drzwi wciągałam z lubością wonne powietrze rozkoszując się zapachem lasu, jej pięknem a przede wszystkim oczekiwaniem na cudowności nadchodzących chwil.
Kiedy przyjeżdżaliśmy do Babci na święta koniecznie musiałam zlustrować zawartość spiżarki przy kuchni. Na długim i grubym drągu umieszczonym pod sufitem pyszniły się lśniące od tłuszczu pęta kiełbasy. Zaraz po otwarciu drzwi wślizgiwał się za mną pies licząc na ochłapy. Ale nie tym razem. W święta byłam grzeczna i dokarmianie zostawiałam na czas po wieczerzy. Na półkach spiżarki rozłożone były  ciasta. Makowce, serniki i pierniki.
Nie brałam udziału w przygotowaniach świątecznych. Przyjeżdżaliśmy do Babci w dzień wigilii kiedy już wszystko było gotowe. Tym mocniej odbierałam odmienioną rzeczywistość domu jako magiczną. Nagle znajome kąty nabierały innego wyglądu i znaczenia. Okna przybrane watą wtuloną między skrzydła okiennic nie tylko chroniły przed mrozem ale nadawały poczucie ciepła swą puszystością i bielą. Bo przecież tamte zimy były prawdziwe.
Idąc od autobusu do domu przedzieraliśmy się przez kopny, bielutki świeżo spadły śnieg. Policzki drętwiały od mrozu a ręce w rękawiczkach zapominały ile mają palców, nie czując niemal nic. Skrzypiały buty na śniegu melodię najcudowniejszą, opowiadając o drodze. O zaśnieżonym krajobrazie, o ludziach schowanych w zaciszu domów, o zwierzętach  za zamkniętymi i ogaconymi dodatkowo słomą, drzwiami stajenek. Wokół panowała cisza wieczoru, jaka może panować tylko zimą, kiedy świat śpi snem sprawiedliwym, otulony puchem jak pierzyną. A one niosły swoją pieśń jak przesłanie. Ja słuchałam ich śpiewu i w moim sercu rosło wielkie, ogromne, radosne oczekiwanie na to wszystko co zima przyniosła nam w darze.
Zazwyczaj wieczerza wigilijna miała miejsce przy rozłożystym stole w kuchni, w cieple bijącym od piekarników pracujących pełną parą do ostatniej chwili. Bo przecież rybę można było smażyć tylko w ostatniej chwili i parującą podawać na talerze. Bo na fajerkach stał wielki gar z barszczem a misy z pierogami przytulone do pieca, grzały się w oczekiwaniu na swoją kolej.
Rodzina już w odświętnych strojach biegała w zaaferowaniu dokańczając dwanaście potraw lub ustawiając dodatkowe krzesło i nakrycie przy stole dla wędrowca. Jakże inną wymowę miało wtedy dla mnie to miejsce. Wyobrażałam sobie strudzonego wędrowca okutanego w długi kożuch, stukającego późnym wieczorem do naszych drzwi. Wyobrażałam sobie zdziwienie wszystkich a potem te otwarte szeroko dla niego drzwi i serca. Widziałam oczami duszy jego dziwne, długie, snute przy piecu opowieści o świecie. Dalekim i obcym. Najważniejsze jednak było to, że wierzyłam w obowiązek przyjęcia błąkającego się nieznajomego i wierzyłam w dobroć innych. Bo wtedy nikt  nie myślał o niebezpieczeństwie kryjącym się za nieznajomym a jedynie myślał o mizerii  człowieka bez rodziny i wigilijnego stołu. Może świat był bezpieczniejszy a może jedynie ludzie wokół mnie darzyli ten świat większym zaufaniem.
Łamanie się opłatkiem to rytuał, który miał w sobie powagę jakiej dzisiaj trudno mi szukać w pośpiechu i bezrefleksyjności współczesnych dni.
Życzenia składał Dziadek jako nestor rodu, wszystkim po kolei, łamiąc się opłatkiem z każdym przy stole. Dopiero potem mogliśmy zasiąść do wieczerzy.
Dopóki wszystkie potrawy nie przewędrowały przez stół nikt nie napomknął nawet o prezentach. Kiedy już brzuchy były pełne i rozleniwienie wśród dorosłych brało górę nad gwar rozmów, mogliśmy my dzieci upomnieć się o prezenty czekające w pokoju, złożone pod choinką. Wtedy dopiero cała rodzina przechodziła do pokoju gdzie rozsiadała się przy stole a my biegaliśmy rozdając przygotowane paczki. Szelest rozrywanego papieru, śmiech, ciekawość a potem radość. To był dla mnie czas piękna i spełnienia.
A potem kiedy już wybawiliśmy się nowymi zabawkami i dorośli przenieśli się z powrotem do kuchni na swoje pogaduszki, Babcia ścieliła nam łóżka w tymże pokoju pachnącym lasem z mieniącymi się bąbkami na drzewku. Pierzyny obleczone w nowe poszwy, pachnące praniem i sztywne od magla, pomału rozgrzewały się od naszych dziecięcych ciałek, w końcu oddając nam swoje ciepło. Jeszcze tylko jeden skok pod drzewko po to aby potajemnie wyłuskać kolejnego cukierka wiszącego na choince i zostawić tylko papierek wiszący na nitce i już można było zanurzyć się po uszy w pierze i śnić sen niewinny, dziecięcy o cudach czekających następnego dnia.

