czwartek, 19 października 2017

Wykopki


z internetu.Wykopki dawniej. Głos Wielkopolski

Przez całe lato chodziłam z Babcią lub Ciocią pielić rzędy ziemniaków na polu za domem. Żeby chwasty nie zagłuszyły posadzonych roślin. Wyrywany perz czy trawa lądowały w koszu aby stać się dodatkową paszą dla krów.
Piaszczyste górki usypanych rzędów i przerwy między nimi jak dróżki między drogami. Palące słońce na grzbiecie i koniki polne grające wśród traw na pobliskiej łące. A niedaleko piaszczyste zbocze lasu i powiew sosnowego powietrza. Wciąż mam ten obraz we krwi. I jeszcze chodzenie między rzędami ze słoikiem z wodą i zbieranie "amerykańskiej zarazy". Pasiasty chrząszcz pożerający ziemniaczane liście. Nie miałam dla niego dobrych uczuć. Raczej poczucie satysfakcji kiedy kolejnego szkodnika lub jego białą, tłustą larwę wrzucałam do słoika. Pierwsze podbierane bokiem ziemniaki, tak żeby nie uszkodzić rośliny i ich smak na talerzu z kubkiem kwaśnego mleka. Wspomnienia gorące, letnie, przepełnione zapachami i dźwiękami.
A potem przychodziła jesień. Zielone pędy wystające z grządek więdły i brązowiały.

Wykopki. Kiedy zamykam oczy widzę czerwono zachodzące słońce, czuję skostniałe dłonie a potem nadchodzący zmrok. Wóz ciągnięty przez konia, który co jakiś czas przesuwał się do przodu za posuwającymi się ludźmi.
Ubrana byłam w ciepły sweter i kurtkę. Szyję owiniętą miałam szalikiem a na nogach gumiaki. A i tak czułam przenikający mnie chłód. Trochę bolący kręgosłup od ciągłego schylania się. Bo głównie zbierałam do dużego ciemnobrązowego, wiklinowego kosza wykopane ziemniaki. Ale pamiętam, że jako nastolatka pracowałam też motyką.
Nasze pole ziemniaków za domem nie było na tyle duże, żeby wprowadzać sprzęt do kopania. Prace wykonywaliśmy ręcznie, całą rodziną nieraz z pomocą sąsiadów. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Tyle tylko, że dzieciom pozwalano albo na wolniejsze tempo albo dłuższy odpoczynek.
Każdy miał swój rządek. Z motyką w ręku podważał krzak ziemniaczany, chwytał łęty "za głowę" i wyciągał z ziemi jeszcze przyczepione do długich pasm korzeni bulwy. Potem otrzepywał krzak i odrzucał na bok. Ziemniaki odpadały od korzeni i lądowały na ziemi pod nogami. Resztę bulw wykopywano przegrzebując ślad po roślinie motyką.
I to było piękne. Wydobycie na światło dzienne ukrytego w głębi ziemi bogactwa. I ten moment fascynacji, kiedy po raz pierwszy wyłaniają się na wierzch, przeróżnych kształtów i wielkości kule, owale czy dziwne kształty.
Odkrywanie tajemnic ziemi. Zaglądanie w nieznane, co dzieje się przez długie miesiące poza naszymi oczami. W ciszy i cieple piaszczystych rzędów powiększające się zapasy. Zapobiegliwość przyrody, celowość i mądrość. Nie nazywałam rzeczy tymi słowy. Jedynie zachwyt, jedynie zdumienie, jedynie szeroko otwarte oczy.
A wszystko w zmroku końca dnia. Bo choć praca trwała od rana, moja pamięć zachowała tylko pojedyncze obrazy. Nie odtworzę całego ciągu zdarzeń.
Ale widzę płonące ogniska z pozbieranych, wysuszonych łętów ziemniaczanych i snujący się nisko nad ziemią albo wznoszący się leniwą smugą ku górze, dym.
Pamiętam skostniałe palce i zimną ziemię, w którą zanurzałam dłonie w poszukiwaniu-no właśnie- bulw nie ziemniaków. Ziemniakami stawały się dla mnie w koszu, na wozie albo potem w stertach zrzuconych z wozu do zdołowania.
Mężczyźni wykopywali za domem, na skraju ziemniaczanego pola, duży dół. Do niego zrzucano ziemniaki i przysypywano słomą i ziemią wydobytą przy kopaniu. Jeszcze robiono wywietrzniki sięgające w głąb kopca, jakąś przemyślną wiejską metodą, której dzisiaj już nie odtworzę. Bo kopiec musiał oddychać.
Tak działo się z nadmiarem. Na początek jednak zrzucano ziemniaki do piwnicy pod stodołą. Otwór w podłodze stodoły prowadził wąskim tunelem do najgłębszej części piwniczki. I taką drogą ziemniaki trafiały do chłodnych warunków zimowania.
Ale wróćmy jeszcze na chwilę na pole. Do utrudzonych dorosłych i zmęczonych dzieci. Bo na koniec czekała wszystkich nagroda. Pieczone w żarze przygasających ognisk ziemniaki. Któż nie zna ich smaku. Zwęglonej skórki brudzącej palce na czarno i delikatnego parującego miąższu w środku. Grudki masła roztapiającej się na połówce kartofla i białych kryształków soli na wierzchu. Pieczone ziemniaki zawsze smakują wybornie. Ale przy ognisku o zmroku, po całym dniu pracy, na ziemniaczanym polu, jedzone wśród bliskich, smakują najlepiej.

