piątek, 15 maja 2015

Pechowe lato



Początki fascynacji mojego brata motorami



Było takie lato, pechowe lato.
   Wujek kupił motorower. Taki, na którym pozwalał jeździć mojemu bratu. Mieliśmy już koło dziesięciu lat, (różnica między nami to tylko rok i miesiąc) więc uznano nas za dostatecznie dorosłych aby dopuścić do maszyny. Mój brat był zachwycony. Szalał na motorowerze po wiejskiej drodze, wzbijając tumany kurzu i budząc zazdrość wiejskich chłopaków zerkających zza płotów.
   Ja do maszyny podchodziłam z szacunkiem. Fascynowała mnie i bałam się jej. Chciałam nauczyć się jeździć, aby jak brat, zaznać wiatru we włosach. Tylko, że maszyna wydawała mi się ciężka i wielka.
- Nie utrzymam jej ciężaru, przygniecie mnie, albo rozbiję ją i siebie na drodze – rozmyślałam z obawą.
   Pozostawał brat, który zaoferował mi przejażdżkę. Pewny swych nowo zdobytych umiejętności postanowił zabrać mnie na drugą stronę rzeki, na pola. Wsiadłam na siodełko za nim i kurczowo chwyciłam się jego koszuli. Nogi luźno spuszczone i lekko odstawione na boki majtały mi się po obu stronach motoroweru, który nie miał podpórek dla pasażera. Przejechaliśmy ostrożnie przez jaz i brat dodał gazu rozpędzając się na pola. Postanowił dojechać do Chańczy. .
   Wjechaliśmy w piaszczystą drogę lasu chanieckiego produkując fontanny piasku za sobą. Motorek zaczął lekko buksować na drodze i chwiać się na strony. Brat jednak nie zwalniał jazdy. Zawadiacko pruł do przodu. No i stało się. Nie wyrobił na lekkim łuku duktu, motorek stracił równowagę i przewrócił się na bok razem z nami.
   Tylko sekundę leżałam przygnieciona jego ciężarem, zanim nie poczułam ostrego bólu na skórze. Wyskoczyłam spod maszyny jak oparzona, głośno krzycząc. Okazało się, że rzeczywiście oparzona. Wyraźny okrągły, czerwony ślad wykwitł na mojej łydce. To rura wydechowa zostawiła pamiątkę, kiedy przewracając się z motorowerem na drogę przykleiłam łydkę do jej rozgrzanego końca.
   To był koniec jazdy. Obojgu nam odechciało się przygód. Brat podniósł motorek i przybity odpowiedzialnością prowadził go jedną ręką a drugą wspierał mnie kiedy kuśtykając wracałam do domu.
   Ciocia zaopatrzyła ranę jakimiś maściami, owinęła bandażem i kazała położyć się, żeby odpocząć. Cóż było robić. Rozpoczęłam rekonwalescencję. Przez kilka dni, rana mocno bolała, więc nie rwałam się do zabaw. Jednak trudno jest wytrzymać długo w bezruchu, kiedy inni zażywają kąpieli, czy ganiają po podwórku. Dlatego wymyśliłam, że jeśli owinę nogę folią, chroniąc przed zamoczeniem, brat będzie mógł mnie powozić materacem po rzece. Było lato, gorąco, świeciło słońce i chciałam do wody. Jakoś sobie zaczęłam radzić. Przyszedł czas kiedy Ciocia uznała, że rana się zagoiła i pozwoliła mi zdjąć opatrunek.
Odzyskałam swobodę. Znów mogłam w pełni korzystać z uroków wakacji.
   Za domem w sadzie, Wujek porąbał deski z rozpadającego się płotu a na jego miejsce postawił nowy. Szkoda było zmarnować te drewniane odpady, więc Babcia wykorzystywała je do palenia pod kuchnią.
Pewnego dnia rano, poprosiła mnie, żebym przyniosła kolejną porcję porąbanych sztachet z ogrodu. Miałam na nogach poranne bambosze z gumową podeszwą i piżamę na sobie, ale z ochotą poszłam za dom nazbierać trochę opału. Układałam porąbane deski w zgięciu łokcia co chwilę schylając się po nowe kawałki. Nagle poczułam, że stąpnęłam na coś twardego. Jakbym trafiła stopą na ostry brzeg kamienia. Nie zwróciłam na to zbytniej uwagi i zaniosłam uzbierane deski do kuchni. Tylko, że coś dziwnego działo się w jednym bamboszu. Jakby coś mi chlupotało, jakby woda nalała mi się do środka. Położyłam kawałki desek koło kuchni, siadłam na stołeczku obok, zdjęłam kapcia i z ciekawością zajrzałam do środka.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że bambosz jest pełen krwi, która wyciekła ze spodu mojej stopy. Z małej dziurki na podeszwie ciągle kapała krew.
   Otóż, Wujek rąbiąc deski na opał, nie zawracał sobie głowy wyjmowaniem z nich gwoździ wiedząc, że całość idzie do spalenia. Ja zaś miałam to szczęście, że trafiłam właśnie na taki wystający gwóźdź.
   Opatrzona noga, tak naprawdę zaczęła mnie boleć dopiero wtedy, kiedy spróbowałam na nią stanąć ponownie. Nic z tego. Ból przeszył mnie od stopy aż po pachwinę. Znów musiałam leżeć. Najgorsze było to, że kolejne dwa tygodnie nie mogłam pływać w rzece. Tym razem żadne zabezpieczenia nie uchroniłyby rany przed zamoczeniem. Smętnie popatrywałam na kąpiącego się brata leżąc na brzegu rzeki. Nawet satysfakcja z traktowania mnie w uprzywilejowany sposób przez rodzinę, nie zagłuszała żalu i tęsknoty za utraconą wolnością i swobodą.
   Wszystko jednak kiedyś się goi. Nadszedł czas kiedy i moja noga przestała boleć a ślad po ranie pozostał tylko małą różową plamką na podeszwie stopy. Zostało jeszcze trochę czasu, żeby móc w pełni skorzystać z uroków lata.
   Miało być naprawdę interesująco bo zapowiedziała swój przyjazd rodzina Taty z Sandomierza.
   Pewnego dnia na podwórko zajechała nysa Wujka Kazika a z niej wysypała się cała gromada ludzi. Ciocia Jadzia z Wujkiem Kazikiem, Babcia Zosia i co najważniejsze moi bracia cioteczni : Grzesiek, Wojtek i Maciek. Ażeby dopełnić obrazu szczęścia wysiadła również Dorotka i Tomek, rodzeństwo cioteczne z Łodzi, które spędzało wakacje u rodziny w Sandomierzu. Dorośli zasiedli do pogaduszek a dzieci pobiegły w swoją stronę. Byłam tak podekscytowana, że trudno było mi zachować spokój. Przywilej bawienia się w gronie dzieci był wyjątkowy a chęć podzielenia się atrakcjami ogromna.
   Już, natychmiast chciałam pokazać kuzynom wszystkie wspaniałości wiejskiego życia. Miałam już wtedy świadomość wyjątkowości miejsca, ale wciąż potrzebowałam potwierdzenia własnej opinii. Więc koniecznie chciałam zaprowadzić gości do strumyka, pójść z nimi do lasu, pokazać najkrótsze zejście do rzeki od płytszej strony. To strome, ukryte między wysokimi ziołami wrotycza i pokrzywy, o nierównym podłożu ścieżki.
   Więc pobiegłam, wołając ich za sobą. I co? Wysforowawszy się przed wszystkich, zaaferowana pokazywaniem drogi potknęłam się. Wylądowałam na ścieżce i już nie mogłam się podnieść.
   Musieli zawołać Wujka, który zaniósł mnie do domu a Ciocia znowu  opatrzyła moją nogę. Tym razem zwichniętą. Nie muszę mówić co było dalej. Zabawy całej gromady dzieci oglądałam z ganku, albo jak udało mi się wykuśtykać, siadałam na schodkach przed nim i tłumiłam łzy żalu.
   Po tym lecie została mi pamiątka. Okrągły ślad na łydce, na którym nigdy już nie chciały wyrosnąć włoski.