środa, 25 listopada 2015

Tytoń

   Na kieleckiej piaszczystej ziemi niewiele mogło urosnąć. Ziemniaki, żyto, może rzepak, gryka i proso. Dlatego ludzie zaczęli uprawiać tytoń, niewymagający, łatwy w pielęgnacji. Oczywiście potrzebował wody ale rósł i przy jej niedostatku. Widać to było na naszym tytoniowym polu. Od strony stawu zawsze był dorodniejszy.
   Za strumieniem i laskiem był kawałek piaszczystego pola. Tam właśnie sadzono tytoń. To było przedsięwzięcie kobiet. Jego uprawa i zbiory to działka Babci i Cioci. Mężczyźni wkraczali dopiero na etapie jego suszenia. Oczywiście pojawiali się sporadycznie i w innych okresach ale wyjątkowo.
   Kiedy szliśmy do tytoniu z Babcią lub Ciocią, cieszyłam się bo praca była zazwyczaj zabawą. Już Ciocia się o to starała. Pamiętam, że urządzała nam zawody w pieleniu. Między rzędami już wysokich roślin rósł perz. Rzucaliśmy się na kolana i posuwając do przodu po piaszczystym gruncie rwaliśmy go z Bratem na wyścigi. Wygrywał ten kto pierwszy wypielił rządek.
   Perz nie był wyrzucany. Zbierało się go na kupki na rozłożone płachty, koce, potem wiązane w kopertę i niesione na plecach dla krów. Wyłożone do żłoba wzbudzały niezwykłą łapczywość u bydła. Widać był to krowi przysmak.
   Tymczasem samo pielenie zostało mi w głowie jako radość i podekscytowanie. Tak skutkowało mądre działanie Cioci.
   Zbiory to już zupełnie inna sprawa. To była praca i zarobek. I to ciężka praca. Płacono 1 złoty za drut, niezależnie dzieciom czy dorosłym.
   Do zbiorów przychodzili dodatkowi ludzie. Nie sposób byłoby ogarnąć całości tylko rękami rodziny. Siadaliśmy wszyscy na rozłożonych w cieniu lasku kocach a ekipa rwaczy donosiła nam zerwane liście. Czasami ekipy się wymieniały.
   Zrywało się te najniższe liście. Jako że tytoń to wysoka roślina, tylko po te pierwsze najbliżej ziemi trzeba się było mocno schylać. Potem coraz wyżej robiło się łatwiej.
   Ubieraliśmy się w koszule z długimi rękawami bo liście wydzielały gęsty lepki sok, który oklejał nas całych i brunatniał na dłoniach.
   Na kocach rozłożeni ludzie nabijali żmudnie każdy liść na wcześniej pocięte druty. Sztuka polegała na tym aby każdy liść nabić wkłuwając się w centralny nerw tak aby potem liść nie spadł ani się nie rozerwał w czasie transportu i suszenia. To była precyzyjna praca. Jednak palce zawsze miałam pokłute drutem.
   Wiele było rozmów przy pracy. Plotek i pogaduszek. Jednak z biegiem czasu ludzie milkli zajęci pracą i zmęczeni monotonią działań. Początkowa wesołość ustępowała miejsca ciszy i rytmicznym ruchom wykonywanym w skupieniu.
   Nam dzieciom pozwalano pracować krócej ale to krócej nie oznaczało godziny czy dwóch. Raczej pół dnia lub kończenie przed zmierzchem. Dorośli pracowali dopóki można było cokolwiek zobaczyć.
Potem druty ładowano na wóz i zwożono na podwórko gdzie Wujek z Dziadkiem wieszali je w suszarni.