piątek, 7 kwietnia 2017

Rów chaniecki



nad chanieckim rowem z kwiatem grążeli w dłoni
 
Na chanieckich polach był Rów. Niewiadomego pochodzenia. Z jednej strony bardzo głęboki. Mówiło się, że nie da się zmierzyć jego głębokości. Idealne miejsce do łowienia linów, szczupaków, okoni.
Wyrastał w środku łąk chanieckich, na tyle daleko od jakichkolwiek innych zbiorników wodnych, że trudno go było wiązać z nimi. Po prostu na równej płaszczyźnie łąk, nagle natrafiałaś na długi rów wodny, który wypłycał się ku końcowi, uchodząc strumykiem do rzeki.
Brzegi były porośnięte czarną olchą rozciągającą swe gałęzie nad lustrem wody. Od strony toni brzeg porastała pałka wodna a lustro w tej głębszej części pyszniło się pięknymi rozłożystymi liśćmi grążeli. Żółte kule kwiatów wystawały jak świece spośród nich kusząc swym powabem owady. Zawsze prosiłam Wujka aby mi urwał taki kwiat a On nie czekając, już się rozbierał, wskakiwał do wody i  po chwili wręczał mi go do ręki z uśmiechem. Na liściach grążeli przysiadały żaby. Nieraz widziałam też pliszkę maszerującą od jednego do drugiego jak po drodze. W słoneczne dni brzęczenie ważek krążących nad wodą i przysiadujących od czasu do czasu a to na pałce a to na grążeli, zdawało się być odgłosem dominującym nad całą przestrzenią. Zachwycona ich wielkością i lotem wpatrywałam się w ich skrzydła iskrzące się tęczowo w słońcu.
Ku końcowi rowu olchy przerzedzały się, pojawiały się  niskie krzaki a wodę porastała rzęsa. Tutaj odważałam się kłaść przy brzegu i wypatrywać początków długich łodyg moczarki kanadyjskiej niknących w toni. Im bliżej wypłycenia tym więcej było otwartej przestrzeni. Brzeg stawał się trawiasty i dochodził do samego lustra wody a wokół rozciągały się łąki.
Wybierałam się tam popołudniami z Wujkiem na ryby, kiedy nie było pracy we młynie. Przysiadałam przycupnięta koło niego, z podkulonymi pod brodą nogami i głową złożoną na kolanach, obejmując się ramionami napawałam się ciszą i spokojem. Dziwny to był czas. Zawieszony między końcem dnia a wieczorem, wypełniał się smugami mgły podnoszącej się nad łąkami, cichnącą przyrodą i chylącym się ku zachodowi słońcem, które grzało moje plecy. Cienie drzew wydłużały się kładąc na polach wąskie pasy szarości. Pomiędzy nimi zieleń barwiła się czerwienią późnych godzin dnia.
Czasami otoczona tą ciszą czekałam zdawało się w nieskończoność , na drgnięcie spławika, a czasami wystarczyło zarzucić wędkę by coś się złapało. Zawsze jednak z tym samym spokojem i w bezruchu trwałam u boku Wujka jak wierny pomocnik.
Jeszcze później, niemal pod wieczór, Wujek zasadzał się na liny, które właśnie o tej porze wychodziły na żer. To tajemnicza i bardzo ostrożna ryba, którą trudno oszukać i złowić. Tylko raz byłam świadkiem, kiedy Wujkowi udało się go pokonać.
Za to szczupaki, przemykające między łodygami moczarki i grążeli w poszukiwaniu zdobyczy, to już częstsze trofeum wędkarskie.
Przy drugim końcu rowu, gdzie robiło się płytko a brzegi nie były gęsto porośnięte olchą, było wiejskie kąpielisko. Była nawet niewielka piaszczysta plaża schodząca do wody. Raczej wydeptany bosymi stopami kawałek brzegu gdzie spod warstwy zieleni wyłaniał się piasek.
Tutaj w niedzielne podpołudnia zbierało się towarzystwo, głównie młode, z Chańczy i z Życin. Tak zwana kawalerka. Rozłożeni na kocach, plażowali, kąpali się , flirtowali. My też czasami przychodziliśmy z Ciocią i Wujkiem. Oboje jeszcze młodzi choć dla nas już starzy jak stuletnie drzewa. Oni gnani potrzebą kontaktu z innymi dorosłymi a ja z bratem na doczepkę. Ale przyznam, że peszył mnie tłum, nie czułam się swobodnie, mogąc być potencjalnie obserwowana przez innych. Przyzwyczajona do swobody i luzu bycia samą, źle znosiłam liczne rzesze innych użytkowników przestrzeni. Na dodatek przywykłam do myślenia, że całe to królestwo należy do mnie, skoro nikogo nie widać wokół i buntowałam się wewnętrznie przeciwko obecności innych. Za to brat uwielbiał tam pływać. Były tu lepsze warunki niż w rzece. Cieplejsza woda, większa powierzchnia lustra wodnego nadającego się do pływania i towarzystwo innych chłopaków, z którymi można było iść w zawody np. w skakaniu na główkę.
W takich chwilach przytulona do Cioci, zamieniałam się w obserwatora wiejskiego życia towarzyskiego i cierpliwie czekałam na koniec plażowania. A potem z radością wracałam do domu. Do penetrowania otoczenia i oglądania świata tylko w pojedynkę.
 

piątek, 17 lutego 2017

Chleb

zdj. z internetu.