piątek, 8 maja 2015

Trochę brudnej roboty

Podwórko odgrodzone płotem od części mieszkalnej. Tuż za plecami po lewej, niewielka sterta obornika.

Nie pamiętam aby jakakolwiek praca na wsi kojarzyła mi się z przymusem.Nie pamiętam, żeby cokolwiek mi przeszkadzało.Ani zapachy, ani znój jednostajności. Jako wnuczkę traktowano mnie ulgowo. Nie było kar za niewykonanie polecenia. Nie było krzyków ani przymuszania. Tylko czasami zirytowana Babcia (tak wnosiłam ze słów ale nie z tonu jej głosu) ostrzegała nas:
- Czekaj, czekaj, jak przyjedzie Mama, wszystko jej powiem - po czym nigdy nie dotrzymywała obietnicy.
Ponoć nigdy na nas nie naskarżyła. Nawet wtedy, kiedy wykręcaliśmy się od zbierania ściółki w lesie do podsypywania dla krów w oborze, a potem całymi koszami znosiliśmy ściółkę na pokrycie kolejnego budowanego przez nas szałasu.
   Popołudniami, kiedy cienie znad lasu wydłużały się na tyle ,że na polach zalegał przyjemny chłód, zabierała mnie Babcia czasami za rzekę, żeby narwać  liści buraczanych dla bydła. Mieliśmy tam łąkę z lepszą ziemią i dlatego właśnie na niej, Babcia siała buraki i inne warzywa, wymagające dobrych gruntów. Pomiędzy rzędami buraków rosły maki i kiedy szłam z nią po liście, zaczynałam od zrywania główek makowych. Obrywałam im grzebienie u góry i wysypywałam na rękę z powstałych otworków pyszne czarno - popielate ziarenka maku.
   Tymczasem Babcia zaczynała obrywać buraczane liście, te największe, u dołu, a ja najadłszy się maku dołączałam do niej po chwili. Liście składałyśmy na rozłożonej na trawie, starej kapie. Kiedy już zapełniłyśmy ją po brzegi, Babcia wiązała jej rogi naprzemiennie, tworząc kopertę i zarzucała sobie na plecy. Z takim pakunkiem wędrowałyśmy z powrotem do domu.
   Kiedy byłam starsza i tobołek z kapy nie przygniatał mnie już do ziemi, Babcia wysyłała mnie samą do tej pracy. Tobołek wbrew rozmiarom nie był ciężki, sprawiał jedynie  kłopot przy przechodzeniu przez wąski jaz, zawadzając brzegami o barierki. Tak samo jak krowy wracające z wypasu na łące za rzeką, przechodząc przez mostek, obijały sobie wypchane brzuchy. Kołyszące się w rytm ich kroków, nadawały ich ruchom ciężkości i stateczności. Mój tobołek również balansował, choć nie tak zgrabnie i rytmicznie, raz w prawo raz w lewo, uderzając albo w barierkę albo w wystające szyny stawideł.
   Podawanie liści krowom to był mój przywilej. Nagroda za całą pracę. Zanim jeszcze włożyłam je do żłoba, próbowały wyrwać mi je z garści. Uwielbiały buraczane liście a ja uwielbiałam im je podawać. Uwielbiałam ich przestępowanie z nogi na nogę na widok przyniesionych przysmaków i łby wykręcone w moją stronę. Uwielbiałam łakomstwo w ich oczach, wyciąganie języka, żeby zagarnąć jak najszybciej choćby jeden liść. A potem słuchałam ich posapywania, kiedy z apetytem zanurzały pyski w żłobie. Tylko uderzenia ogonów po bokach, czy gwałtownie odwracane głowy z liśćmi zwisającymi z pyska, kiedy oganiały się z much, przerywały skupione chrupanie zieleniny.
   Czasami rano budził mnie ostry zapach obornika. Wybiegałam na podwórko bo wiedziałam już, co się dzieje. Wujek z Dziadkiem wybierali nawóz z obory i wyrzucali go na podwórko a ostry drażniący zapach poruszonego nawozu szczypał w nosy i oczy. Ja jednak nie uciekałam. Przykucałam w bezpiecznej odległości od machających widłami mężczyzn i patrzyłam jak ładują wszystko na wóz aby wywieźć go na pole.
  To  był czas uczty dla kur. Z gdakaniem, rozkopywały przerzucone kopki w poszukiwaniu robaków. Zazwyczaj na najwyższym punkcie sterty stał kogut i pilnował porządku.Gwar i zamieszanie wśród drobiu, krążący wokół pies, koty przemykające do stodoły i zaniepokojone jaskółki co chwilę wylatujące i wracające do obory, były widokiem pełnego kolorytu życia. Mimo, że byłam tylko obserwatorem, wciąż i wciąż chciałam więcej.
   Dlatego kiedy Babcia wynosiła z piwniczki resztki ziemniaków do przebrania dla świń, chętnie w tym uczestniczyłam.
   Piwniczka była wybudowana pod stodołą. Cała pobielona wapnem, utrzymywała temperaturę podobną do dzisiejszych lodówek. Przebywanie w niej, było przyjemne, ale nie na długo.Wchodziłam tam jak w zimną wodę po upalnym dniu i z ulgą zanurzałam się w jej mrok i chłód, zwiększając dystans do rozgrzanego świata na zewnątrz. Już po chwili zaczynałam pokrywać się gęsią skórką. Po wyjściu z piwniczki znów zachłannie wystawiałam skórę na słońce i grzałam się w jego cieple.
   Ziemniaki zrzucało się do niej przez otwór w bocznej ścianie stodoły, tuż przy podłodze, biegnący wąskim kanałem do kamiennego stropu loszku. Wejście do niego wiodło przez niskie drzwi między stodołą i stajnią. Zaraz za nimi zaczynały się strome schodki prowadzące w głąb.
   Były dwa poziomy. Pierwszy, to mały podest, na którym stawało się schodząc po trzech stopniach. Był tam schowek z wnękami w ścianie, w których stawiało się masło w maselnicy, mleko w kankach, jaja czy sery w koszach. Dalej schody prowadziły do głównego pomieszczenia, około trzech metrów poniżej gruntu. Pamiętam,że były strome i bez żadnych barierek z boku. Jako mała dziewczynka schodziłam po nich tyłem podpierając się rękami i wdrapywałam z powrotem na czworaka.
   Tu przechowywało się głównie ziemniaki. Leżały w stercie utworzonej przez spadające warzywa, pod otworem w suficie i zalegały na ponad połowie podłogi.
  Kiedy nastawała pora kopania młodych ziemniaków, Babcia całymi koszami wynosiła pozostałe zeszłoroczne warzywa i zwalała je na kupkę na podwórku. Trzeba je było obrać z kiełków i wydłubać oczka, przygotowując do obróbki w parowniku dla świń. Przysiadała na małym stołeczku i cierpliwie segregowała i oskubywała bulwy, obracając z wprawą każdy ziemniak z osobna.Koło niej stały dwa kosze. Jeden na oczyszczone ziemniaki, drugi na tak zwane zgniłki.Wokół roznosił się z drugiego kosza, ostry zapach rozkładających się warzyw. Wpisywał się w naturalne zapachy wiejskiego podwórka i nigdy nie drażnił moich zmysłów.
   Przynosiłam sobie drugi stołeczek, siadałam i próbowałam dogonić ją w pracy i dotrzymać tempa. Jednak ziemniaki w moich rękach nie chciały obracać się tak szybko jak u niej. W jednym byłyśmy podobne. Tak samo,obie skubałyśmy pędy lewą ręką. Po niej wszak odziedziczyłam leworęczność.

   Lubiłam prace przy gospodarce. Może brak przymusu dawał mi impuls do działań. Może wspólna praca była przyjemnością  jakiej nie chciałam sobie odmówić a może po prostu miałam duszę rolnika.

piątek, 1 maja 2015

Kuchnia


Szkic zrobiony na gorąco.Tak zapamiętałam kuchnię z zapieckiem.Nie pamiętam dokładnie ujścia komina.
Obok drzwi do pokoju.


   Zazwyczaj było tak, że kuchnia na wsiach stanowiła centrum życia domowego. U nas nie było inaczej.
Przede wszystkim z racji swojego położenia, bo wchodziło się do niej wprost z ganku, jak i pełnionych funkcji, bo oprócz funkcji czysto kuchennych była też centrum zarządzania, miejscem przyjmowania niespodziewanych gości (dla tych zapowiedzianych, niedzielnych uruchamiano pokój z jego dużym stołem), czy miejscem chwilowego odpoczynku, kiedy Dziadek lub Wujek wpadali na chwilę z młyna na posiłek.
   Wychodzili do pracy zjadłszy tylko talerz żurku lub zalewajki i wracali na drugie śniadanie, kiedy już wstałam z łóżka. Na stole czekały wystawiony chleb, biały ser, miód, masło, dzbanek kawy zbożowej parzonej codziennie rano przez Babcię. Jej zapach przenikał do pokoju i budził mnie łagodnie nawołując do wstania. .
   Kuchnia była duża i prawie kwadratowa. Na tej samej ścianie co  szerokie wejściowe drzwi, było okno wychodzące na podwórko przed młynem, przez które można było obserwować ruchy furmanek i chłopów czekających ze zbożem na przemiał, na zewnątrz. Pod oknem stała ława drewniana a przy niej stół. Były jeszcze dwa krzesła u jego krótszych boków. To dalsze, zarezerwowane dla Dziadka. Za krzesłem stała etażerka wypełniona księgami młynarskimi, w których Dziadek notował wszelkie finansowe operacje związane z młynem. W ten sposób stworzył sobie małe biuro. Nikt na tym krześle nie siadał, oddając mu je w wyłączne posiadanie.
   Obok etażerki były drzwi, początkowo prowadzące do sionki, potem do pokoju Wujka i Cioci. Zanim powstał dodatkowy pokój, stała też w kuchni wersalka, zasłonięta zasłonką zawieszoną na lince, odgradzając część sypialną Cioci i Wujka od gospodarczej. Na tej wersalce sadzano mnie jako niemowlę, kiedy przez pierwsze trzy lata życia mieszkałam na wsi. Dostawałam kość z udka kurczaka i z lubością ciamkałam ten przysmak jak inne dzieci smoczek.
   No i była kuchnia kaflowa. Duża, rozległa z zapieckiem. Okap nad nią, bielony wapnem co roku, otaczał mały drewniany gzymsik, na którym trzymano świeczki, tak zwane szczapki do rozpalania- wąskie kawałeczki drewna przesycone żywicą, idealnie nadające się na podpałkę - no i zapałki.
   Sama kuchnia, kaflowa na cztery fajerki, miała też duchówkę, czyli piekarnik do pieczenia ciast i chleba. Głęboki i rozległy tak, że ciasto wsuwało się i wyjmowało na długiej drewnianej łopacie aby sięgnąć jego końca. Za każdym razem przed skierowaniem ciepła do duchówki, przy pomocy umiejętnie ustawionych szybrów, trzeba było sprawdzić jej środek. Koty uwielbiały się tam wkradać, korzystając z nieuwagi ludzi i grzały się w jego cieple.
   Było też inne miejsce gdzie często przesiadywały. Oczywiście zapiecek. Czyli górna część komina kuchennego, zbudowana w taki sposób, że powstały jakby dwa stopnie jego wysokości. Piec kończył się małą wnęką, w której trzymano jakąś odzież, być może do wyschnięcia, gdzie mogłam się wcisnąć i zniknąć na chwilę z oczu bliskich ,co nieodmiennie sprawiało mi wielką przyjemność. Być ale jakby mnie nie było. Stamtąd mogłam się wspiąć na zapiecek, żeby zobaczyć kuchnię z wysoka i odpowiedzieć sobie na pytanie - dlaczego koty tak lubią to miejsce ?
   Wzdłuż zapiecka stała początkowo ława. Na niej można było siadać i ogrzewać się od ciepła bijącego od blachy i komina. Tutaj przysiadali zapraszani chłopi, czekający w kolejce do młyna, aby nie skostnieć w chłodne deszczowe dni. Babcia zawsze miała dla nich miejsce i kubek wody.  Była też ławą dla kotów, dopóki nie zrobiono centralnego ogrzewania. Wtedy kocią, stała się ława pod oknem przy stole, przytulona do kaloryfera. Tak bardzo respektowano ich do niej prawo, że nie zganiano ich nawet kiedy brakowało miejsca do siedzenia. Co najwyżej delikatnie przesuwano je nie budząc z drzemki.
   Koty były niezwykłe i niemal nikt nie chciał wierzyć w ich wyjątkowość.