Jak zbieranie okruchów chleba tworzę nowy obraz w pachnące bochenki, w żar bijący od pieca. Ich pulchne, okrągłe kształty zaścielające stół, ławę pod piecem i nawet krzesła, dawały poczucie pewności jutra.
To były czasy niezwykłe, kiedy każdy mógł mienić się szewcem, stolarzem, piekarzem a nawet budowniczym. Nie było specjalistów pod ręką więc każdy na własną rękę zdobywał wiedzę i umiejętności aby zapewnić sobie i bliskim wygodne, na miarę czasów i możliwości, życie. Ludzie potrafili wyrabiać żywność, budować domy, robić meble. A już na pewno każda gospodyni potrafiła piec chleb. Sposobem domowym, według tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Te podstawowe umiejętności tworzyły się wraz z dojrzewaniem, bo dzieci były zawsze na wsiach zaprzęgane do obowiązków. Tak wpajano im wiedzę praktyczną, że po osiągnięciu dojrzałości każdy dysponował pakietem umiejętności pozwalającym im bez usterek wkraczać w dorosłe życie.
Zapewne moja Babcia piekła chleb jak nauczyła ją Matka a ta wiedzę przejęła od swojej.
Zapewne w każdym domu były jakieś specyficzne, tylko jemu przypisane rytuały.
Pieczenie chleba zaczynało się od świtu. Było zajęciem ważnym i pochłaniającym całą uwagę gospodyni. Jak pranie angażowało nieraz całą rodzinę, tak pieczenie odbywało się w skupieniu i ciszy. Przecież ciasto musi wyrosnąć i gospodyni nie  mogła dopuścić aby opadło. A więc cisza i spokój. Żadnych pokrzykiwań, hałasów, bieganiny.
W piecu kuchennym rozpalano o świcie aby nagrzał się należycie i równomiernie a potem uzyskał temperaturę odpowiednią dla chleba. Czasami trzeba było poczekać aż ostygnie, czasami aż podgrzeje się jeszcze odrobinę.
Chlebowy piec. Miał duchówkę sięgającą daleko w głąb, na długość drewnianej łopaty na trzy bochenki, specjalnie przeznaczonej do pieczenia chleba. Nieraz po zakończeniu pieczenia, kiedy piec prawie ostygł, zakradały się do niego koty aby wykorzystać ostatki ciepła. Tak więc przed ostatecznym zamknięciem drzwiczek zawsze sprawdzano czy aby na pewno duchówka jest pusta.
Babcia przynosiła ze spichlerza dzieżę, w której przechowywała resztki poprzedniego ciasta. Nigdy bowiem dzieża nie była myta po zakończeniu pieczenia. Jej drewniane ścianki pozostawały oblepione resztkami ciasta i w takiej formie naczynie było odstawiane do następnego użycia. Tymczasem ciasto w chłodzie i ciemności spichlerza wysychało na ściankach, tworząc kruchą warstwę gotową do odnowienia po dodaniu ciepłej wody. Tym sposobem, nie wiedząc nawet o istnieniu tego procesu, Babcia używała formy liofilizowanej zaczynu, pozbawiając go wody. Genialnie proste i jakże trwałe. Już wtedy wiedziano, że co wysuszone ma najdłuższą trwałość. Czy mięso, czy owoce, czy warzywa. A więc niech żyje wiedza zdobywana przez lata praktyki.
W takiej dzieży po dodaniu ciepłej wody z odrobiną świeżej mąki, znowu pojawiało się życie. Uśpione drożdże znów pokazywały na co je stać. Pod przykryciem ściereczki w naczyniu zaczynało buzować. Potem kolejna porcja mąki z wodą i mieszanie, mieszanie, mieszanie.
Rękawy zawinięte po łokcie. Babcia wspierająca się jedną ręką o krawędź naczynia, drugą wykonywała okrągłe gesty dłonią oblepioną ciastem. W głąb, zagarnąć, do siebie ku górze, zwiniętą w pięść dłonią w dół, lekkie przekręcenie okręgu beczki, znowu w głąb, zagarnąć, do siebie ku górze i w dół. Mocno stała na nogach wsparta na podłodze, wrośnięta w ziemię, w historię domu, w tradycje rodziny. Plecy pochylone bardziej przy zagarnianiu, lekkie wyprostowanie kiedy ręka wędrowała ku górze.
Rytm. Pokolenia pracujących kobiet. Setki bochenków, które właśnie w tym rytmie odnajdowały swój pierwotny smak i zapach. Lekko drażniąca woń rosnących drożdży. Pył dosypywanej mąki unoszący się wokół, jak chmura otaczał tajemnicą powstawanie powszedniego, codziennego chleba, swą prostotą bijącego na głowę każdy wyczyn piekarski współczesnego świata.
Od świtu do zmroku. Rosły kręgi w misach drewnianych otulone lnianymi ściereczkami, aby za chwilę łopatą gospodarz wsadził je w żar pieca. Jeszcze tylko znak krzyża rysowany dłonią Babci na każdym bochnie, jeszcze ostatnie spojrzenie w głąb pieca, kiedy drzwiczki już się zamykały. Blask odbijający się na policzkach ludzi gdzie trud nie objawiał się w zniecierpliwieniu. Bo to cierpliwość  i pewność sensu malowała się na rozpalonych obliczach. A za chwilę brązowe pachnące krągłości, wydobywane z czeluści żaru lądowały na stole. I ten gest. Pocałunek złożony na skórce, zanim nóż dotknie jej a ta zajęczy z chrupotem ulegając jego mocy. Ze środka buchała para i mimo, że należało czekać, aż bochny wystygną, Babcia nie umiała odmówić nam pierwszej gorącej pajdy, na której masło rozpływało się na boki skapując po naszych łakomych palcach.