Aż w końcu Wujek założył się ze swoim bratem, który przyjechał na wigilię, że te zostawione same w kuchni przy stole suto zastawionym wigilijną wieczerzą, nie ruszą niczego. Brat podjął wyzwanie. Wyszliśmy wszyscy na dwór i przez okno obserwowaliśmy z napięciem co się stanie.
Nie stało się nic.
Nawet nie podniosły łebków po naszym zniknięciu. Dalej spokojnie drzemały przytulone do siebie, nie zwracając uwagi na całe bogactwo stołu. Wiedziały jakie zasady panują w domu i doskonale się w nie wpisywały darzone szacunkiem i miłością, odwzajemniając się tym samym
   Przy samym popielniku na małym drewnianym stołeczku lubiła siadywać Babcia i obierać warzywa, skubać kurczaki na rosół czy po prostu przysiadać na chwilę między jedną pracą a drugą.
   Obok kuchennego pieca były drzwi prowadzące do pokoju. Duże dwuskrzydłowe ale otwierane tylko połowicznie. Między tymi drzwiami i drzwiami wejściowymi stał kredens. Ciężki, ciemno brązowy, dębowy, ze zdobieniami u szczytu, był oprócz spiżarki, jedynym miejscem przechowywania statków kuchennych. Tak przepaścisty, że po wyjęciu naczyń z dolnej części, kiedy go sprzątano, swobodnie się tam mieściłam. Nadstawka kredensu miała pośrodku wnękę a po bokach szafeczki z drewnianymi drzwiczkami. Zaś góra stanowiła część reprezentacyjną, oszkloną gdzie ustawiono porcelanową zastawę stołową.
   Na górze kredensu za zdobieniami, stało zwykłe tekturowe pudełko po butach i mała puszka po ciastkach. Były używane jako kasa młynarska. W pudełku chowano, jeśli można tak powiedzieć, bo wszak wszystko było ogólnie dostępne , banknoty, a puszka była pojemnikiem na bilon. Wzajemne zaufanie wszystkich do siebie nawzajem dawało większą gwarancję bezpieczeństwa niż jakiekolwiek kłódki. Nieraz ściągałam puszkę na dół i wprawiałam się w liczeniu bawiąc się pieniędzmi. Nikt nigdy nie zwrócił mi uwagi ani  nie skarcił za naruszenie własności. Zawsze też jednak, odstawiałam ją na miejsce.
   Opowiedzieć jak wyglądała kuchnia to nie wszystko. Przedmioty i meble mówią jedynie o gustach i możliwościach właścicieli nie wspominając o rzeczach będących poza nimi.
   Jak opisać to co wymyka się słowom. Kuchnię wypełnioną gwarem rozmów, tych zwyczajnych o pracy i obowiązkach. Tych o planach Dziadka na przyszłość. Jak opisać czas kiedy w zgodzie powstawał projekt przebudowy domu, gdzie potrzeby wszystkich były dyskutowane na równi. Spiżarnia dla Babci i Cioci, pokój dla wujostwa i łazienka do ogólnego użytku. Ta, której strop był tak mocny, że jak mawiał Wujek- mógł tam lądować helikopter.
   Buzowanie ognia pod kuchenną blachą , kwaśny zapach pracującego zaczynu przygotowanego do pieczenia chleba i aromat chleba wyjętego prosto z pieca. Piękne, okrągłe bochny lądowały na kuchennym stole, układane jeden koło drugiego.
   Niedzielne południa z obowiązkowo słuchanymi Matysiakami. Czy ktoś jeszcze ich pamięta? A przecież tyle lat towarzyszyli nam dzielnie. I czekany przeze mnie "Wesoły autobus". Może nie były to wyrafinowane rozrywki, ale słuchaliśmy je wszyscy z małego radyjka stojącego na parapecie kuchennego okna, zanim nastała era telewizorów.
   Jak przekazać wyjątkowe wieczory, kiedy postanawiano nie włączać turbiny i w kuchni rozchodził się zapach naftowej lampy. Nie było bardziej czarodziejskiego światła od jej płomienia. Nie było bardziej tajemniczych historii od tych opowiadanych w jej blasku.
   I to zamieszanie grudniowe, kiedy Babci wydawało się, że nie zdąży ze wszystkim, zanim przyjadą goście. Moje zaglądanie do spiżarki, żeby podziwiać wiszące na drążku pod sufitem przygotowane kiełbasy a na półkach przykryte ściereczką, upieczone ciasta. Potem ciche echo kolęd odbijające się światłem świec w oknie, kiedy czekaliśmy aby wyruszyć na pasterkę.
   Jak opisać wygląd kuchni nocą, kiedy przemykałam na bosaka przez nią do sieni, żeby skorzystać z wiadra. Jak nazwać kuchnię, jeśli nie sercem domu?

   Kuchnia wrzała pracą od rana i cichła późnym wieczorem, kiedy mleko po ostatnim udoju trafiało do schłodzenia. Jeszcze tylko mężczyźni pracujący we młynie do późnych godzin nocnych,wchodzili do niej, starając się nie obudzić śpiących i wyganiali koty i psa na podwórko, zakamuflowane przeze mnie w domu. Kuchnia zamierała, odpoczywała w ciszy nocy po to aby znów o poranku obudzić mnie odgłosami stukających o fajerki garnków i zapachem gotowanej kawy .

wtorek, 28 kwietnia 2015

okruchy


zbierałam gwiazdy
po drogach polnych
uśpione kamienie
zaczajone w rzece
łuski szczupaka
świerszczy nocne
gadanie po świt
zbierałam księżyc
hojnie rozproszony
w tańczące świetliki
w blask tajemnicy
co przemknął wśród traw

w drodze do domu
zgubiłam gwiazdy
na rogatkach wielkich miast

piątek, 24 kwietnia 2015

Był taki kostur


Był taki kostur. Wędrujący.
   Pewnego wieczoru, kiedy nadeszła pora przygotowań do snu, a na dworze zapadał zmrok, ktoś zapukał do drzwi kuchni. Wszedł mężczyzna w sile wieku i chwilę cicho rozmawiał z Dziadkiem i Wujkiem. Wskazał ręką w kierunku ganku a potem wyszedł, z szacunkiem żegnany przez mężczyzn.
   Babcia i Ciocia, cichsze niż zwykle przy powitaniach gości, ani nie rzuciły się do niego proponując mu herbatę ani nie zaprosiły zwyczajowo do stołu. Zajęte swoimi domowymi sprawami, tylko popatrywały na gościa. Kiedy wyszedł, Wujek zajrzał do ganku i po chwili wrócił.
   Siedziałam przy stole nad kolacją, pilnie i z zaciekawieniem obserwując wszystko wokół, majtając nogami pod stołem.
   Coś było inaczej – stwierdziłam zaintrygowana.
   Mężczyźni zamiast zmniejszać tempo życia, jak zwykle pod wieczór, wykazywali niezwykłą aktywność. A to przysiadali przy stole, a to, mimo milkliwości Dziadka, wymieniali jakieś ciche uwagi.
- Zrobić Ci porządną kolację? – Ciocia patrzyła uważnie na Wujka, choć na stole leżały ser, masło, chleb i dzbanek wieczornej kawy zbożowej.
- Może później, teraz pójdę się zdrzemnąć – Wujek zniknął za drzwiami sypialni.
   Tego było mi za wiele. To ja chodziłam pierwsza spać, kiedy dorośli jeszcze długo zostawali w kuchni. Nie wytrzymałam. Wstałam od stołu i niezauważona przez nikogo wyszłam na ganek.
   Oczy rozszerzyły mi się ze zdziwienia. Oparty o ścianę, w rogu stał On. Długi, wyższy ode mnie, biały i sękaty, z powierzchnią gładką jak wypolerowana.
Kostur.
   Nie wiem jak mówili na niego dorośli. W mojej pamięci pozostał kosturem. Dotknęłam go z szacunkiem, który napłynął nie wiadomo skąd. Bo przecież tak naprawdę to tylko gruba, długa gałąź pozbawiona kory. Z sękami i nierównościami, jakby wygładzona dodatkowo.
   Nieraz okorowywałam gałązki wierzbowe aby dobrze przylegały do dłoni, znajdując w tej czynności wiele przyjemności. Więc taki drąg, mimo że większy, nie powinien budzić mojego zdumienia ani napawać dodatkowym szacunkiem. Ot, zabawka jak moje wierzbowe witki, tylko większa, bo dla dorosłych.
   Było jednak w tym drągu coś innego, co kazało mi delikatnie gładzić go palcami, nie ruszając z miejsca. Może sprawiło to dziwne zachowanie dorosłych?
Pora by się dowiedzieć.
   Wróciłam do kuchni.
- Babciu co to za kij stoi w ganku?
Babcia odwróciła się od kuchni, przy której stała
- A, to robońku nie jest zwykły kij. To dla mężczyzn, żeby pilnowali wsi.
Nadstawiłam uszu. Musiałam dowiedzieć się więcej.
A było tak.
   W czasach kiedy nie było latarni ulicznych ani ubitych dróg przez wieś, tylko piaszczyste dukty, sami mieszkańcy dbali o swoje bezpieczeństwo. Stworzyli system a wraz z systemem symbole.
   Każda rodzina miała obowiązek strużowania we wsi przez jedną noc. Wytypowani przez rodzinę mężczyźni, najczęściej dwóch, kiedy zapadał zmrok, wyruszali na nocny obchód wsi.
Strzegli przed zagrożeniem rabunkiem, wypatrywali ognia. Nie było zmiłowania. Całą długą noc wędrowali drogą z jednego końca wsi na drugi, pilnując bezpieczeństwa i snu mieszkańców. Z nastaniem świtu wracali do domu, na krótką drzemkę przed kolejnym pracowitym dniem. A wieczorem szli do sąsiada aby wraz z kosturem przekazać mu obowiązek straży.
I tak co noc wieś była pod ochroną.
   W czasach kiedy nie znano pojęcia straży obywatelskiej, kiedy kierowano się potrzebą i zdrowym rozsądkiem, stworzono zgodnie, system funkcjonujący od pokoleń.
A kostur?
  Nie tylko był bronią. Był symbolem. I przywołaniem do obowiązku, którego nikt nie śmiał pominąć. Wygładzony przez kolejne dzierżące go dłonie, oznaczał siłę i bezpieczeństwo.
Może stąd mój do niego szacunek?

sobota, 18 kwietnia 2015

Ganek i lalka






Widok na dom i ganek (jeszcze z sienią po lewej stronie, zamiast pokoju Wujka i Cioci) i przed założeniem drugiego ogródka. Nie ma też jeszcze agawy