poniedziałek, 28 listopada 2016

zakupy

W tamtych czasach gospodarstwa były w dużo większej mierze samowystarczalne. Bo to i krowy (mleko, masło, sery) i kury (jajka, mięso) i świnie ( raz na jakiś czas wędliny samodzielnie wędzone), czasem kaczki i gęsi lub indyki. A dodatkowo, jak to we młynie : mąki, kasze, śruta dla zwierząt. Warzywa z ogródka, ziemniaki z pola.
Jednak mimo to czasami trzeba było jeździć na zakupy.
Najbliżej Życin był Raków.

fragment Rynku w Rakowie
z internetu www.rodzina.malanowicz.eu

i jego charakterystyczna niska zabudowa
z internetu www.rodzina.malanowicz.eu
 
Zaledwie trzy kilometry przez las. I tam właśnie wybierała się od czasu do czasu Babcia. Zabierała ze sobą dużą skórzaną, brązową torbę, zasuwaną na suwak i maszerowała o poranku, najczęściej przez las właśnie, na piechotę. Cóż to było te trzy kilometry. Zaledwie przechadzka. Za to wracała najczęściej autobusem, już dobrze koło południa niosąc wypchaną zakupami torbę. Kiedy wybierała się do Rakowa z jajkami na sprzedaż, wtedy w obie strony jeździła autobusem. Jajka od jej kur zawsze miały zbyt w małym sklepiku na rogu Rynku, do którego wchodziło się po schodkach.
Ach, te sklepiki ! Ich urok był dla mnie niezaprzeczalny. Przede wszystkim jednak zapach. Pomieszana woń  pomieszczeń przesyconych dziwnym, nie do określenia, aromatem przeżytych lat i towarów wystawionych na półkach. Wtedy sklepiki trwały niezmienione prze dziesiątki lat. Raz założone mogły być prowadzone przez kolejne pokolenia właścicieli. Niezmienione w swej prostocie, dopasowane do ludzi i czasów.
Tam, w owym sklepiku Babcia wykładała z koszyka jaja a sklepikarz liczył je i wypłacał ustaloną sumę. Oczywiście potem Babcia kupowała różne wiktuały. A dla mnie, jeśli wybrałam się z nią, lody włożone między dwa wafelki. Pyszne z kryształkami lodu w środku, kręcone domowym sposobem. Nie zawsze chodziłam z Babcią na zakupy. Często wybierała się do Rakowa zanim się obudziłam. Wtedy czekałam niecierpliwie na jej powrót.
Najdziwniejsze było to, że pod jej nieobecność dom się zmieniał. Jakby zabrakło w nim istotnego elementu. Cichł bez jej porannej krzątaniny, zamierał razem ze mną jakby zagubiony bez ręki, która kieruje, nadaje sens wszelkim działaniom. Nagle przybywało przestrzeni. Kuchnia z dużej stawała się ogromna i pusta. Kury wałęsały się po podwórku bardziej leniwie i jakby nie znając celu. A ja razem z psami i kotami wyglądałam na drogę szukając oznak ruchu, cienia jej sylwetki w oddali. A kiedy ją dostrzegłam, od przystanku autobusowego trzeba było jeszcze pokonać kawał piaszczystej drogi, ( asfalt wylano po tej stronie wsi dopiero w 2015 roku) biegłam naprzeciw, uwieszając się u jej ręki niepomna, że tym samym przysparzam jej ciężaru. No a potem, po wejściu do kuchni i postawieniu torby na stole, zaczynało się ekscytujące czekanie. Zaczynał się gwar i rozmowy dorosłych.
Babcia zawsze przywoziła ze sobą cukierki. Najczęściej zapakowane w papier zwinięty w zgrabny rożek. I jakoś tak się działo, że zazwyczaj grzebiąc za pozwoleniem dorosłych w torbie ( dziwnie bawiły ich moje poszukiwania) znajdowałam je dopiero na dnie torby, kiedy już wszystkie produkty zostały wypakowane. O nie, nie dostawaliśmy całego rożka. Radość była wielka kiedy każde z nas, brat i ja dostawaliśmy po dwa cukierki. Miały starczyć na długo i były dawkowane, tym większą sprawiając radość im rzadziej je dostawaliśmy. Zwyczaj trzymania pozostałych cukierków w torbie, Babcia zachowała do późnych lat. Być może sama była ich wielbicielką bo widywałam kiedy w wolnych chwilach ssała je cierpliwie aż do końca, nigdy łapczywie gryząc.
Z czasem zakupy stały się łatwiejsze, kiedy w domu przybył samochód. Wtedy to były wyprawy z Ciocią i Wujkiem za kierownicą i oczywiście z nami, bratem i ze mną. Wszak nie mogliśmy przepuścić okazji przejażdżki. Jednak i wówczas zakupy nie tyle kończyły się co zaczynały słodyczami dla nas, nabywanymi w sklepiku na rogu Rynku. Pamiętam kiedy raz Wujek przekonał mnie do  napicia się napoju z butelki zamykanej ceramicznym korkiem ze sprężyną, twierdząc, że to oranżada. Plułam dobre kilka minut kiedy po pierwszym łyku poczułam gorycz piwa. A on śmiał się razem z Ciocią i bratem z mojej pomyłki. Wyjazdy z nimi zawsze oznaczały coś radosnego. Nie gniewałam się, śmiałam się razem z nimi.
Dzisiaj również uśmiecham się wędrując uliczkami pamięci i wspominając lata, które tak szybko minęły.