 Ganek zbudowany był tak, że dzielił dom na części. Początkowo nierówne, zanim  Wujek nie przebudował  sieni na pokój, potem symetryczne po zmianach.
   Stojąc na wprost ganku, po jednej stronie miało się widok na dwa okna pokoju dziadków a po drugiej było okno od kuchni i okno pokoju Wujka i Cioci. Wcześniej zamiast ich pokojowego okna były tylko drzwi do sieni z małym okienkiem u góry.
   Przy ścianach domu,po bokach ganku, Babcia założyła niewielkie ogródki otoczone niskim płotem. Po prawej królowały piwonie. Tam też, pośrodku na niewysokim pieńku stała wielka drewniana donica, pomalowana na zielono, a w niej ogromna agawa z liśćmi szerokości moich trzech małych dłoni. Każdy liść na brzegach miał rząd ostrych kolców a zraniony płakał białym gorzkim sokiem. Zawsze jesienią agawa była wnoszona do pokoju i zimowała w chłodzie z rzadka ogrzewanego wnętrza.
   Drugi ogródek to przede wszystkim królestwo różnobarwnych dalii.  Przy samym oknie kuchennym wzbijały się do góry opierając o mur malwy, polskie, już zapomniane kwiaty. Zaś pod koniec lata wybuchały kolorami astry. Lwie paszcze, lilie nazywane liliami św. Józefa,  kwitnące na biało i oszałamiająco pachnące, tak mocno,że aż duszące i cynie sadzone za sprawą Cioci, to wszystko kobierzec barw i zapachów drugiego ogródka. Co kilka dni z tej obfitości wybierany był bukiet i stawiany na stole w pokojach, przenosząc radość ogrodu do wnętrza.
   Kiedy budziłam się rano, słońce świeciło wprost na frontową ścianę domu, tworząc w ganku cieplutki, miły kącik. Zanim zabrałam się do śniadania lubiłam, jeszcze w piżamie, siadać tam i grzać się w promieniach słońca, patrząc jak życie kipi na podwórku i pomału dostrajać się do jego rytmu.
   Ganek był do połowy drewniany, z pociemniałego od upływu czasu drewna, barwy buro brązowej, niemal czarnej, postawiony na solidnej kamiennej podmurówce. Trzy schodki, po których wchodziło się do niego,  wyrównywały poziom między gruntem i jego drewnianą podłogą. Nagrzewane słońcem, do wieczora zachowywały ciepło. Idealnie nadawały się do siadania i tłuczenia orzechów laskowych przyniesionych z Kolanki, do łuskania słonecznika i plucia łupinkami na odległość (szkoda, że Babcia potem kazała je zamiatać),a najlepiej służyły do posiadywań przed zaśnięciem. Za plecami słyszałam gwar rozmów w kuchni, przez uchylone kuchenne drzwi biła łuna światła, a ja łapałam ostatnie ciepło kamieni kiedy wieczór otulał mnie chłodem ciągnącym znad rzeki.
   W środku ganku, po obu stronach, Dziadek zbudował ławeczki. Na tej, po prawej stronie od wejścia, stały dwa wiadra na wodę. Źródlaną wodę z nich, można było pić czerpiąc ją metalowym kubkiem stojącym obok. Dziadek i Wujek nieraz wpadali do ganku z młyna, tylko po to aby się jej napić. Woda była zimna i dlatego po wieczornym udoju, Babcia zanurzała w niej kankę ze świeżym mlekiem do wystudzenia i odstania śmietanki. A rano znów napełniano wiadra świeżą wodą.
   Pod ławką po drugiej stronie, były zgromadzone polana do palenia pod kuchnią, przynoszone z szopy gdzie był ich cały roczny zapas i ustawione w szeregu gumiaki z filcowym wykończeniem cholewy.
  Fragmenty ganku stanowiące część ściany domu, po obu stronach drzwi do kuchni, służyły jako wieszaki. Tam na gwoździach wisiały lampy naftowe, już z rzadka używane, drewniane nosidła na wodę, kapota Dziadka, którą zarzucał na siebie przed wyjściem, kiedy padało, kaszkiet Wujka i swetry do pasania krów w chłodne dni, Babci.