piątek, 12 sierpnia 2016

Pranie

Nasza była dużo większa. Spokojnie mieściliśmy się w niej z bratem.
 z internetu wiano.eu

Czy już potrafię ? Czy jestem gotowa ? Opowiedzieć o coraz częściej pojawiających się rozmowach o zmianie, przeprowadzce. O zasiadaniu przy stole w kuchni i rozważaniach gdzie i co kupić. Nowy młyn, dom, gospodarstwo. Razem czy osobno. O narastającym we mnie niepokoju. Że jak to ? Nie na zawsze ? Nic nie jest pewne ? Bez rzeki, pól i łąk, bez lasów piaszczystych i grzybnych. Że skarpa piaskowa do skakania i rzeźbienia w piasku nie jest moja. A źródełko koło pola tytoniu, a poziomki na skarpie powyżej ? Co stanie się z nimi ?
Uciekałam od tych pytań. Zamykałam na nie uszy i serce, a przecież byłam już nastolatką nie cielęciem lat kilku.
Jedynie satysfakcja rozgościła się we mnie, rozkokosiła i puchła z dumy, że przecież mówiłam wszystkim. Koleżankom w Sandomierzu, każdemu kto zapytał, że nie ma piękniejszego miejsca. I oto teraz znalazłam potwierdzenie swoich odczuć w tym nakazie "rabunku" ( tego co w odwiecznym akcie zasiedlenia przypisałam sobie na własność), który czynił wszystko wspólnym, nie moim. Bo wybiera się to co najpiękniejsze a przecież wybrano Czarną i Życiny.
Nie.
Jeszcze nie nadszedł czas na akt ostatni.

Czas płynie a ja na przekór podążam pod prąd. W poszukiwaniu, w tęsknocie...
Kiedyś była tylko balia. Ogromna, metalowa z odpływem w dnie zatykanym korkiem. Pod który podstawiało się wiadra na wylewające się mydliny.
Kobiety grzały w saganach wodę na kuchni od rana. Wszystkie inne prace spadały na plan dalszy. Robiono w obejściu tylko to co było konieczne, bo pranie to nie byle co i wymagało całej uwagi. To była logistyka i zaangażowanie wszystkich domowników. Mężczyźni wnosili i ustawiali balię (na środku kuchni na trzech rozstawionych stołkach), wynosili wiadra pełne mydlin, pomagali wyżymać szczególnie duże partie pościeli. Bo nie łatwo było wycisnąć wielką poszwę przed zanurzeniem jej w wodzie do płukania. Dwie osoby skręcały ją z dwóch końców aż tworzył się gruby zwój wyciśnięty do imentu.
W kuchni wrzało. Ruch i skupienie. Mało słów, wiele do zrobienia. Nie trzeba było poganiać nikogo. W odwiecznym rytuale każdy znał swoje miejsce i zadanie. Kuchnia od rana napełniała się parą uchodzącą znad paleniska, z gotującej się wody.
Po wstaniu niewiele miałam do roboty. Mogłam wyjść z domu i zająć się sobą lub pozostać i plątać się pod nogami dorosłych oganiających się cierpliwie
- Czekaj no robońku, czekaj - aż dziw, że nie wyganiano mnie z krzykiem. Może po prostu dzieci w ten czas zamieszania były mało dostrzegalnym elementem. Ot tyle tylko, żeby nie kręciły się za blisko wrzącej wody wlewanej do bali, bo mogą się poparzyć. A może liczono, że mają się same pilnować.
Przy brzegu balii Babcia ustawiała tarę. Metalową a wcześniej drewnianą. Taka sama tara długo gościła w domu w Sandomierzu. Chowana na co dzień pod wanną, była jedyną pomocą przy praniu, zanim rodzice kupili pierwszą pralkę.
Pamiętam pochylone plecy kobiet i rytmiczne ruchy rąk przesuwających się wraz z materiałem w górę i w dół tary. Aż po zanurzenie w mydlinach. Rękawy podwinięte po łokcie, na sukience fartuch, który bardzo szybko zamakał w zetknięciu z brzegiem tary. Spocone twarze i raz po raz gest ręki ocierającej pot z czoła lub odgarniającej kosmyk włosów. Milczenie i skupienie na twarzy. Ale przecież i przeciąganie się dla wyprostowania pleców i przerwy dla dolania ciepłej wody. Potem wylewanie brudnej wody i nalewanie nowej.
Po ostatnim płukaniu następowało krochmalenie w wodzie z mąką ziemniaczaną dla sztywności, dla dłuższego zachowania świeżości. Żeby wyciągnięta poszwa z szafy nie tylko pachniała ale i po uprasowaniu, była sztywna jak z drewna. Zresztą, mimo nostalgii jaka we mnie pozostała, nie przepadałam za tą sztywnością. Zanim ogrzałam pościel swoim ciepłem, długo czułam jej wyprasowane kanty.
Na tym etapie prania dodawało się ultramaryny, żeby pogłębić biel aż po niebieskawość bijącą świeżością po oczach. Zanim farbka rozpłynęła się w krochmalu tworzyła błękitne smugi ciągnące się długimi pasmami. Aż w końcu energiczne ruchy Babci drewnianą łyżką,  rozbijały błękit i pozostawał tylko niebieskawy odcień bieli.
Kiedy pościel została już wykrochmalona, Babcia przynosiła wyżymaczkę ze spiżarni i montowała ją, pewnie jakoś przykręcając do brzegu balii. Taką drewnianą z korbką, przez którą przepuszczało się pościel dla dobrego jej odciśnięci z wody. To była ciężka praca. Oczywiście napraszałam się, żeby spróbować pokręcić korbą, zafascynowana procesem przechodzenia pościeli przez wałki wyżymaczki. Że taka zwinięta, nieuporządkowana wchodzi do środka a wychodzi dwuwymiarowa, spłaszczona jak liść papieru. Nadymałam się cała próbując kręcić korbą aż w końcu poddawałam się i oddawałam ją w bardziej odpowiednie ręce.
Musieli mnie kochać skoro w wirze pracy znajdowali miejsce dla moich prób, które przecież  zakłócały rytm działań. Ale to był świat bez pośpiechu, nie mierzony minutami ani godzinami. Liczony na dnie i na zadania. A pranie kończyło się niezależnie od upływu czasu, kiedy wszystko zostało uprane. Więc mała przerwa na pokazanie dzieciom jak działa wyżymaczka to tylko niewielkie odstępstwo od działań. To tylko chwila na śmiech dorosłych i moją radość, że spróbowałam, poznałam, doświadczyłam tego co oni. A wtedy już dawałam im spokojnie pracować dalej, jedynie przyglądając się z dystansu.
Wypraną pościel rozwieszano w ogrodzie. Ale i rozkładano na trawie kiedy zabrakło miejsca na sznurkach. Świeże płachty pościeli świeciły bielą a ja patrzyłam na nie przymrużając oczy i wyobrażałam sobie wielkie ptaki rozłożone na łące.
Oczywiście potem nastała epoka Frani i pranie nie było już tak trudne i fascynujące - dla mnie. Pozostało tylko jeszcze moje zagapianie się w wirujące mydliny w pralce, pomruk jej silnika i bijące od niej ciepło.
Pamiętam jeszcze, stojące w sieni drewniane kijanki do prania w rzece. Karbowane jak tara, na końcu zwężające się w uchwyt dla dłoni. Pewnie, że próbowałam na nich swoich sił. Pewnie, że zaciągałam nad przybrzeżny kamień, na którym odbywaliśmy cowieczorne ablucje i tłukłam z zapamiętaniem swoje koszulki. Ale z jakim skutkiem ? Prawdziwe ich dzieje były dla mnie historią. To już były obrazki jedynie wyobrażane, opowiadane mi przez Mamę. Nie widziałam jak pochylona Babcia miarowo uderza kijanką w brudne koszule rozłożone na dużym kamieniu nad rzeką. Nie pamiętam klęczących sylwetek piorących kobiet, nie pamiętam ich przemarzniętych dłoni od zimnej rzecznej wody. Pamiętam balię.

piątek, 1 lipca 2016

mycie

Zdałam sobie sprawę, że podświadomie unikam pisania, odkąd poczułam zbliżający się koniec opowieści. Oczywiście są jeszcze historie nieopowiedziane, zabawne czy nostalgiczne. Jednak przeważa we mnie przeczucie końca.
Czym więc są dla mnie Życiny z tamtych lat skoro nie mogę się z nimi rozstać ? Czy tylko czasem szczęśliwego dzieciństwa wspominanego w okresie zawirowań emocjonalnych? Ratunkiem przed trudną rzeczywistością ? Myślę, że już dawno przekroczyłam próg zwykłego spisywania wspomnień dla moich przyszłych pokoleń.
Wiele lat upłynęło zanim odważyłam się powrócić do Życin i naocznie uświadomić sobie zmiany i upływający czas. Bałam się konfrontacji ze strachu, że to co było kiedyś, zniknie zatarte współczesnym obrazem. Dzisiaj mam w głowie obraz podwójny. Gdzieś w głębokich pokładach pamięci leży niezmieniony obraz świata, który przeminął, mimo zmian jakie znalazłam po powrocie do wsi.  Dzięki tym głębokim obrazom przeszłości mogłam podążać ścieżkami dzieciństwa jakby rzeczy działy się dzisiaj. Jeszcze leżą gdzieś we mnie zdarzenia nieopowiedziane, obrazy chcące wydostać się na zewnątrz. Jeszcze chwilę potrwa zanim postawię kropkę nad "i".