   Drewniana ściana ganku kończyła się na poziomie stojących wiader. Powyżej zaczynały się okna z szybkami łączonymi wąskimi szprosami, sięgające aż po daszek. Drzwi również były oszklone, dlatego widok z ganku tworzył panoramę obejmującą podwórko gospodarcze odgrodzone wysokim płotem, tak że widać było tylko górną połowę zabudowań za nim, podwórko przed młynem na wprost, a po lewej młyn z turbiną, jaz, rzekę i kawałek łąki za rzeką.  
   Tuż przy suficie był mały ustęp stworzony przez kończącą się ściankę, gdzie odłożone leżały: ostrzałka do kosy, zakrzywiony nóż ogrodniczy czy pudełko po landrynkach wypełnione gwoździami. Niby poza zasięgiem rąk dzieci, ale te, jak dobrze się postarały i wdrapały na ławkę, mogły penetrować i takie zakątki, próbując zaspokoić wiecznie dręczącą ich ciekawość i pytania - Co tam jest? .
   Późnymi popołudniami, kiedy już nie było nastroju do biegania po łąkach a chłód wieczoru odstręczał od kąpieli w zimnej rzece, syta wrażeń  po całym dniu przebywania z psem i kotami, po łowieniu ryb i obserwowaniu chruścików na płyciźnie, ganianiu za kurami i pasaniu krów, dobrze było przysiąść w ganku i zająć się czymś innym.
   I wtedy tak miło plotło się bicze z turzycy lub robiło gwizdki z wierzbowych witek. Ale mnie najmilej tworzyło się lalki z kęp trawy. Kiedy brat zajęty swoimi sprawami, znikał z pola widzenia, mogłam zająć się dziewczyńskimi przyjemnościami.
   Była taka trawa, która rosła koło tytoniowego pola i nadawała się do tego celu doskonale. Jednym zamaszystym ruchem wyrywałam ją z ziemi chwytając garścią za gęstą czuprynę suchych źdźbeł . Wyskakiwała z piaszczystego podłoża ukazując brodę równie gęstych delikatnych korzeni, zebranych w wiązkę. Przynosiłam ją do ganku, siadałam na ławeczce i zabierałam się do modelowania.
   Wcześniej wytrzepawszy piach, z korzeni robiłam głowę. Zbierałam w pęk cienkie nitki gumką lub wstążką, tak że powstawało coś na kształt kulki a poniżej związane korzonki plotłam w warkocz. To była głowa z fryzurą. Trzeba było wpiąć szpilkami małe guziczki ,żeby twarz ożyła. Czarne na oczy, czerwony na usta. Teraz wystarczyło podzielić źdźbła na trzy części u nasady korzeni i już z dwóch skrajanych wiązek powstawały ręce. Reszta stanowiła zaczątek tułowia i nóg lub jeśli tego chciałam stawała się długą suknią.
Budowałam lalce łóżko z pudełek po butach, szyłam ze szmatek kołderkę, ubierałam w sukienki ze ścinek materiałowych.
   Tworzyłam lalki nie dlatego, że pozbawiono mnie zabawek, ale dlatego, że sprawiało mi to radość i nie pragnęłam innych rozrywek. Tak powstałe towarzyszki zabaw służyły mi dopóki trawa nie pokruszyła się doszczętnie a korzonkowe włosy, wielokrotnie czesane, nie wypadły. Wtedy znowu wybierałam się po następną kępę i zasiadałam w ganku do pracy.
   Do dzisiaj pozostała mi miłość do rękodzieła. Zaś ganki, wspomnienie chwil spędzanych w zaciszu miejsca, przerywanego tylko bzyczeniem much rozbijających się o szyby, stały się kwintesencją wiejskiego domu.
  

czwartek, 2 kwietnia 2015

Kiedy pada deszcz


zdjęcie z internetu ewamaria030.blox.pl

  Pamiętacie?
- "W czasie deszczu dzieci się nudzą" - śpiewała Barbara Kraftówna w Kabarecie Starszych Panów.
   Czy rzeczywiście? Czy nudziłam się w deszcz?