szkic wykonany przez mojego brata

Nie pamiętam zimnych letnich dni. Może dlatego, że dzieci nie przejmują się pogodą. Zakładają zmuszeni przez dorosłych, sweter i biegną dalej zaaferowani własnymi sprawami.
Pamiętam natomiast jak włoski na skórze stawały mi dęba podczas cowieczornych ablucji przed snem. Mama wyznawała zasadę, że lato bez względu na wskazania termometru na dworze to pora kiedy jest ciepło.
Wieczorem, kiedy rzekę pokrywał cień rzucany przez olchy obrastające brzegi, kiedy słońce skryło się już za lasem po drugiej stronie a my dobrowolnie zakładaliśmy sweterki na krótkie bluzeczki, kiedy już sprzątnięto stół po naszej kolacji( kolacja dla Dziadka i Wujka nieraz była dopiero nocą), przychodził czas na mycie.
Zaopatrzona w ręczniki i świeże ubrania, zabierała nas Mama nad brzeg rzeki za turbiną stryja. Był taki duży płaski głaz, który służył nam za łazienkę. Zrzuciwszy ubranie, stawałam na tym kamieniu przygotowana do mycia. Najgorszy był pierwszy kontakt lodowatej wody ze skórą. Później było już trochę lepiej. Mama namydlała mnie całą a potem spłukiwała tą lodowatą wodą z rzeki. Nic sobie nie robiła ze szczękających zębów. Nie martwiła się, że cała pokryta gęsią skórką trzęsę się w sposób nieopanowany  i powtarzam w kółko - zi-zi-zimno -
Skupiona na działaniu, przyjmowała chwilowy mój dyskomfort jako konieczność i odpowiadała niezmiennie - nic ci nie będzie - Zresztą te mocne, wieczorne akcenty nigdy nie stały się przyczyną mojej choroby.
Trzeba pamiętać, że Czarna to rzeka wypływająca z Gór Świętokrzyskich i mająca charakter rzeki niemal górskiej. Jej wody nigdy nie przekraczały temperatury kilkunastu stopni.
Najmilsze było wycieranie po kąpieli. Duży ręcznik, szorował moje ciało pobudzając krążenie aż skóra nabierała różowego koloru. Mama nigdy nie należała do delikatnych w swych działaniach. Jej szybkie, mocne ruchy rozgrzewały mnie i dawały uczucie szorstkiej czułości. Najpiękniejsze było potem wskakiwanie w świeże ubranka przygotowane na osobnej kupce, na kamieniu obok. Potem wyszorowana, stąpając ostrożnie aby nie zapiaszczyć umytych stóp, wędrowałam do domu, żeby spędzić jeszcze chwilę w kuchni zanim dorośli każą iść spać. Kiedy Mamy nie było, jej obowiązki przejmowało wujostwo. To było cudowne, bo po kąpieli Wujek niósł mnie do domu na rękach, żebym nie ubrudziła świeżo umytych nóg. Było w tym geście tyle miłości i czułości, że wtulona w jego ramiona, zagadywałam go po drodze aby wydłużyć czas powrotu. Zabiegany na co dzień, zazwyczaj znajdował czas dla nas.
Oboje z bratem doskonale pamiętamy ten codzienny rytuał wieczornego mycia, ale każde na swój sposób.
Mnie utkwiły w pamięci przede wszystkim chwile, kiedy to Mama myła nas całych od stóp do głów. Brat zaś zapamiętał codzienne nasze własne zabiegi higieniczne, kiedy Babcia goniła nas nad rzekę, żebyśmy umyli sobie nogi. Jego wspomnienie to jak stop-klatka, jeden kadr z filmu.
"Mydło było w dużych szarych kostkach. Właściwie niczym nie różniło się od tego, którego używam i dzisiaj. Nie pamiętam tylko, czy nad rzekę zabierałem je w mydelniczce, czy może owinięte w ręcznik-ściereczkę?
Za to z wieczornym myciem za młynem nierozerwanie wiążą się podwinięte ponad kalana nogawki spodni i - szczególnie mocno - ziarenka piasku przyklejone do mydła. ...Przyklejały się bardzo licznie, gdy odkładałem kostkę na kamienie, dokonując ekwilibrystyki zmiany nóg: tą umytą trzymałem w powietrzu próbując zająć się drugą. (Jak można sobie to wyobrazić, mycie nie było perfekcyjne, bo prawie zawsze musiałem się podpierać oklejając przy tym stopy)... Nigdy później już nie myłem się takim piaskowym mydłem..."
Po latach Dziadek z Wujkiem dobudowali dalszą część domu z łazienką. Jednak oprócz tego, że podnosiła statut domu i zaspokajała dążenia rodziny do nowoczesności, nie za bardzo, nam dzieciom, służyła do codziennych rytuałów mycia. Oczywiście już nie biegaliśmy do wychodka koło stodoły, ale wieczorne mycie nadal odbywało się na kamieniu nad rzeką.

piątek, 13 maja 2016

Z perspektywy trawy



zdj. z internetu www.globtroter.pl



Jestem pewna, że każdy z nas, w którymś momencie swojego życia leżał w trawie. Zanurzony, otoczony, ogarnięty zielonością.
Ja leżałam na łące, za rzeką w Życinach. W słoneczne dni, szczególnie przed południem, kiedy słońce nie paliło a grzało, kiedy już cała owadzia brać była na nogach i wszędzie wokół huczało, wrzało, wirowało od jej krzątaniny, stawałam na środku łąki. Tej na której palikowało się krowy, kiedy nie było czasu do ich pasania. Na niej była najbujniejsza trawa. Źródło dobra dla ludzi i zwierząt. Rozglądałam się wokół jakbym czegoś szukała, tak naprawdę nie szukając niczego. Zwrócona w stronę hanieckich lasów, mając przed sobą pola a za plecami rzekę i domostwo w pewnym oddaleniu, ( na tyle blisko aby czuć się bezpiecznie i na tyle daleko aby jego widok nie burzył dziewiczości łąk i pól) zatrzymana w biegu, zamierałam. Słońce łaskotało delikatnie skórę gołych ramion i nóg,  ogrzewało twarz a nade wszystko rozgrzewało powietrze wokół. Im niżej się schylałam tym mocniej czułam delikatną mgiełkę, falującą jak fatamorgana, unoszącą się ponad trawami. Coś ciągnęło mnie ku ziemi, coś nieodparcie nakłaniało do położenia się na ciepłym kocu źdźbeł trawy. Wyciągałam się jak długa. Rozkładałam ramiona i nogi jak do robienia bałwanka na śniegu i dopiero wtedy zaznawałam dziwnego spokoju. Jakbym nagle została wtopiona w gorącą parującą ziemię, tworząc tylko mały wzgórek jeszcze jednego życia. Życia należącego do całości, której nie umiałam nazwać ani ogarnąć, ale intuicyjnie wyczuwałam i pragnęłam jak Boga, kiedy w kościele usilnie próbowałam zmaterializować Go  pod jakąkolwiek znaną mi postacią. Nie mając pojęcia o boskości ani transcendencji,  z mojej piersi wyrywało się głębokie – aaach – wypuszczanego powietrza. Lekki półuśmiech mimowolnie wypełzał na usta a potem rozpływał się w spokoju i równowadze chwili. Wzrok błądził po niewielkich obłokach wędrujących przez błękit nieba. Przesuwające się chmury były jak teatr, tworząc dla mnie fantastyczne kształty i formy. Czy je nazywałam ? Nie wiem. Pamiętam jedynie własne w nie zapatrzenie. Nie potrzebowałam ludzi, nie pragnęłam ramion matki, nie rozglądałam się za towarzystwem rówieśników. Bo byłoby to tylko zakłóceniem harmonii.
Potem powoli zaczynałam rejestrować dochodzące zewsząd odgłosy. Szelesty , buczenia, cykania. Świat wokół mojej głowy żył w swojej mikroskali zapraszając do poznania tajemnic.
Ciekawość rosła i skłaniała mnie do odwrócenia się na brzuch. Nagle perspektywa się zmieniała. Przywrócona ziemi powracałam ze świata wielkości i nieogarnięcia do skali mikro, zaczynając podróż w drugą stronę. Niemniej fascynująca ale o wiele bliższa, powodowała, że z rozmiarów nic nie znaczącego pyłka zamieniałam się w Goliata. Zaczynałam odczuwać ciężar rozmiaru moich rąk i nóg. Własne palce delikatnie rozgarniające źdźbła trawy wyglądały jak kolosalne drągi brutalnie burzące porządek nie swojego świata. Pamiętam rozmiar swoich oczu, które nagle nabierały wielkości okien wobec mikrości oczu mrówki czy przemykającego żuka. I ta fascynacja i zachwyt, że oto jest mi dane oglądać jak mrówki zaaferowane ciągną zdobyczne igły z pobliskich sosen aby dołożyć jeszcze jedną cegiełkę do wspólnie budowanego mrowiska. Że widzę, jak pasikonik leniwie wędruje wzdłuż łodygi koniczyny aby wyprostować skrzydła i dać susa na wyniosłą łodygę gorysza. Jak pająk zaczaja się w kryjówce kokona u dołu pajęczyny czekając  na pierwsze drgnienie sieci zwiastujące kolejną ofiarę. Dziwne to było uczucie. Tak samo niezwykłe co niepokojące. Tym razem zamierałam z trwogi aby zminimalizować ewentualne straty w nie swoim świecie jak i z chęci, mimo wszystko, wtopienia się w ten świat. Chociaż w zasięgu ręki, był dla mnie bodaj równie niedostępny jak uniwersum.
Podwójna podróż. Jedna minimalizująca mnie do bytu niemal niedostrzegalnego w obliczu ogromu przestrzeni nade mną, powodująca, że nikłam wobec odległości dzielącej mnie od nieba. Druga sprawiająca, że rozrastałam się do rozmiarów góry wobec mikrości życia toczącego się w gęstwinie traw. Gdzie każda drobina piasku była głazem a liście i łodygi roślin tworzyły nieprzebyty gąszcz pełen tajemnic i zasadzek.


Kiedy dzisiaj ktoś poprosi mnie abym przeniosła się do najszczęśliwszego momentu mojego życia, pełnego spokoju i harmonii,  nieodmiennie pod powiekami pojawia mi się obraz życińskich łąk.