   Czułam, że czas w takich chwilach zwalniał. Ale nie znaczy, że życie stawało w miejscu. W dalszym ciągu dorośli krzątali się wokół swoich prac, jedynie narzucając na siebie kapoty w drodze do młyna czy obory.
   Kury zbite w gromadkę chowały się pod zadaszeniami, a autsajderki uciekały w krzaki niechętne do powrotu na podwórko. Krowy układały się na boku w oborze i z melancholią i spokojem przeżuwały strawę.
   Chłopi czekający na przemiał, schodzili z wozów, wcześniej zarzuciwszy derki na konie, i chowali się do młyna. Zbici w grupy kurzyli skręcone papierosy, smętnie spoglądając przez uchylone drzwi na mokry świat. Ich rozmowy przerywane długimi chwilami milczenia, zwalniały w rytm spadających kropli.
   Lubiłam siadać na ganku i obserwować deszcz. Lśniące liście na krzakach bzu, tworzące się kałuże na podwórku i kręgi na rzece od spadających kropli. Ganek, drewniany, oszklony ze wszystkich stron,  dawał rozległy widok na okolice. Zapatrzona, popadałam w melancholijne nastroje i wyobrażałam sobie siebie wędrującą samotnie przez mokry świat. Czy po prostu, zasłuchiwałam się w szum deszczu, nie odczuwając żadnych innych potrzeb. Było mi dobrze zarówno z deszczem jak i melancholią.
   Dachy domu i zabudowań gospodarczych nie miały zainstalowanych rynien. Połać dachu wystawała ponad mur na około metr. Na tyle dużo, że ludzie, a ja na pewno, mogli przemykać wzdłuż budynku pod jego okapem, nie moknąc nadmiernie. Kiedy deszcz padał długo, na ziemi pod okapem, spływająca z dachu woda tworzyła zagłębienia. Nierówno, zależnie od tego gdzie znajdowały ujście spływające strumyki i krople, powstawały dołki wypłukane aż do czystego piasku skrytego pod cienką warstwą gleby. Nie wiem dlaczego tak bardzo kochałam ten widok. Do dzisiaj stanowi kwintesencję deszczowej pory na wsi. Oczywiście wychodziłam z domu, żeby właśnie pod tym wąskim okapem szukać schronienia. Ale przede wszystkim słuchać deszczu. Stawałam przytulona do wrót stodoły i zapatrzona, zasłuchana, zlewałam się z deszczowym światem. Krople z cichym pluskiem spadały w kałuże u moich stóp
- klip,klip…
Świat szarzał i nieruchomiał zatrzymany w biegu.

   Nie zawsze deszcz to chwile melancholii i zadumy. Bywały dni słoneczne, kiedy nagle nadpływała mała chmura, nie wiadomo skąd i znienacka zaczynało padać. Jeszcze na obrzeżach widnokręgu świeciło słońce a ja wybiegałam na bosaka pod ciepłe strugi, kręcąc się z zapamiętaniem jak mały derwisz, rozchlapując szybko tworzące się kałuże i śpiewając ile sił w piersiach - Deszczyk majowy pada nam na głowy - nie zważając na to, że maj dawno przeminął i nastał lipiec, pora letnich deszczy. 
Co z tego, że sukienka w kilka chwil stawała się mokra. Deszcz był przyjazny i ożywczy a mnie rozpierała nie wiadomo skąd nadpływająca radość. Wyciągałam szyję i zapatrzona w niebo łapałam ustami krople deszczu.
   Taki deszcz trwał zazwyczaj krótko i już po chwili zza chmury wychodziło słońce a moja sukienka schła błyskawicznie  w jego promieniach. Nawet nie musiałam się przebierać.
   Pamiętam pewien bardzo szczególny deszcz.
   Stałam na środku podwórka rozglądając się za Babcią sypiącą ziarno kurom, gdy nagle poczułam pierwsze krople  na ramionach rozgrzanych słońcem. Błyskawicznie drobne delikatne kropelki, jak mgiełka, objęły mnie w posiadanie. Rozejrzałam się wokół i zdumiałam. Połowa podwórka była mokra podczas gdy druga pozostawała sucha i zalana słońcem. Linia deszczu była tak wyraźna jakby ją ktoś narysował. Z zachwytem zaczęłam biegać od jednej strefy do drugiej, co chwilę przekraczając granicę opadu.
Odnalazłam początek deszczu!
Moja radość nie miała granic. Oczywiście po chwili deszcz wypadał się i znów zapanowało nad wszystkim słońce. Jeszcze przez moment patrzyłam jak połowa podwórka wysycha a potem nie pozostał już ani ślad z tego zdumiewającego zjawiska.

   Bywały też i takie dni kiedy padało i padało bez końca. Ale i wtedy nie ogarniała mnie nuda. Zaczynałam buszować po zakamarkach domu, zaglądając do spichlerza i na strych. Albo chowałam się w oborze i patrzyłam jak jaskółki usadowione na belkach pod powałą czekają cierpliwie na słońce, świergoląc między sobą cicho.
   W takie dni świetnie budowało się tunele w sianie zwiezionym do stodoły. Albo skakało na siano z górnego piętra. Można było zajrzeć do garażu gdzie stały owiane zapachem spalin motory Dziadka i Wujka, a po bokach na półkach, było mnóstwo nieznanych części do nich. Czy inność tego świata czy niezwykłość zapachów powodowała, że namiętnie wąchałam roznoszącą się tam woń spalin i smarów. Można było też zajść do stolarni Dziadka i spróbować swoich sił strugając kawałki drewna w oczekiwaniu na jakiś kształt, chwilowo jeszcze nie znany. Potem powstawały formy, którym szukałam przeznaczenia.
Można było przysiąść w kuchni na stołeczku i zapatrzyć się w ogień pod kuchnią, zasłuchać się w pogaduszki Babci i Cioci o rodzinie i znajomych. Niepotrzebne było radio ani telewizja. Świat był ciekawy bez względu na pogodę.
   Nie, w czasie deszczu na pewno nie można było się nudzić.